Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapki dziecięce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapki dziecięce. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2018

Grudniowe dni



mijaja nam tak szybko, że w zasadzie nie mam kiedy pisać. 

Dzieciaki maja więcej pracy, bo jakoś zaroiło się od projektów. Razem z Moniką robiłyśmy już chyba czwarty. Niby tylko czwarty i aż, bo naszej Monisi wszelkie takie prace powstają wśród płaczu, krzyku, rozpaczy... Jednym słowem rodzą się w bólach i to ogromnych. Ostatni, na temat niedźwiedzia polarnrgo, wyszedł chyba najlepiej. Podejrzewam, że to z powodu tematyki. Nasza średnia pociecha uwielbia zwierzaki. 





Pewnie w realiach Polski projekt nie byłby szczególny i pozostawiałby wiele do życzenia. Tutaj, to ujdzie, a jak na Monię, która chce wszystko zrobić szybko, w minutę, to i tak ogromne osiągnięcie.

Iza patrzyła z zazdrością na te wszystkie prace, bo ona z kolei uwielbia takie rzeczy. W końcu jednak jej marzenie się ziści, bo będą robić projekt na temat Chin.


Nasz parapetowy grudzień, jak na niego przystało, wypuścił całe mnóstwo pąków już w listopadzie. Będzie kwitł na potęgę.



Powoli pojawiają się pierwsze światełka. Te zmontowałam sama, kupując oddzielnie metalowe gwiazdki i lampki ledowe.



Gliniane domki podświetlane kandelkami w tym roku wypełniłam również światełkami ledowymi. Myślę, że wyszło równie dobrze.



Niedawno ukończyłam sweter na święta. Najmłodsza wyrosła z poprzedniego i trzeba było coś wymyśleć. W tym roku będzie śnieżnie:




Biało, puszyście...




Zaczętą tydzień temu czapkę dla Moniki już skończyłam, ale nie została nawet obfocona, bo córka chwyciła ją na głowe i tyle widziałam swój udzierg. Teraz, po kilku dniach noszenia i miętolenia w plecaku, czy też rękawach kurtki, nie nadaje się na przyzwoite zdjęcia. W każdym razie wyszła przytulna i ciepła, bo to wełna z delikatnym moherem, w sumie 4 nitki. Wzór, jak widać, prosty. Całościowo pojechałam ściągaczem.



Zaraz po szarościach wrzuciłam błękit dla Izki:



I dziś właśnie skończyłam:




Ryż na obwodzie, dalej prawe.



Sama góra "przypruszona" srebrem:



Ponieważ Moni podobał się wzór ryżowy, zapytała czy mogę jej zrobić taką opaskę, ale szeroką i w ciemnych kolorach. Zatem dziś już mamy początek:




Potrójna nić: dwie granatu zwykłego plus jedna granat z połyskiem.



Myślę, że nawet cekinów nie trzeba będzie przyszywać, choć Monika zapytała o granatowe lub czarne.

Tymczsem w ogródku, od listopada począwszy, mamy znowu piękne bratki:




wtorek, 3 października 2017

Wrześniowe przerzucanie oczek


Jakoś tak mnie chwyciło na dzierganie; może to za sprawą pogody? Zrobiło się chłodniej i przyjemnie jest mieć taki miękki kłębuszek na kolanach. 
W tym roku zauważyłam na półkach sklepowych włóczki z błyszczącą nicią, więc wyciągnęłam podobne z moich zasobów i zaczęłam przerabiać. 

Wyszedł mi taki komplet:


Musiałam dodać białej nici, ponieważ miałam tylko 3 motki fioletowej włóczki. Powiem Wam, że choć taki niewielki dodatek, to uratował moją robótkę, ponieważ po zeszyciu wszystkiego zostało mi chyba 20cm nici!

W wypadku zielonego kompletu nie było już takiego ciśnienia, ponieważ miałam aż 4 motki, które mi w zupełności wystarczyły, tym bardziej, że robiony był dla najmłodszej, wiec i rozmiarowo jest mniejszy.



Dla najmłodszego członka rodziny powstał też komplet - poleci do mojego bratanka:


Tutaj było mi najtrudniej, ponieważ nie znam dokładnych rozmiarów i dziergałam w ciemno. Ot, taka próba....

Jeszcze prezentacja na modelach:











Tymczasem wieczorami, przy akompaniamencie wina...



