Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laois. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laois. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2011

Cmentarz w Killenard





Niedaleko nas - trochę ponad 3 mile(4,5km) - leży mała miejscowość Killenard.




Idąc aleją...




...wchodzimy na stary cmentarz...





...dość klimatyczny, muszę przyznać.


Pędy dzikiej róży, jeżyn i bluszczu, splątane są niekiedy w gąszcz nie do przebycia; strzegą starych, niejednokrotnie zapomnianych, grobów. 




Wiatr szumi delikatnie w koronach drzew, czasem krzyknie jakiś ptak...





W większości jednak panuje cisza... Tylko groby, cisza i my...




Znaleźć tu można ładne krzyże, bardzo stare, niektóre urzekające swoją prostotą, inne wyszukanym wzorem, a jeszcze inne... 


...ciekawe przez swą odmienność...






Pokryte porostami, naruszone zębem czasu...




...wciąż jednak piękne...




Pośród starych, naprawdę starych grobów, znaleźć można także wytwory bardziej współczesne:


Ten akurat urzekający, ale są i typowe przykłady "landrynkowej sztuki nagrobnej", jeśli tak to można określić. Kolorowe gołąbki, tulące się aniołki czy kolorowy żwir. Z tym, że nie to ładne co ładne, tylko to, co się komu podoba:)




hrabina.ee, piątek, 04 listopada 2011

wtorek, 31 maja 2011

Heywood Gardens, Co. Laois






Z góry ostrzegam: kto jest wrażliwy na długie wpisy, niech ominie ten post szerokim łukiem:) Dziś będzie długo, bo to ostatnia - trzecia - część naszej wycieczki.



Przedstawiam Heywood Gardens, miejsce piękne, do którego na pewno wrócę.


Położony jest niedaleko miasteczka Abbeyleix, sąsiaduje ze szkołą i na pierwszy rzut oka wygląda bardzo niepozornie. Zachwycił mnie dopiero później, znacznie później...

Ogród składa się z dwóch części: formalnej - małego, zamkniętego ogrodu, w dawnych czasach sąsiadującego z domem(obecnie nieistniejącym) i ogromnego parku.
Park został założony około 1773r pod dyktando Fredericka Trench'a i miał odzwierciedlać ogrody Europy, które tenże zobaczył.
Nakazał więc usypać wzgórza, wykopać jeziora, posadzić drzewa, krzewy i kwiaty.

Ogród formalny założono po 1900r na polecenie Colonel Hutchenson Poe. Zatrudnił on Edwina Lutyens'a, najznakomitszego architekta tamtych czasów. Do dziś projekt ten pozostaje najlepszym, zachowanym w Irlandii, przykładem jego pracy.


Zatem zapraszam.



Schodki prowadzą do ogrodu formalnego:




...gdzie uwagę przyciąga fontanna oraz sam układ ogrodu: założonego na planie koła.







Wkoło fontanny kamienne żółwie...





...niedaleko kamienne lwy...




Sam mur, otaczający ogród, pełen jest kolistych okienek, dających spojrzeć poza ogrodzenie:




Następnie kuta brama...




...prowadząca nas w alejkę drzew...




...i dalej, do parku:





Stajemy na rozstaju dróg - naprawdę - i trzeba wybrać: dokąd teraz?

W parku jest mnóstwo starodrzewu. Momentami wydaje się, że idziemy dzikim lasem i tylko rosnące tam ozdobne odmiany drzew świadczą, że zakątki dotykała ręka ludzka:





Po drodze kilka budowli, wszystkie wzniesione po to, by podziwiać z góry, bądź pod określonym kątem, uroki zieleni.





To wnętrze wieży, ze zdjęcia powyżej. Dostęp do okien zablokowany, prawdopodobnie na skutek wypadków:




I kolejna dróżka, brama...



...wiodąca do drogi dojazdowej. Idąc sobie na spacer, można wpaść na chwilę do parku i przemaszerować tamtędy. Park otworzony jest przez cały czas, bez ograniczeń, bez opłat.

Tutaj brama główna, która może być zaskoczeniem dla przybywających wycieczkowiczów...



...ponieważ jest zamknięta na głucho. Są jakieś dni czy okresy w roku, kiedy ją otwierają - podobno. Na szczęście są znaki, które kierują do drogi "na tyłach". 


Kolejna budowla, uchwycona przez liście: 





Widok ogrodu formalnego ze ścieżki parkowej. W zasadzie z tej perspektywy widać to, na czym ogród został wzniesiony. Poniżej rzeźba wieńcząca narożnik:




I sam mur. Na górze, pod tą drewnianą jakby pergolą, jest przejście na taras, a z tarasu wejście do ogródka, w którym byliśmy na samym początku. 




Z wysokości pergoli można podziwiać jezioro...



...które my widzieliśmy z łukowatego mostu-grobli.


I jeszcze dalsza perspektywa:




A tu już praktycznie dziki las:



...a w nim miliony kwitnących blue bells czyli Hyacinthoides non-scripta.


U nas rosną dziko, zarastają całe lasy, które są wtedy zaścielone niebieskimi kwiatami. Widok niezapomniany.




Tym, którzy wytrwali, dziękuję:)



hrabina.ee, wtorek, 31 maja 2011

sobota, 17 kwietnia 2010

Slieve Bloom Mountains po raz drugi







Tym razem trochę inaczej. Dziś na samym początku wybraliśmy trasę dla samochodów, to znaczy podjazd między wzgórzami. Trzeba przyznać, że nasz wóz się trochę napracował: raz w górę, raz w dół, prawie na hamulcu, bo przecież za zakrętem zakręt.




