wtorek, 5 marca 2019

Pięć minut śniegu...




...i tyle strat





To zdjęcie zrobione po pierwszej godzinie padania. 


Pamiętacie moje żonkile i hiacynty? Pięknie kwitły.... teraz wszystkie leżą na ziemi, poprzechylane. W niedzielę po południu zaczął padać śnieg z deszczem. Ogromne, ciężkie płatki, klejące się do wszystkiego. Wysokie żonkile dosłownie przybiło do ziemi. Kiedy już przestało padać, poszłam, ścięłam to co się wyłamało totalnie i obsypałam delikatnie śnieg z reszty.
W poniedziałek, ludzie przechodzący koło mojego ogródka, zatrzymywali się wprost i podziwiali zniszczenie. Jak wściekła byłam ja, to trudno opisać.
Całe szczęście, że nie zrobiłam płotku wkoło, bo rok temu lepki śnieg przegiął kwiaty przez takie właśnie zabezpieczenie i totalnie je połamał.

Śnieg padał przez kilka godzin - napisałam: pięć minut - bo cóż to parę godzin na całą zimę... ale i tak zrobił swoje. Tak szkoda mi moich kwiatów...

Dzisiaj już się trochę podniosły, ale część nie wstanie na pewno.



Niektóre wylądowały w domu i teraz pachną obłędnie już trzeci dzień.





Oczywiście tłusty czwartek nie obył się bez pączków i faworków. Pączki zakupiłam w czterech różnych odmianach, a faworki robiłyśmy z dziewczynami. Wyszło nam ponad 250 sztuk - Iza policzyła, jako że najwięcej ich przeplotła.




Zrobiłam dwie porcje ciasta. Postanowiłam jedne upiec, drugie usmażyć.


Powyższ zdjęcie, to pieczona porcja. Robi się szybciej, bo na blachę wchodzi mi około 20 sztuk i mogę wstawić od razu 3 blachy. Nie są złe, ale to nie to.... Zrobiłam tylko jeden wsad do piekarnika. Smakowały trochę, jak ciasto napoleonkowe, cienko rozwałkowane i upieczone, po czym posypane pudrem.
Dzieci jednym głosem powiedziały "nie!" takim faworkom.



Kolejne zdjęcie to już smażona na tłuszczu porcja chrustu.
I to jest to! Smakują niebiańsko; Przy okazji dowiedziałam się, że po angielsku nazywają je anielskimi skrzydłami(angel wings). Swoje porcje dostały koleżanki dziewczyn, nauczycielki i Artura znajomi w pracy.


A wczoraj i dzisiaj, na ostateczne ostatki zrobiłam szybkie paczki:



Ciasto wymieszane cokolwiek łyżką i wrzucane łyżeczką na tłuszcz.


Izka za nimi nie przepada, ale Monia wcina je pasjami.


I jeszcze na koniec zdjęcie pobliskich gór rankiem:



Pięknie świeciło słońce kiedy robiłam poranną przebieżkę, ale na zboczach śnieg leżał nadal.




5 komentarzy:

  1. Co ta zima ma, ze przychodzi, kiedy juz czas na wiosne, wpada na chwile i kosi wszystko tym mokrym ciezkim sniegiem! Zdecydowanie NIE LUBIE takiej zimy!

    Pozdrawiam,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlatego zawsze się boję, gdy wiosna przychodzi za wcześnie, żal mi tych roślinek, że tak ufnie się rozwijają, a zima je tak ścina...
    Pyszności miałaś na ostatki:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj fatalnie,tak wiosennie było a tu taki napad zimy,ale żonkilki jeszcze pieknie wyglądaja.Aniu,ja żadnych włóczek ,kolorów nie potrzebuje,to akcja czyszczenia i fajna zabawa dla mnie pt.co by z tego zrobic,trzeba to trochę uporządkowac gdyz powoli zarastałam.

    OdpowiedzUsuń
  4. No szkoda, ze tak daleko mieszkasz, bo bym sie na faworki wprosila. Pieknie wygladaja.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zimie, zdecydowanie mówię NIE, zwłaszcza, gdy wpada nie w porę.
    Najważniejsze, że kwiatki obroniły się.
    Faworki i pączusie wyglądają smakowicie, aż nabrałam apetytu na coś słodkiego. :)
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń