Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2020

Kilka dekoracji




Wyciągnęłam więc dekoracje wilekanocnowiosenne ze strychu.

Wczsną wiosną, kiedy jeszcze można było chodzić do woli, przyniosłam wierzbę. Kiedy rozwinęły się z niej bazie, zasuszyłam je i teraz mam już na czym wieszać pisanki.

Przez te kilka lat nazbierało sie ich trochę....


Niektóre maja ponad 10 lat, robiłam je w pierwszych latach pobytu w Irlandii:


Większość jest po prostu oklejona materiałami, głównie kwiatowymi, bo te najbardziej mi pasują do wiosny i pisanek.








Oczywiście Izabela musiała wyciągnąć wszystkie kurki, zajączki, ptaszki, kurczaczki....


Mamy więc zające i kurki zgodnie siedzące obok siebie.





Mamy paierowe cudeńka, które dostaliśmy od znajomych:


Papierowe pisanki...


 ...i papierowy kurczaczek:


Mamy wreszcie koszyk z pisankami, które nie wiszą, a zwyczajnie leżą:


 Wyskrobane wzory na malowanych w cebuli skorupkach... i szydełkowe - kolejny prezent od znajomej:





piątek, 23 marca 2018

Wielkanocnie po raz drugi




Osłonki szydełkowe, które dostałam od Uli, już są zagospodarowane.



Miałam kilka ufarbowanych jajek, które akurat nadawały się na te ubranka. Już leżą sobie w koszyku i czekają na święta:



We wtorek coś mnie podkusiło i zrobiłam jajka ażurowe. Kiedy dzieci to zobaczyły, poprosiły, żeby wykonać po jednym dla ich nauczycielek. Owinęłam więc dodatkowe balony i wyliczyłam sobie, że w weekend je ozdobię. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w czwartek znajoma przypomniała mi o piątku, tym dzisiaj- 23 marca - jako o ostatnim dniu szkoły przed świętami!
Zupełnie mi to umknęło i cały ostatni tydzień wmawiałam moim dzieciom, że szkołą trwa jeszcze w kolejnym...



Zatem, czasu na ozdabianie nie miałam prawie wcale. Nie miałam też materiałów, poza tym, co w domu. Co wykombinowałam?



Na szybko wydziergałam motylki, całą masę, tyle, ile mi czas pozwolił...



Nie było mowy o zabawie w bardziej skomplikowane wzory!
Kiedy już miałam trochę szydełkowych owadów, przymocowałam je klejem do jajka. Można by było bawić się w przypinanie, ale podejrzewam, że w tej opcji są bezpieczniejsze z moimi dziećmi. Jest szansa, że dotrą do rąk nauczycielek w mało zmienionej formie:)



Dziewczyny same dopasowały sobie motylki do koloru jajek. Ulubiony kolor sprawdziły wcześniej z nauczycielkami.

Teraz same motylki... Wzór, a raczej film jest w linku. Bardzo dobrze opowiedziane i pokazane. Zrobisz jedno skrzydełko i już masz ideę, jak to idzie. W moim przypadku braku czasu było to rozwiązanie idealne.



wtorek, 20 marca 2018

Wielkanocnie po raz pierwszy



Zanim jednak przejdę do tematu Wielkanocy, coś innego:



W końcu odplamiłam, uprałam i uprasowałam, więc można się pochwalić.



Do tego - nie tworzą co prawda kompletu, ale też ładne - dwie haftowane serwetki-podkładki:


Jeszcze zbliżenie haftu z angielską "porcelaną":)



I pierwsze jajka:



Gotowane w cebuli, w znanych dobrze kolorach:



Wzory takie, jak przyszły mi do głowy w trakcie skrobania; niektóre, np. szyszka, wyszły przypadkowo. Piersza przypominała rybią łuskę bardziej niż szyszkę. Arturowi podoba się druga wersja zdecydowanie bardziej; mi chyba też.



Dzieci też próbują swoich sił - już 3 jajka zgniecione - wypadek podczas pracy. Wydawało im się, że to takie proste!



Próbowałam też , sprzedawanych w lidlu, barwników do jajek. Reklama głosi, że nadają się do barwienia i białych i brązowych jaj. Powiem tak: g...prawda. Z czterech kolorów: zielonego, różowego, żółtego i czerwonego najlepiej wyszedł czerwony(tak samo można sobie ufarbować w łuskach cebuli), różowy...jak cię mogę, ale szału nie ma, o żółtym nie wspomnę. Z zielonej farbki porobiły się farfocle i z koloru nici. Myślę, że na białych jajkach może wyszłoby to lepiej, ale już nie będę z tymi barwnikami eksperymentować.



Mam chęć popróbować z naturalnymi barwnikami, ale w sumie po co mi tyle jaj?





Tuż przed Wielkanocą zakwitło hippeastrum:


W tle widać ogołocone z liści, zimujące drzewko fuksji, które teraz służy za wieszak na styropianowe pisanki.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkanocne koszyki




Wczoraj była serwetka, w zasadzie półserweta, bo osiągnęła ponad 90cm średnicy, a dzisiaj koszyki dla dziewczyn.

Sama nie wiem dlaczego porwałam się na plecenie z papieru, bo jestem do tego dość źle nastawiona, jako że średnio mi to wychodzi. Na Wielką Sobotę miał być przygotowany rodzinny koszyk i tyle. Jednak doświadczenie poprzednich lat nauczyło mnie, że będzie kłótnia między dziećmi o to, która ma go nieść, postawić, odebrać, itp. Zastanawiałam się, co by tu zrobić i pierwotny plan był taki, żeby pójść do sklepu i kupić gotowe koszyki. Kiedy jednak je zobaczyłam, a potem to, że wszyscy będą mieć takie same, wyszłam bez zakupów.
Któregoś ranka siadłam i zaczęłam po prostu przeplatać wiklinę i wiecie co? W końcu do mnie dotarło, jak ją trzymać, żeby w miarę prosto wszystko wychodziło! Koszyki nie są idealne, stąd moje maskowanie nierówności,większych i mniejszych, za pomocą koronek, kwiatów i czego tam jeszcze...




Każdy koszyk powstawał osobno; po każdym zapleceniu musiałam nieco odpocząć i napełnić się cierpliwością od nowa, aby zacząć kolejny.



Potem pszyszedł czas na dulux i malowanie, aby na końcu zająć się ozdabianiem/maskowaniem.

I tak, ten powstał na zupełnego spontana: zakręciłam tę różową mgiełkę wkoło i jakoś nie chciała odpaść. Bez kleju, bez niczego, po prostu przylgnęła. Stwierdziłam, ok, niech zatem będzie. Dorobiłam dwie róże z materiału i wydaje mi się, że tyle wystarczy. Tutaj kolor gra główną rolę.



Drugi koszyk, to krzyk rozpaczy i wołanie o pomoc. Był tak niemiłosiernie krzywy w jednym miejscu, że wyglądał jak Quasimodo, musiałam coś z tym zrobić. Chwyciłam za koronkę i moje zapasowe kwiatki, podłączyłam klejownicę i dalej do przodu! I koronka i kwiatki są przyklejone na gorąco. Pozwoliło mi to formować fałdki na bieżąco. Kwiaty miały być ułożone zupełnie inaczej, ale klej był widoczny na koronce, więc zamaskowałam go właśnie nimi, tworząc wianuszek.


Dzięki temu uratowałam plecionę i jednak będzie mieć ona swoje pięć minut.



