wtorek, 1 września 2020

Ruszamy pełną parą

 


W tym tygodniu zaczęliśmy nowy rok szkolny. Najmłodsza rozpoczęła lekcje w czwartek, a Monika w piątek. 


Piątek był dniem szczególnym, ponieważ Monika posza do nowej szkoły, do Portlaoise College w sąsiednim mieście. 

Jest to na pewno wyzwanie dla niej, jako że idzie tam sama. Nikt z jej starej szkoły nie zdecydował sie tam uczęszczać. W większości ze względu na wygodę. Mamy przecież szkołę w naszym miasteczku, po co więc komplikować sobie życie, skoro od lat prawie wszyscy w niej lądują. 

My zdecydowaliśmy inaczej, po doświadczeniach z Najstarszą córką. 

Oczywiście, że będzie trochę trudniej i drożej dla nas, a dla Moniki bardziej stresująco na początku, ale późniejsze rezultaty myślę, że wynagrodzą obecne niedogodności.

Plusem tej szkoły jest fakt, że dzieci oprócz podręczników mają tablety, na których wgrane są te same książki. Nauczyciele kontaktują się online z uczniami i w dobie koronawirusa jest to na pewno lepszy system. Tablety są kontrolowane przez program zarządzany przez informatyka. Wie on zatem dokładnie, czy dzieciak nie włącza youtuba(lub podobnych programów) zbyt często  i może to w każdej chwili zablokować.

W szkole jest kantyna z lekkimi śniadaniami dla wszystkich, którzy mają nadmiar czasu przed lekcjami. Śniadania są sponsorowane przez szkołę z jej funduszy. Obiady, które tam serwują mają dwie największe zalety:

- są to naprawdę gotowane obiady, a nie posiłki z mikrofali; są też dość różnorodne, a nie tylko frytki z kurczakami lub kiełbaskami;

- są naprawdę na uczniowską kieszeń, czego nie można powiedzieć o wielu szkolnych kantynach.


Szkoła zarządzana jest bardzo sprawnie. Dyrektor jest oddany sprawie i widać to na każdym kroku. Mamy nadzieję, że Monika będzie zadowolona.


Pierwszego dnia każde dziecko miało robione zdjęcie na pamiątkę tej szczególnej chwili. 




Dostali też pięknie wydany dziennik prac domowych i wszelkich spraw, dziejących sie w szkole. Dziennik jest co piątek podpisywany przez rodzica i opiekuna klasy, na znak, że wiemy co sie tam dzieje.




Izabela natomiast zaczęła 4-tą klasę. I nie byłoby w tym nic aż tak wielkiego, bo zna szkołę, zna nauczycieli, zna koleżanki. Tyle, że cała sytuacja z wirusem jest taka niestabilna, wprowadzono procedury, które przeczą jedne drugim... No nic, zobaczymy. Na razie Iza cieszy się, że spotkała koleżanki.

Najstarsza zaczyna drugą klasę liceum w Polsce. W niedzielę poleciała do Polski. Pierwszy raz, po tylu latach, znowu PL LOT zagościł w porcie lotniczym w Dublinie. Gosia leciała tymi właśnie liniami:) Cieszyła się ogromnie, bo lot bez przesiadek i błąkania się po lotniskach czy to w Kopenhadze, czy Amsterdamie, Frankfurcie, czy Monachium...  Przez ostatnie lata zwiedziła ich trochę, a czasu ile straciła! Ryanair nie ma opieki dla niepelnoletnich, a to jedyna linia latająca bezpośrednio do Polski, więc trzeba było korzystać z innych opcji. Na szczęście teraz pojawił się wybór i po cichu liczymy, że może zostanie na dłużej.








 

wtorek, 18 sierpnia 2020

Dla siostry



 Zaczęłam już tę pracę jakiś czas temu. 

Najpierw były próby wzoru:

Przy okazji wyszydełkowałam róże. Jednakże te szydełkowe wydawały mi się za ciężkie i za toporne do delikatnej koronki. zaczęłam szukac innego rozwiązania.

Potem pojawiła się poduszka.

Wygrał wzór z tzw. " kwadratów babuni". 


W końcu znalazłam delikatny czerwony mareriał i to z niego "ukręciłam" róże:


Następnie było montowanie wszystkiego i tak powstała całość:



Moja najmłodsza córka ma planowo nieść poduszkę z obrączkami. Jeszcze nie wiadomo, jak to wszystko wyjdzie, więc projekt jest przygotowany na dwie opcje. Jedna, to z udziałem Izabeli, druga, to brak Izy. 

