Kolejny wpis o tematyce innej niż robótki ręczne. Czas płynie dość szybko i za chwilę umknie mi z pamięci to, co miałam opisać tygodnie temu.
We wrześniu mieliśmy małą imprezę w Portarlington. Ludzie wylegli na główną ulicę. Były tam przygotowane przez szkoły i kluby prezentacje tańca i muzyki irlandzkiej, pokazy akrobatyczne; było rękodzieło wszelakie, reklamowały się sklepy i sklepiki, robiły małe wyprzedaże. Na placu zabaw przygotowano kilka atrakcji dla dzieci i oczywiście nieśmiertelne malowanie twarzy.
Gosia, jak zwykle, zażyczyła sobie motylka, natomiast Monika wyszła jako tygrysiątko:
We wrześniu, a nawet teraz, w październiku, wciąż dopisuje nam pogoda. Co prawda częściej już pokropi, nawet spadnie dość mocny deszcz, już noce są zimne, ale mimo wszystko bywają piękne, słoneczne i ciepłe dni.
Małgosia szaleje na hulajnodze:
Oto ranek, kiedy Monika odprowadza siostrę do szkoły:
Monika poczyniła ogromne postępy w samodzielnym jedzeniu łyżką czy też łyżeczką. Cały czas chce sama i sama. Różne są tego efekty ale najczęściej już całkiem dobre.
Ostatniej soboty mieliśmy małą imprezę. Koleżanka z Małgosi klasy - Abby - miała urodziny. Pojechaliśmy do pobliskiego Portlaoise. Tam, w specjalnie przygotowanych salach, dzieciaki miały sporo atrakcji. Polegało to głównie na bieganiu, zjeżdżaniu, wspinaniu się po siatkach, drabinach z lin, zabawach w basenie z piłeczkami, huśtaniu na linach, pomykaniu tunelami, itp. Po 90 minutach szaleństw dzieciaki dostały posiłek i tort.
Do domu wróciliśmy wieczorem. Wszyscy byli zadowoleni: dziewczyny i ja. Monika i Gosia wyszalały się z koleżankami, a ja spędziłam czas w miłym towarzystwie.
Przyznam, że zaskoczyła mnie Monika. Była tam najmłodsza, za towarzystwo miała tylko irlandzkie dziewczynki, a mimo to od pierwszej chwili podała rączkę jednej z dziewczynek(której nie znała wcześniej) i poszła się bawić. Przez półtorej godziny nie miałam dzieci.
Tuż przed imprezą obie moje córki łaskawie dały się uczesać, a nawet pozwoliły zrobić sobie kucyki.
Z ostatnich wypowiedzi najmłodszej chyba najciekawsze jest to, jak wstaje ciut świt, wygląda z łóżeczka i pyta mnie:
- Mamo, jeszcze nie dopiero?
albo:
- Mamo, jeszcze nie godzina? - oba zdania mają oznaczać, że jeszcze nie nadeszła pora wstawania.
Czasem się pomyli i mówi, że "najdobrzej" jej smakuje coś tam.
Małgosia poznaje kolejne literki, uczy się je pisać, nawet polubiła pracę domową od kiedy znalazłam na nią sposób. Na pracę, nie na Gosię:)
Dzieciaki w "juniorach" dostają tu we wtorki zeszyt z wklejonymi kartkami, na których opisana jest literka i towarzyszy jej rysunek. Praca domowa polega na napisaniu po linijce danych literek. Zadana jest od razu na 3 dni(3 kartki z literkami) a w piątek dziecko odnosi zeszyt do szkoły. Nauczycielka zabiera, sprawdza i przygotowuje kolejne prace.
Kontakt z nauczycielem mamy za pomocą pisanych kartek, tzn. jeśli coś nas interesuje to piszemy i wkładamy kartkę do teczki. Nauczycielka sprawdza teczki i wkłada do nich wszelkie informacje dla nas. Tak to wygląda w sprawach prostych. Jeśli rodzice mają życzenie, mogą się umówić telefonicznie na konkretną godzinę i wtedy poruszyć dręczące ich problemy.
Nie twierdzę, że taki system funkcjonuje w całej Irlandii, we wszystkich szkołach. Tak jest u nas. Jak na razie mnie to zadowala.