Ten brunatno-fioletowy kolor wzgórz to wrzosowiska, które dopiero "ruszają". Sprawdziłam to. Między wrzosami pełno porostów i mchów.




Tutaj widok na jedne z łagodniejszych zakrętów. Myślę, że we wrześniu lub nawet już w sierpniu przyjedziemy podziwiać fioletowe wzgórza. Teraz jeszcze nie mają tego uroku, choć i tak pięknie.



Po dotarciu na parking trzeba się było podzielić. Ja musiałam zostać, bo nie wspinałam się po śliskim zboczu. Za to moja siostra pobiegła na sam szczyt i zaczęła robić zdjęcia okolicy. Artur przeszedł się kawałek z dziećmi, ale drogą, na którą samochód już nie miał wstępu.










Potem był mały posiłek i chwila szaleństwa dla dziewczyn. Biegały między krzewinkami wrzosów, rozchylały je, szukały mchów, porostów i biedronek, których tu było sporo. Ja spokojnie czekałam na ławce:










Następnie zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę wodospadów - nieco większych niż ostatnio. Najpierw wkroczyliśmy w las - dość nastrojowy:



Dziewczynki pytały czy tu mieszka baba Jaga?


I zaczęła się wędrówka przy stromych ścianach i wąskich ścieżkach:





Dziewczynki znalazły nawet "domek elfów" - tam, gdzie widać ciemniejsze plamy, były zagłębienia i tunele, czyli według nich wejścia:




A poniżej płynęła i szumiała rzeka:





Monika oczywiście chciała koniecznie zejść nad wodę, potem tego samego zapragnęła Gosia:



Stałyśmy przy samej wodzie, a Monika podziwiała rozpryski.


Takich zakątków było pełno, niemalże na każdym kroku:








W końcu dotarliśmy do punktu, gdzie można było spocząć, a nawet wymoczyć nogi. Woda co prawda była LODOWATA, ale i tak to zrobiłyśmy: Gosia, Monika i ja:




W ciepłe dni można zejść niżej i się kąpać. Na pewno jednak musi być upalnie.







A woda była taka czysta:



Każdy kamień na dnie doskonale widoczny.


To już ostatnia taka wycieczka w tym okresie. Nie czułam się zmęczona, ale też uważam, że trzeba poczekać aż więcej drzew liściastych zazieleni się. W tej chwili jeszcze nie ma tego uroku. myślę, że za miesiąc będzie już inaczej, a i ja będę w innej kondycji. 



hrabina.ee, sobota, 17 kwietnia 2010

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Slieve Bloom Mountains






Niedaleko nas rozciągają się góry, bardzo stare, choć niskie masywy. Leżą głównie w County Laois, choć zahaczają też o County Offaly.  Znajdują się tam wspaniałe trasy spacerowe, mniej lub bardziej trudne. 
Ze względu na mój stan - 2 tygodnie do porodu - wybraliśmy najkrótszą - tylko 3km. 

Na miejsce dojechaliśmy od Mountmellick. Drogi były malownicze - na zdjęciach robionych z samochodu tak tego nie widać - ale też dość wąskie, co jest tu niemalże normą:






Na parkingu czekają na chętnych małe mapy:


Całego terenu gór i okolic...



... oraz wyszczególnione trasy od naszej strony:

... czyli w tym wypadku 3 szlaki w Glenbarrow: 3km, 7km i 12km.


Już na wstępie - przy samym zejściu na ścieżkę - witają nas dawne, kamienne płoty, obficie porośnięte mchami:





Droga zaczyna biec w dół, co w moim przypadku, jest przyjemniejszym etapem:


Siostra nie omieszkała ująć mnie z moim potężnym, 9-miesięcznym brzuchem.



Wkoło rosną stare bluszcze, czepiające się w zasadzie już wszystkiego:





Potem wchodzimy w las - praktycznie dziewiczy, bo ręki ludzkiej w nim nie widać, albo bardzo umiejętnie wykonała swą pracę:




W dole rzeka Barrow:



A obok nas... drzewa, mchy, głazy:







Mosty na druga stronę były pozamykane, ze względu na osuwające się zbocza - efekt ostatniej zimy. Mogliśmy sobie tylko postać przy nich:





Trochę wspinania i podchodzenia pod wzniesienia było, nie powiem. Siostra zrobiła mi zdjęcie, żeby wszyscy widzieli, jak skakałam po kamieniach:





Prawie na każdym kroku natykaliśmy się na piękne widoki, czasem jak z bajek, czasem, jak z filmowych plenerów. Do tego dochodził kolor soczystej zieleni i rozświetlającego ją słońca:


















Wreszcie dotarliśmy do punktu nr 1, czyli końca naszej trasy. Tutaj można było rozłożyć się na piknik przy drewnianych stołach lub na kamieniach koryta rzeki:










Dziewczyny biegały i chlapały wodą w czasie jedzenia i po posiłku:



Na wystających kamieniach, a może już głazach, tworzyły się małe wodospady:






Mało jeszcze widać tej irlandzkiej zieleni u nas, ale też przyroda ma kilkutygodniowe opóźnienie. Myślę, że na kolejną wycieczkę wybierzemy się w to miejsce już po moim porodzie. Wtedy będzie więcej liści i zieleni, co stworzy nowe, niepowtarzalne widoki. Poza tym wybierzemy się w troszkę dłuższą trasę. 


Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym wpisem. Chciałam się podzielić widokami i tym, co mnie urzekło.  

  
hrabina.ee, poniedziałek, 12 kwietnia 2010