W takiej sytuacji można albo wyjąć serduszkowe pudełko i w nim zanieść obrączki(pudełko utrzymują róże i jest ono bardzo stabilne; tego się nie spodziewałam), albo wyjąć gąbkę z obrączkami i włożyć w oryginalne pudełko od jubilera.

Cieszę się, że projekt wyszedł ładnie - tak, skromna nie jestem - i najważniejsze, że spodobał się siostrze.



środa, 12 sierpnia 2020

Muzeum Wsi Lubelskiej

 



Wspominałam w poprzednim wpisie o wizycie w muzeum. Chrapkę na odwiedzenie tego miejsca miałam już wieki temu, ale z wiadomych względów nie mogłam sobie, ot tak, tam pojechać. 

Kiedy byliśmy w Polsce, mój małżonek również zapałał chęcią odwiedzenia skansenu. 

I pojechaliśmy! ponieważ nie ma takiej siły, która zatrzyma mojego męża przed wycieczkami. Zwłaszcza w tym roku, kiedy w Irlandii nie byliśmy nigdzie. Dosłownie nigdzie. 


Już na wstępie mówie: warto tam pojechać i warto zarezerwować sobie dużo czasu oraz nastawić się na mnóstwo chodzenia. Jest mały problem, jeśli idzie o parking - stanowczo za mało, ale może tak bywa w weekendy. 

O samym muzeum możecie poczytać na ich stronie. Ja napiszę tak, jak czuję.


Tego dnia pogoda nam dopisała niesamowicie!, może nawet za bardzo, bo w pewnej chwili upał stał się  ogromny. 

Budynek na poniższym zdjęciu to recepcja czy też biuro, gdzie można zakupić bilety. Razem z nimi, dostaje się przewodnik-mapę po skansenie. 



Pierwszy na naszej drodze pojawia się wiatrak. Ogromny, górujący pośród poletka ze zbożem. Brak mu śmigieł, dzięki którym na pewno wyglądałby prawdziwie majestatycznie, ale i tak czuć jego potęgę.


Otacza nas gorące powietrze, delikatny wiatr unosi zapachy dojrzewającego zboża. Wszystko to ucicha, kiedy wchodzimy między chaty. Tutaj powietrze prawie stoi. Mimo to, wszechobecne, wielkie drzewa, dostarczają cienia i nadają klimatu. 

Można poczuć się tak, jakbyśmy weszli do dawnej wioski, gdzie za chwilę zza węgła wyjdzie jakiś jej mieszkaniec. Tym bardziej wydaje się to prawdopodobne ze względu na zwierzęta gospodarskie; kozy, kaczki, gęsi, kury, itd., które tam żyją. Zagrody dla zwierząt są naprawdę zamieszkane. 
Artur cały czas podziwiał wszystkie sprzęty rolnicze: i duże i małe. Część z nich znałam z dzieciństwa, ale część już była totalnie nieznajoma. Tutaj przychodzili z pomocą rodzice. 

Zapach w zagrodach, obejściach był zdecydowanie muzelany, z domieszką zapachów siana, zboża i nawozów zwierzęcych. Na te ostatnie reagowały szczególnie niektóre panie, zatykając nosy, wachlując się i prawie omdlewając na progach obórek:) Och, cóż to był za widok!:)

Wykończenia strzech mogłabym podziwiać bez przerwy! Absolutne  piękności.


Powoli żegnaliśmy się ze wsią i kierowaliśmy się ku miasteczku. 

Tutaj już płoty zrobione były ze sztachet z gustownym wykończeniem:

W miasteczku była poczta, straż pożarna, sklepy, pijalnia piwa, krawiec, szefc... Wszystko, jakby zatrzymane w czasie... Dosłownie czekało sie, kiedy pojawi się sprzedawca lub rzemieślnik.

W niedziele organizowane są pokazy różnych sztuk rzemieślniczych, albo sceny z życia miasteczka bądź wsi: np. wyjazd straży pożarnej, sianokosy, żniwa.... wszystko zgodnie z duchem epoki.

Na terenie skansenu jest kościół i cerkiew. Zastanawiałam się, czy cmentarzyk przy kościele jest, że tak to ujmę, oryginalny? Chyba tak, bo jakżeby inaczej.
 