...przerabiam włóczkę, z której już myślałam, że nic nie powstanie! Jakaś taka trudna do przyporządkowania:



Na razie motki przerabiam na szydełkowy łańcuszek. Jeśli efekt końcowy mnie zadowoli, to pokażę go tutaj, jeśli nie... pójdzie w zapomnienie :)

czwartek, 20 października 2016

Czas płynie...





...i w naszej szkole niedługo już halloween.

Od początku września jakoś tak szybko mi czas zleciał, że nie pisałam wcale, nawet zdjęć nie pstrykałam; od czasu do czasu zrobiłam "przebieżkę" po blogach i to wszystko.

W tym czasie powstało kilka rzeczy na drutach, to na szydełku... ale o tym później.

Tymczasem wspomnę o naszych doświadczeniach z Libratusem.

Już na początku września dostaliśmy dokładną rozpiskę poszczególnych tygodni i w zasadzie od 1 września materiały do nauki były dostępne na naszych kontach. Dziewczyny, pełne zapału, siadły do pierwszych lekcji... i tu niespodzianka. Materiału jest dużo, wszak to wszystko, co w szkole w Polsce, a czasu mamy zdecydowanie mniej - tylko trochę po lekcjach i weekendy. Nie oszukujmy sie jednak, dzieci nie będą pracowały non-stop przez ileś godzin. Do tego trudności ze zrozumieniem tekstów, tłumaczenie, itd. Jednym słowem, po pierwszych lekcjach byliśmy do tyłu z materiałem. Dodatkowo dzieci zniechęciły się, szczególnie przerabianiem wierszy, których nie mogły pojąć. Wszystko to sprawiło, że libratus praktycznie zatrzymał się w miejscu.
Kiedy do nas zadzwonili ze szkoły w Polsce - naszej szkoły partnerskiej z Warszawy - mieliśmy już 5 tygodni w plecy. Przyznaję jednak, że ta rozmowa bardzo nam pomogła. Nauczycielka zachęcała do próbowania, odpuszczenia sobie rzeczy trudnych, a zajęcia się tymi, które sprawią dzieciom frajdę(do tych ponad ich siły możemy wrócić później, pod koniec roku szkolnego, kiedy będzie dzeciom troszkę łatwiej). Absolutnie zakazała, jeśli tak można to ująć - rezygnowania z kontynuacji nauki, bądź egzaminów. Ten telefon dał moim córkom ogromnego kopa, a jednocześnie może zachęcił do podjęcia trudu? Od tego dnia, 6 lub 7 października, dzieci pracowały CODZIENNIE!!!!! Raz było to 60 minut(czym mnie zaskakiwały) a innym razem ponad godzinę(co już mnie szokowało :)) Kiedy miały dość, wyłączaliśmy konto i sprawdzały postęp procentowy(bo taki jest liczony).
W tej chwili nadrobiliśmy prawie 2 tygodnie! co jest ogromnym osiągnięciem. Do tego dzieci pracują raczej z ochotą, rozkręcaja sie po pierwszych minutach i dalej czas pędzi. Ogromnym plusem jest to, że mój mąż wciągnał się w to zadanie i oboje systematycznie uczymy i pracujemy z naszymi pociechami.
Jakie wyniki tego będą? Nie mam pojęcia, ale jak zauważyła nauczycielka z Polski: nawet jeśli, w najgorszym wypadku - którego ona nie przewiduje - nie zaliczą egzaminów końcowych, to to, czego się nauczyły, nikt im nie odbierze. I tego się trzymamy i kontynuujemy naukę Gosi - w klasie 5 i Moniki - w klasie 3. Iza zaś dzielnie chwyta za elementarz i czyta po polsku :)


Teraz trochę dziergadełek:


Komplet dla Izabelki. Na otulaczu pojawią się kwiatki w kolorze pomarańczu z czapeczki:



Dla Izki, do spania :)



Wiem, że wyglądają okropnie, ale te dwie pary są używane jako kapcie i tu sprawdzają się znakomicie. Raz, że brązowe włóczki sa niezwykle wytrzymałe i ciepła, dwa, w końcu znalazłam zastosowanie do tych resztek :)



Tutaj coś nowego. Szydełko chyba 10 i paski materiału ze starych poszewek, sukienek, itp.


Powstaja powoli, bo są niezwykle materiałożercze!



Na drutach włóczka fantazyjna: spotkałam jeden motek w SH i kupiłam. Dobrze, że nie nabywałam jej w większej ilości! Efekt ciekawy, ale praca upierdliwa, delikatnie określając.