Trzeci koszyk to już była kombinacja.... co by tu....?  Nie chciałam, żeby był identyczny z którymś z poprzednich, a na siłę mi te róże i kwiatki tłoczyły się w głowie. Na szczęście wpadł mi w ręce seledynowy jedwab i złocisty woal:



Seledyn pocięłam na 3 pasy, opaliłam nad świecą i zmarszczyłam. Z woalu zrobiłam jednak kwiaty, ale nie przesadzałam z ich ilością, bo w świetle naprawdę połyskują. Wydaje mi się, że takie dwa w pełni wystarczają.



Ten koszyk wydaje się być najskromniejszy, ale czy taki jest?


Jutro wyścielę je w środku i zapełnię produktami, a w sobotę będę trzymać kciuki, żeby dzieciaki nie wywaliły zawartości któregoś koszyka w kociele, bądź na ulicy. Skąd te myśli?
Otóż od dawna w naszej rodzinie powtarzana jest anegdotka z czasów, kiedy ja miałam lat może 15, a moje rodzeństwo 7-8. W sąsiedztwie mieli rówieśników i jeden z tych chłopców tak niósł koszyk, że wywalił go na chodnik, a jajka potoczyły się aż na jezdnię. Żeby było śmieszniej, w naszych stronach jajka są obierane ze skorupek, a co za tym idzie - przykleiło sie do nich wszystko! Już nie pamiętam, czy to było przed, czy po święceniu, wiem na pewno, że sąsiad biegał po szosie i zbierał tę nieszczęsną święconkę. Do tej pory to wspominamy i się śmiejemy, a w tym roku sama mam prawo mieć obawy co do zawartości naszych koszyków:)

wtorek, 19 marca 2013

Różne różności









Zebrało się sporo rzeczy do napisania, ale czas mi jakoś tak szybko uciekał. 

Pomalowałam w końcu kuchnię i jadalnię. Wybrane zostały dwa kolory: delikatna zieleń i żółty. Bałam się trochę efektu, mimo, że zakupiłam próbki i spawdziłam na ścianie. 





Najpierw wydzieliłam przestrzenie dla koloru zielonego i nim pomalowałam ściany. Kiedy już schła druga warstwa, padł na mnie blady strach. Kolor wydał mi się zbyt ciemny, jakiś taki przytłaczający. Nie wzięłam poprawki na to, że dopiero co skończyłam malowanie, a poza tym dzień był pochmurny i wyjątkowo ponury. Wszystko to dało obraz dość ponury.




Dopiero następnego dnia, kiedy rano weszłam do kuchni, negatywne emocje opadły. I pomyśleć, że poprzedniego dnia chciałam wsiadać do samochodu i jechać po neutralną "magnolię", która zakryłaby cały ten niewypał.





Dopiero jakieś dwa tygodnie później, kiedy moja siostra przyjechała do nas na krótki relaks, pomalowałyśmy resztę ścian na żółto. Tak, tak, u mnie zazwyczaj odpoczynek jest dość aktywny. Dana malowała i malowała - dodam, że pierwszy raz w życiu. 


Kiedy już pomieszczenia lśniły nowością, wpadł mi w ręce taki obrazek:




Wpasował się koło filiżanek, ale nie wykluczam, że znajdzie swoje miejsce koło wnęki okiennej, która jeszcze nie doczekała się malowania:)



W międzyczasie powstawały małe ozdoby. Styropianowe jajka otulam materiałem, dodaję jakąś wstążkę i już mam zawieszkę. 

Wybrałam się też z dziewczynami do lasu po bukszpan. Rośnie go u nas pod dostatkiem, tak na dziko. Gałązki ma niesamowicie długie, jako że większość czasu "biegną" one w kierunku światła, którego mają mało. 
Skoro już przyniosłam bukszpan, uplotłam z niego wianki:



Zawisiłam nad drzwiami jadalni i pokoju dziennego. Na razie są dość surowe - tylko koronka lub wstążka.



Sama nie wiem, czy jeszcze coś do nich dodam. Taka surowość też ma swój urok. 