Na cmentarz prowadzi taka piękna brama:
...a krzyże toną w zieleni, otoczone kwiatami, które rozsiewają delikatny zapach w ciężkim od gorąca powietrzu.

 I warto mieć ten czas, żeby zatrzymać się tam na chwilę, postać pod szumiącą brzozą, może wyszeptać "Wieczny odpoczynek..."






Idąc alejami drzew, mijamy kolejną, piekną bramę:




Brama ma ciekawe rzeźbienia, a prowadzi... 

...do pasieki:
Tam, na wzgórku, w pełnym słońcu stoją ule w równych rzadkach...

Mijamy kolejne domy obsadzone kwiatami: malwy, rudbekie, dziewanna - tego nie mogło tam zabraknąć
I tutaj mamy już barć, a raczej kilk barci. Takie w poziomie widziałam pierwszy raz.
Stary żuraw stoi w cieniu lip. Nie pracował(bo niby jak, skoro studni tam nie było), więc nie wiem czy skrzypi, ale właśnie skrzypienie od razu nasuwa się na myśl, kiedy go widzę.

Przepiękna cerkiew, kilka kolejnych chat i zagród wiejskich i powoli zbliżamy się do końca.

Jeszcze mała przystań i widok miasteczka od tyłu:
  
Wycieczka była długa, a i tak nie weszłam do każdej chaty. Nie zrobiłam zdjęć wszystkich, które chciałam, bo spędziłabym tam jeszcze kilka godzin. 
Tak myślę, że w środku tygodnia byłoby zdecydowanie spokojniej.


Do tego skansenu mogłabym pojechac jeszcze nie jeden raz. Na pewno inaczej wszystko wygląda w innym czasie, innej porze roku. Wiosna jest tam piękna, jesień czarująca, a zima... urzekająca. Skąd to wiem? Ze zdjęć i filmików, jakie muzeum publikuje na swojej stronie, choćby na FB.
Na razie pozostają mi te wspomnienia, ale wszystkich, którzy mogą, zachęcam żeby odwiedzili to lub podobne miejsce. Mój wpis na temat muzeum nie oddaje nawet dziesiątej części tego, co tam sie widzi, czuje i doświadcza, więc warto zobaczyć to samemu.

środa, 5 sierpnia 2020

Byliśmy w Polsce i wróciliśmy...



...zostało mi to jedno zdjęcie, robione podczas lotu do PL. Skrzydło samolotu...




Potem już bylismy tak zajęci, że jedyne zdjęcia, które posiadam to te z Muzeum Wsi Lubelskiej. 

Dodam, że kto nie był w tym miejscu, niech niezwłocznie się wybierze. Warte każdej złotówki, tym bardziej, że bilet tani.


 

środa, 1 lipca 2020

Lato, wakacje...


Po tym, jak blogger "ulepszył" wszystko, to generalnie jest do d..py. Zdjęcia wgrywaja się w tempie, jakby blogger miał zaparcie. Opcje zdjęcia zmienia się już nie jednym kliknięciem, a wybieraniem opcji. Głupota totalna. To ma być to ulepszenie...  ale google po prostu olewa wszystko, bo i tak z niego korzystamy.  Chociaż nie, chyba niedługo się z tego wypiszę:) Póki co przywróciłam starszą opcję bloggera i taka zostanie. 


Szkoła zakończona - już tydzień temu, prezenty rozdane, można cieszyć się wakacjami. Co prawda dzieci w tym roku miały i tak mało szkoły i ciekawe co zrobią z tymi prawie półrocznymi wakacjami.

Ogród...


Krwawnik różowy:

 




Miałam jeszcze żółty, ale wszechobecne mszyce prawie go wykończyły. Teraz się odradza.



Nieśmiertelniki w czasie deszczu zwijaja swoje kwiaty:








Pelargonie bluszczolistne rozwijają pąki.



Niektóre pelargonie rabatowe już kwitną:



Fuksja magellańska zaczyna przepięknie kwitnąć. Też była osaczona przez mszyce, ale przycięłam wszystko o 50% i teraz odżywa.



Liliowce też już w pelni kwitnienia:



I w końcu maki...


Urocze w pąkach:





A potem w kwiatach:





Mam akurat tylko biało-czerwone:



Potem w trawie, na tarasie, pełno płatków strąconych przez wiatr...






Ale to nie koniec spektaklu, zostały jeszcze makówki:



I w końcu liście, kiedy pada deszcz: