Wczoraj była
serwetka, w zasadzie półserweta, bo osiągnęła ponad 90cm średnicy, a dzisiaj koszyki dla dziewczyn.
Sama nie wiem dlaczego porwałam się na plecenie z papieru, bo jestem do tego dość źle nastawiona, jako że średnio mi to wychodzi. Na Wielką Sobotę miał być przygotowany rodzinny koszyk i tyle. Jednak doświadczenie poprzednich lat nauczyło mnie, że będzie kłótnia między dziećmi o to, która ma go nieść, postawić, odebrać, itp. Zastanawiałam się, co by tu zrobić i pierwotny plan był taki, żeby pójść do sklepu i kupić gotowe koszyki. Kiedy jednak je zobaczyłam, a potem to, że wszyscy będą mieć takie same, wyszłam bez zakupów.
Któregoś ranka siadłam i zaczęłam po prostu przeplatać wiklinę i wiecie co? W końcu do mnie dotarło, jak ją trzymać, żeby w miarę prosto wszystko wychodziło! Koszyki nie są idealne, stąd moje maskowanie nierówności,większych i mniejszych, za pomocą koronek, kwiatów i czego tam jeszcze...
Każdy koszyk powstawał osobno; po każdym zapleceniu musiałam nieco odpocząć i napełnić się cierpliwością od nowa, aby zacząć kolejny.
Potem pszyszedł czas na dulux i malowanie, aby na końcu zająć się ozdabianiem/maskowaniem.
I tak, ten powstał na zupełnego spontana: zakręciłam tę różową mgiełkę wkoło i jakoś nie chciała odpaść. Bez kleju, bez niczego, po prostu przylgnęła. Stwierdziłam, ok, niech zatem będzie. Dorobiłam dwie
róże z materiału i wydaje mi się, że tyle wystarczy. Tutaj kolor gra główną rolę.
Drugi koszyk, to krzyk rozpaczy i wołanie o pomoc. Był tak niemiłosiernie krzywy w jednym miejscu, że wyglądał jak Quasimodo, musiałam coś z tym zrobić. Chwyciłam za koronkę i moje zapasowe kwiatki, podłączyłam klejownicę i dalej do przodu! I koronka i kwiatki są przyklejone na gorąco. Pozwoliło mi to formować fałdki na bieżąco. Kwiaty miały być ułożone zupełnie inaczej, ale klej był widoczny na koronce, więc zamaskowałam go właśnie nimi, tworząc wianuszek.
Dzięki temu uratowałam plecionę i jednak będzie mieć ona swoje pięć minut.
Trzeci koszyk to już była kombinacja.... co by tu....? Nie chciałam, żeby był identyczny z którymś z poprzednich, a na siłę mi te róże i kwiatki tłoczyły się w głowie. Na szczęście wpadł mi w ręce seledynowy jedwab i złocisty woal:
Seledyn pocięłam na 3 pasy, opaliłam nad świecą i zmarszczyłam. Z woalu zrobiłam jednak kwiaty, ale nie przesadzałam z ich ilością, bo w świetle naprawdę połyskują. Wydaje mi się, że takie dwa w pełni wystarczają.
Ten koszyk wydaje się być najskromniejszy, ale czy taki jest?
Jutro wyścielę je w środku i zapełnię produktami, a w sobotę będę trzymać kciuki, żeby dzieciaki nie wywaliły zawartości któregoś koszyka w kociele, bądź na ulicy. Skąd te myśli?
Otóż od dawna w naszej rodzinie powtarzana jest anegdotka z czasów, kiedy ja miałam lat może 15, a moje rodzeństwo 7-8. W sąsiedztwie mieli rówieśników i jeden z tych chłopców tak niósł koszyk, że wywalił go na chodnik, a jajka potoczyły się aż na jezdnię. Żeby było śmieszniej, w naszych stronach jajka są obierane ze skorupek, a co za tym idzie - przykleiło sie do nich wszystko! Już nie pamiętam, czy to było przed, czy po święceniu, wiem na pewno, że sąsiad biegał po szosie i zbierał tę nieszczęsną święconkę. Do tej pory to wspominamy i się śmiejemy, a w tym roku sama mam prawo mieć obawy co do zawartości naszych koszyków:)