czwartek, 29 kwietnia 2021

Jeden wzór


Jakiś zcas temu na blogu Uli zobaczyłam poduszkę, której wzór mnie po prostu zachwycił. Dała mi namiary i szukałam, szukałam na pinterest, aż w końcu trafiłam. 

Jak już zaczęłam, to poszło. 

Najpierw dwa fronty na mniejsze poduszki w kolorystyce spokojnej:





Potem, na większą poduszkę - w czerwieni - żeby było do kompletów zimowych:







I w końcu poszłam za tym, co Ula mi napomknęła - a mianowicie, że ten wzór pięknie by na chuście wyglądał. 

Zatem spróbowałam. Miałam trochę włóczki w kolorze jasnego brązu i resztki różnyh odcieni różu. Pomieszałam je, moja najmłodsza stwierdziła, że kolorystycznie bardzo ładnie wychodzi, więc kontynuowałam do wyrobienia wszystkich tych kolorów, które tutaj widać. 

 

Dzisiejszego ranka było łądne słońce, więc chusta poszła do zdjęcia na świeżo odnowionym płocie.



Wzór jest bardzo prosty do zapamiętania - co uwielbiam - i jak już się zacznie, to można kontynuować w nieskończoność. 




Chusty nie blokowałam, więc układa się tak, jak chce, ale i tak pójdzie teraz do schowania, a poza tym aż tak bardzo mi nie przeszkadza to falowanie. 



Brzeg zakonczyłam, tak jak mi w duszy zagrało i na ile mi włóczki wystarczyło. 


 Mogę powiedzieć, że to nie ostatnia rzecz wyszydełkowana tym wzorem. Już zaczełam kolejne. Wyjątkowo nie nudzi mnie ta powtarzająca się sekwencja, co jest zaskakujące. Zazwyczaj nie dziergałam nic tym samym wzorem, a jeśli już, to nie jeden raz po drugim.

środa, 21 kwietnia 2021

Dalej roślinnie

 

W tym roku starałam się nie spieszyć z wysiewaniem roślin. Zrobiłam to po połowie marca, ale i tak szybko wszystko mi wyrosło i już z początkiem kwietnia, trzeba było pikować siewki. Najpierw poszły do wytłaczanek jajecznych. Objętość niezbyt wielka, ale korzenie nabiorą mocy :

 



Po świętach wysiałam groszek pachnący. Kupiłam jakieś nasiona z rok temu za bezcen, stwierdziłam, że zobaczę ile mi z tego wykiełkuje:



Jak widac na załączonym obrazku - wszystko wykiełkowało:


Od świąt musiałam zacząć "wędrować" z pikówkami w tę i z powrotem, ze względu na minusowe temperatury nocne. Dzień spędzały na dworze i nabierały mocy do tego stopnia, że część musiałam szybko przenieść do pojemników z rolek po papierze toaletowym. To było już drugie przesadzanie, na kolejne wzmocnienie.
 


Posiałam kolejne roślinki do tacek i stały w słońcu, na tarasie:


Tymczasem reszta rosła:

-aksamitki



...i nabierała - nadal nabiera - mocy:

- kosmos


Dzisiaj to wygląda tak:



Noce są już na plusie, więc pozostawiam wszystko na zewnątrz. 


Groszek pachnący naprawdę niedługo trzeba będzie wysadzać:



Lubczyk zaczyna powolutku się rozrastać:



Koperek już całkiem spory, zaraz będę siała kolejny:



Pomidory to już chętnie by wywędrowały do dużych wiader, ale jeszcze się o nie trochę boję. W końcu to pomidory...



Mają takie śliczne włoski na łodygach... a zapach jaki wydzielają, kiedy je dotykam... niebiański! Zawsze uwielbiałam pracę przy pomidorach, bo choć brudziły ręce niemiłosiernie, to pachniały cudnie:
 


Posiałam wilec(Ipomoea), czyli jak tutaj o nim mówią: "Morning Glory. Część nasion mam z Polski od rodziców, bo tam zawsze rósł; część mam kupionych w Anglii: odmiana o białoniebieskich kwiatach. Pewnie nie przejmowałabym się sianiem do pojemników, ale tutaj ślimaki wpierniczyłyby siewki w jedną chwilę. Sadzonki dają mi możliwośc kontrolowanego posadzenia większych już roślin.



Wschodzi mi też mak ozdobny - jednoroczny:



Tymczasem w pojemnikach lawenda budzi się do życia:



Podobnie szałwia już zaczyna rosnąć:



Floksy wysadziły główki i biegną ku słońcu:



Fuksja ogrodowa po bardzo solidnym cięciu, odbija nawet na najstarszych pędach:
 


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Przeminął ich czas

 


Przez cały ten okres, kiedy mnie tutaj nie było podziało sie tak wiele, że nawet nie wiem od czego zacząć. 


Przede wszystkim moje milczenie związane było z wizytą najstarszej. Przyleciała do nas na święta i została całe dwa tygodnie. W tym czasie nie dotknęłam nawet laptopa. Często za to gościł w moim ręku aparat, którym chwytałam ulatujące piękno kwiatów. 


Jak już miałam wziąć się za pisanie, dotarła do mnie - z opóźnieniem, ale dotarła - wiadomość o śmierci Krzysztofa Krawczyka. I przyznam, że poruszyło mnie to mocno, wszak od najmłodszych lat znałam jego głos, a potem już sama, świadomie wybierałam płyty, które nagrywał. Jego piosenki towarzyszyły mi zawsze; słuchałam jego najróżniejszych nagrań i nie potrafiłabym wybrać ani płyty, ani piosenki, którą lubię najbardziej.

Będąc na studiach udało mi się nawet kupić bilet na jego koncert w jednym z domów kultury w Warszawie. To było coś niesamowitego, co pamiętam do dziś: jego niespożytą energię, chęć zabawienia publiczności, choć przecież i tak wszyscy dobrze się bawili od początku.  

Piosenki Krzysztofa Krawczyka można lubić lub nie, o gustach się nie dyskutuje, ale na pewno nie można odmówić mu ogromnego talentu; talentu, który zdarza się raz na wiele, wiele lat. Myślę, że jego nazwiska, jego postaci, nikt i nic nie wykreśli z historii muzyki rozrywkowej. 

Teraz pozostaje nam tylko w podziękowaniu za całe jego śpiewanie pomodlić się za jego duszę i wierzyć, że gdzieś tam, w oddali, śpiewa kolejne koncerty, bo przecież muzykę kochał ogromnie...  



I wracam do tego, co miałam pisać, czyli o ogrodzie.

Żonkile przekwitły już w marcu, na długo przed świętami. Za to spory czas cieszyłam się kwiatami szafirków i hiacyntów. 














W tym roku najpiękniej kwitły niebieskie hiacynty, ponieważ różowe przeszły dwukrotną przeprowadzkę w fazie rozwijania pąków i po prostu zbuntowały się. Natomiast białe zostały zasypane gliną w ogrodzie i kiedy już się przebiły przez tę warstwę, wykwitły co prawda, ale były jak noworodki, wymęczone drogą i umorusane. Zatem tylko niebieskie w tym roku naprawdę zdobiły ogórd.


W święta rozwinęła się najpóźniejsza - w moim ogrodzie - odmiana żonkila.



...dokończyły kwitnienie narcyze...






... i zaczęła swój pokaz szachownica:





Poza tym wszystko inne albo zaczynało rosnąć, albo wytwarzać pąki lub je rozwijać.

I tak mamy tutaj...


Budzący się do życia lilak



Piwonię z pierwszymi, małymi pąkami: 



Pierwiosnki, które niezmordowanie kwitną i przekwitają: 



Stokrotki z pierwiosnkami:





Tulipany...









Fiołek, który wyrósł mi poza obrębem ogrodu i liczy na to, że kosiarka go nie zahaczy:


Następny wpis też będzie ogrodowy, bo nazbierałam sporo fotek.