W szkole irlandzkiej zbliża się halloween. W tym roku nowy dyrektor wprowadza nowe rzeczy, nowe rozwiązania i muszę powiedzieć, że działa szybko, prężnie i... organizuje ciekawe zajęcia.

Już w przyszłym tygodniu musimy z Gosią upiec coś na szkolny targ z okazji halloween. Pieniążki idą na szkołę i potrzeby uczniów.
Teraz jestem na etapie wymyślania i tworzenia stroju Gosi. Tym razem bez maszyny, bo moja stara wyzionęła ducha po 11 latach pracy(jak na lidlowską markę i zadania, które wykonywała, całkiem nieźle).

Gosia zakończyła pływanie w ramach szkolnych zajęć. W tamtym roku ukończyła poziom pierwszy - dopiero co nauczyłam ją pływać, a w tym roku zaliczyła 5 lub 6. Efekt taki dlatego, że przez cały miniony rok, co tydzień, jeździliśmy z dzieciakami na basen. Nawet nabyliśmy specjalne okularki:


Oczywiście "no name" firma :) ale nie parują, przyciemniają nieco światła lamp i generalnie - jak Małgosia określiła - są cool! W jej wieku to teraz ogromnie ważne. 
Dla mnie istotne jest to, że dzieci pływają - nawet Iza radzi sobie w wodzie - i czerpią z tego radość. My przy okazji spędzamy ponad 2 godziny razem na basenie i też czerpiemy z tego przyjemność. 




czwartek, 5 marca 2015

Zimowe zaskoczenie i ostatnia czapka




Zima zaskoczyła nas w niedzielę po południu. Chociaż może trudno mówić tu o zaskoczeniu, bo zapowiadali, że sobotni wiatr przyniesie śnieg. I tak też było. 




Począwszy od niedzieli, co 2-3 godziny zaczynał padać śnieg, żeby za chwilę stopnieć, wszak tempetarury były i tak na plusie.




W ciągu 5 minut wszystko było pokryte białym puchem: drogi, dachy, stojące i jeżdżące auta...  




O ile moje auto tylko pobielało, to na przebiśniegach już odbiło się to trochę gorzej. Ich kwiaty przygięło, bo spadające gwiazdki śniegu były posklejane w wielkie, 2-3cm płatki.




Nawet sprawdziły się przewidywania co do przelotnych opadów śniegu aż do wtorku. W środę wszystko się zmieniło, zaświeciło słońce i temperatury poszły w górę. I oby tak zostało!

Na zakończenie zimy wydziergałam sobie czapę:




Zdjęcia, jak widać, zrobiłam sobie sama, oczywiście nie robiąc makijażu, ani nijak się nie przygotowując przedtem. Miałam chwilę, chwyciłam aparat i szu! To już chyba taka moja małą tradycja, niestety.




W czapce podoba mi się to wysokie założenie. Specjalnie dziergałam długi komin, żeby potem móc wywinąć tak z 8cm. Do tego dodałam jeden, cieniutki paseczek błękitu, bardzo delikatnego. To chyba już moje schorzenie - bez niebieskiego nic się nie liczy:)



Trudno jest sobie zrobić zdjęcie od góry, w zasadzie jeszcze nie opanowałam tej sztuki, więc nie bardzo mogę pokazać wierzch czapki. Zresztą, nie ma tam szału, ot, zamykanie oczek, żeby ładnie wpasowały się we wzór i tyle. Wydaje mi się, że jest to wzór półpatentowy, choć w necie określano go jako patentowy. Pierwszy raz wypróbowałam go na opasce(jeszcze nie pokazana tutaj, choć miała swój debiut podczas joggingu), a potem powtórzyłam na czapce. Ponieważ włóczki jeszcze trochę mi zostało, zastanawiam się, czy nie zrobić szalika lub komina.... Póki co,  spokojnie moge odłożyć czapę do pudła z zimowymi rzeczami. 

Tymczasem, od środy słońce ogrzewa ziemię i rośliny, i te bujają.



Co prawda irysy cebulowe rozczarowały mnie w tym roku, bo bardzo słabo kwitły, ale krokusy mają się dobrze.




Do tego powoli dochodzą miniaturowe żonkile, na razie klasyczne:



A ponieważ wiosnę czuć w powietrzu, ja poczułam chęć na bieganie od nowa. Przerwa trwała chyba ze dwa lata; teraz moje oba kolana czują się jako tako, więc z opaskami na nie nałożonymi zaczynam przygodę. Na razie były to tylko dwa razy i tylko kilometr, ale nie mogę ich znowu przeciążyć, bo odpadnę na kolejny długi czas. Powiem jedno, już po pierwszym razie poczułam się o niebo lepiej!

niedziela, 14 grudnia 2014

Lukrowanie pierników, mały pożar....