Nie moge powiesić ich na całej długości futryny, bo zostana pozwalane, zawisło ich zatem tylko kilka. 




Od momentu, kiedy nabyłam klejownicę, moje możliwości znacznie wzrosły. Mogę kleić, mocować i wyczyniac cudeńka z pomocą silikonu. Powstają więc kolejne rzeczy, które nabierają mocy przed prezentacją. 
Dziś dokleiłam w końcu kolorowe nitki do pisanek i mogły one zawisnąć na sercu z wikliny - nie papierowej, nie - jakoś mi z nią nie po drodze. Dodałam tylko malutkie bukszpanowe koło, wstążkę i gotowe.





Kończę jeszcze kilka prac, ale czy wyrobię się z nimi przed świętami? Tego nie wiem.

poniedziałek, 18 marca 2013

Ozdoby






Zebrało się sporo rzeczy do napisania, ale czas mi jakoś tak szybko uciekał. 

Pomalowałam w końcu kuchnię i jadalnię. Wybrane zostały dwa kolory: delikatna zieleń i żółty. Bałam się trochę efektu, mimo, że zakupiłam próbki i spawdziłam na ścianie. 





Najpierw wydzieliłam przestrzenie dla koloru zielonego i nim pomalowałam ściany. Kiedy już schła druga warstwa, padł na mnie blady strach. Kolor wydał mi się zbyt ciemny, jakiś taki przytłaczający. Nie wzięłam poprawki na to, że dopiero co skończyłam malowanie, a poza tym dzień był pochmurny i wyjątkowo ponury. Wszystko to dało obraz dość ponury.




Dopiero następnego dnia, kiedy rano weszłam do kuchni, negatywne emocje opadły. I pomyśleć, że poprzedniego dnia chciałam wsiadać do samochodu i jechać po neutralną "magnolię", która zakryłaby cały ten niewypał.





Dopiero jakieś dwa tygodnie później, kiedy moja siostra przyjechała do nas na krótki relaks, pomalowałyśmy resztę ścian na żółto. Tak, tak, u mnie zazwyczaj odpoczynek jest dość aktywny. Dana malowała i malowała - dodam, że pierwszy raz w życiu. 


Kiedy już pomieszczenia lśniły nowością, wpadł mi w ręce taki obrazek:




Wpasował się koło filiżanek, ale nie wykluczam, że znajdzie swoje miejsce koło wnęki okiennej, która jeszcze nie doczekała się malowania:)



W międzyczasie powstawały małe ozdoby. Styropianowe jajka otulam materiałem, dodaję jakąś wstążkę i już mam zawieszkę. 

Wybrałam się też z dziewczynami do lasu po bukszpan. Rośnie go u nas pod dostatkiem, tak na dziko. Gałązki ma niesamowicie długie, jako że większość czasu "biegną" one w kierunku światła, którego mają mało. 
Skoro już przyniosłam bukszpan, uplotłam z niego wianki:



Zawisiłam nad drzwiami jadalni i pokoju dziennego. Na razie są dość surowe - tylko koronka lub wstążka.



Sama nie wiem, czy jeszcze coś do nich dodam. Taka surowość też ma swój urok. 
 



Nie moge powiesić ich na całej długości futryny, bo zostana pozwalane, zawisło ich zatem tylko kilka. 




Od momentu, kiedy nabyłam klejownicę, moje możliwości znacznie wzrosły. Mogę kleić, mocować i wyczyniac cudeńka z pomocą silikonu. Powstają więc kolejne rzeczy, które nabierają mocy przed prezentacją. 
Dziś dokleiłam w końcu kolorowe nitki do pisanek i mogły one zawisnąć na sercu z wikliny - nie papierowej, nie - jakoś mi z nią nie po drodze. Dodałam tylko malutkie bukszpanowe koło, wstążkę i gotowe.





Kończę jeszcze kilka prac, ale czy wyrobię się z nimi przed świętami? Tego nie wiem.