czwartek, 31 października 2019

Haloween


W tym roku jakoś zupełnie przeszło mi halloween. Dzieci mają party - oczywiście u nas w domu, bo innym rodzicom chyba się zwyczajnie nie chce - 9 rok z rzędu! 
Z tego tylko względu poczuwałam się do upieczenia paru słodkości. 

Przy udziale dzieci powstały mumie:




rogaliki -robaki: 






...ptysie:





Cake pops, czyli ciastkowe lizaki:






 Do tego upiekłam dwie szarlotki. Myślę, że powinno wystarczyć. 


Oczywiście na rozdawanie mam przygotowane niespełna 10kg cukierków, gromadzonych powoli od września.



W pokoju dziennym leży cały zestaw dyń i dyniek. Wystawię ja na parapet na zewnątrz, jako dekorację, którą potem można zjeść, a nie wyrzucić. 









W szkole już odbyła się impreza halloweenowa, w ostatnim tygodniu przed przerwą. Monika wystąpiła jako bobas - ale zdjęć nie chciała.

Izabelka wykorzystała sukienkę i pelerynę, które kiedyś uszyłam Gosi. Obie, Gosia kiedyś, Iza teraz, wystąpiły jako wampiry.



We włosach wpięłam jej różę z przybraniem okazjonalnym:)



Teraz zmykam, bo już niedługo zacznie się chodzenie i pukanie do drzwi.

poniedziałek, 28 października 2019

Robótkowo



Jestem w trakcie szydełkowania kocyka, czy raczej koca.

Postanowiłam wykorzystać wszystkie włóczki, które mi zalegają w pudłach. Układałam je w różnych kompozycjach, aby jakoś dopasować kolory. Niektóre same z siebie "lgnęły" jedna do drugiej, ale inne już niekoniecznie. Dodatkowo wypadałoby,żzeby nici były podobnej grubości.

Nabrałam łańcuszek początkowy, który wydawał mi się odpowiedni do takiego przedsięwzięcia i pojechałam ze słupkami! Teraz widzę, że to będzie solidny, ogromny koc, narzuta praktycznie.



Tuż przez party halloweenowym w szkole podstawowej, musiałam "nakręcić" trochę róż.  Czarnych oczywiście. Przyczepione zostały do sukienki i spinek. Zdjęcie na tle "koca w toku", tyle, że rozświetlone, bo robione na szybciocha.




Zakończyłam też pracę nad kwiatowym kocem.




Wyszedł nie dość, że pokaźny, to jeszcze i ciężki.


Zużyłam na niego cały zapas jasnozielonej włóczki, którą kupiłam przez pomyłkę(sklep już nie zmienił mi zamówienia) - całe 8 motków po 900m każdy! Tyle, że robiłam podwójną nicią. Do tego poszedł cały, ale to dosłownie cały, zapas białej włóczki, który miałam w domu. 2 motki ciemnozielonego - tak naprawdę każdy w trochę innym odcieniu, ale w całości tego nie widać.




Wzór tworzyłam podczas dziergania, nie posiłkując się schamatami, czy opisami. Może nie jest idealny, ale za to kolorystyka przypadła do gustu Izabeli. Wszystkie zdjęcia robiłam przed "wygłądzeniem" robótki. Potem wzięłam żelazko i parą delikatnie wyrównałam i naciągnęłam koc. 


W świele słońca jest całkiem jaskrawy. Najbardziej cieszy mnie to, że udało mi się wykorzystać - do ostatniego centymetra, żarówiastą, zieloną nić. Do niczego mi nie pasowała, po prostu do niczego!






Najnowsza moja praca - szopa pomalowana na jasny szary kolor.


Już od wiosny nosiłam się z tym projektem, ale potem była komunia, więc stwierdziłam, że nie będę zaczynać pracy tuż przed uroczystością. Następnie przyszły wakacje i moje ciągłe podróżowanie, a w końcu złapała mnie jesień.
I wtedy, przypadkiem, zgadałam się z naszym sąsiadem budowlańcem, na temat odnawiania szopy, płotu, itd.
Ponieważ jemu zostało całe mnóstwo farby do metalu, a w dodatku w kolorze mi pasującym, podarował ją nam. My się kiedyś zrewanżujemy opieką nad psem :)

I tak współpraca sąsiedzka kwitnie i każdy jest zadowolony.

piątek, 25 października 2019

Dawno, dawno temu...




...pisałam ostatni  raz. I pewnie dalej bym nie siadła do klawiatury, gdyby nie ponaglający komentarz jednej z czytelniczek.


W tym roku, w sierpniu, odeszła moja babcia.... odeszła w przededniu swoich 82 urodzin.

Miałam o tym wspomnieć, napisać, potem stwierdziłam że nie. Teraz za to piszę o tym i tylko krótko, bo  nikomu nie potrafiłabym wytłumaczyć jak bardzo mi jej brakuje, jaką byłą osobą...

Każdy przeżywa na swój sposób utratę bliskiej osoby, inaczej to odczuwa.

Babcia byla zawsze, od kiedy pamiętam.... Zawsze się do niej jeździło...

Jeszcze w lipcu uczestniczyła w rodzinnym grillu, podziwiała zabawki jej kolejnego parwnuka(a miała ich sześcioro, jeśli dobrze liczę), jeszcze rozmawiała z Arturem, który był w tym czasie w Irlandii, a zaraz w sierpniu to ja jechałam pożegnać ją ostatni raz.
W takich naszych zwyczajnych określeniach można powiedzieć, że miała przepiękny pogrzeb. Przyszły jakieś nieprzebrane tłumy ludzi, kwiaty spływały od organizacji, w których się udzielała, od zakładów pracy jej dzieci.

Po tym wszystkim jakoś nie mogłam pisać. Zakopałam się w książki, robótki i ciszę. Skupiłam się na codzienności totalnie.

To tyle...