...sleep over i 3 niedziela adwentu za nami.


W czwartek i piątek Małgosi klasa śpiewała kolendy i pastorałki w lokalnym oddziale Credit Union. To taka tradycja. Szkoły wysyłają wytypowane klasy, aby te, w okresie przedświątecznym, uprzyjemniały czas ludziom robiącym zakupy, bądź załatwiającym sprawy. W piątek poszłam z Izabelą - która wciąż była ze mną w domu, jako że dopadło ją wstrętne choróbsko - do CU i wysłuchałam koncertu. Dziewczynki, razem z kilkoma nauczycielkami, pięknie kolędowały.



Jutro Monika ma świąteczny występ w szkole, na który też wybieram się z Izabelą, muszę ją tylko zabrać wcześniej z przedszkola. Cały tydzień, który się zaczyna, zarysowuje się bardzo, bardzo intensywnie, ale póki co...



W sobotę po południu przyszła do Małgosi przyjaciółka, aby zostać na noc, czyli na tzw. sleep over. Postanowiłam zapewnić dziewczynom trochę rozrywki - a sobie ująć pracy - i zaproponowałąm lukrowanie i ozdabianie pierników.
Świeczki paliły się nastrojowo na stole, czwórka dzieci siedziała i poszukiwała Wally'ego w książkach pt.
"Where is Wally?"(Gdzie jest Wally?). Bardzo wciągające zajęcie! - dodam tak na marginesie. Ja tymczasem przygotowywałam lukier kawowy i może dlatego umknął mi pierwszy zapach dymu w oparach kawy.
W pewnej chwili Abby odezwałą się: co tak śmierdzi? Odwróciłam się i zobaczyłam, że obok dzieci zaczęło się palić opakowanie po książkach, a one sobie siedzą i dalej szukają Wally'ego. Szybko podbiegłam, zgasiłam płomyk i uratowałam książki.
Zarówno dzieciaki, jak i ja, dostaliśmy nauczkę. Ja więcej nie zapalę świeczki w ich obecności, a one nauczyły się, że ogień należy traktować bardzo poważnie, bo ten jasny płomyk, to potęga, której nie potrafiłyby opanować!
Poszkodowany został trochę nasz drewniany stół, ale on już  i tak nosi ślady wielu historii. Jego blat może wiele opowiedzieć:) Jeden znak więcej nie robi specjalnej różnicy.

W końcu zaczęłyśmy ozdabianie ciastek. Dwa pudełka pierników dostały nowy wizerunek. Kiedy tak leżały na stole, doszłąm do wniosku, że ze zużytych 2kg mąki coś niewiele tych pierników wyszło. W zasadzie, powinnam napisać, że wyszło dużo, tylko niewiele zostało.




Izabela ponownie wykazała się niezwykłą cierpliwością i dokładnością. Oto jej pierniczki - jedne z wielu:




W końcu powiesiłam w oknach papierowe śnieżynki:



Nawet nie spodziewałam się, że będą tak efektowne i widoczne z daleka:



Od środka wyglądają równie ładnie, dlatego naprawdę polecam zrobienie kilku:



W ruch poszły czapki elfów, które wydziergałam jakieś dwa tygodnie temu. Wszystkie trzy dziewczyny dostały takie same nakrycia głowy i już od tygodnia paradują w nich do szkoły. Nikt się nie dziwi i nie śmieje, bo nawet nauczyciele noszą tematyczne sweterki: dziergane w renifery, mikołaje, śnieżynki, itp...:


I tak to mija nam 3 niedziela adwentu - trzeci kandelek się świeci:




...a moje dzieciaki wciąż nie mogą się zdecydować, jakie postanowienie powinny podjąć na czas adwentu. Rozprawiają o tym już 3 tydzień, odkąd  w szkole podjęty został ten temat. Propozycji miały kilka.



Monika na przykład stwierdziła z uśmiechem, że może postanowić nie jeździć do szkoły polskiej! lub nie odrabiać lekcji. Cwaniara jedna. Kiedy zaproponowałam, że może odstawimy słodycze lub telewizję, podniósł się lament. Tego nie można, tak nie, one się nie zgadzają, bo bez tego NIE PRZEŻYJĄ!


Z lekka przypominam im, że niedługo skończy się czas wyżeczeń, a one i tak nie podejmą decyzji:)