wtorek, 30 lipca 2019

Heywood Gardens - wycieczka relaksacyjna.



Po raz kolejny odwiedziliśmy ogrody w Heywood. Jak zawsze zachwyciły nas całokształtem: spokojem, kwiatami, zielenią...







Izka pojechała ze swoim własnym aparatem, więc biegała i robiła zdjęcia.



Daleko, poza ogrodzeniem:






Najstarsza chodziła własnymi drogami:



Monia usiadła nad wodą i zamyśliła się nad czymś:
















Zakątek pod pergolą sprzyjał zabawie w chowanego:














Poniżej pergoli widok na wodę:




Łaźnia ukryta wśród zieleni:



Na małym wzniesieniu sztuczne ruiny, które miały dodawać klimatu ogrodom:












Wspomniane wcześniej "ruiny" z bliska:









Parking przywitał nas pustką:



Starsze córki załadowały się do bagażnika i tam urządziły sobie piknik. My rozłożyliśmy się na kocyku:)



sobota, 20 lipca 2019

Byłam w Polsce




....wróciłam i jakoś ogarniam się w tutejszej rzeczywistości.

Dzieci korzystały z owoców i pogody.

Truskawki co prawda się skończyły, ale maliny powoli pojawiały się na krzakach.



Iza, miłośniczka tych owoców, nawet pomagała zbierać je na deser.


Zaczynały dojrzewać porzeczki: czerwone i czarne.









Jeżyny pęczniały i zaczynały chwytać pierwszych rumieńców.



Orzech włoski obsypany owocami:




W ogrodzie warzywnym też pięknie:






Pomidory i koper...











Wszystko rośnie....


Któregoś dnia zrobiłam chłodnik. Jakże on smakował! Tym bardziej, że zrobiony na bazie domowego, zsiadłego mleka, a to z kolei - z prawdziwego mleka; nie takiego ze sklepu: przetworzonego, uzdatnionego, niby lepszego...ha, ha, ha


Kiedy patrzę na te zdjęcia, to aż mnie skręca, że nie mam możliwości posiadania takiego ogrodu.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Kwiatami Was obsypię...

...zielenią zaczaruję....


Może inaczej powinnam te wpisy redagować, może nie tyle zdjęć od razu? Nie umiem. Tu i teraz się liczy, te właśnie piękne faktury, kolory... 

Liście funkii wpadły w oko aparatu. Przynajmniej te nienaruszone przez ślimaki, albo z bardzo małym uszczerbkiem






Po deszczu zbierają krople wody, które potem toczą się wzdłuż nerwów:



Pelargonia pachnąca (Geranium graveolens) dostała swoje miejsce na zewnątrz. Po kilku dniach w cieniu, pod stołem, powoli wyszła w pełne słońce. Już widać, jak bardzo wzmocniły się jej liście. Duże, zdrowe, mięsiste i obłędnie pachnące. Będą jak znalazł na herbatę zimową.


Pelargonia bluszczolistna walczy o swoje miejsce w wielkiej donicy na tarasie.  Nie jest jeszcze oszałamiająco wielka, ale prawie widać, jak rośnie.



Za to malwa daje czadu. Osiągnęła już dwa metry i dalej wznosi się ku słońcu. Oczywiście ślimaki atakują ją na potęgę! Stołówkę sobie z niej zrobiły dosłownie.

Zbite w jeden ciasny bukiet, pąki malwy, są już obietnicą rodzącego się powoli piękna:



Ślimak w jadalni :)



Rojniki tymczasem przycupnęły niziutko. Niby małe, niby takie niewidoczne, ale...



W swej prostocie piękne. Czerwona odmiana prawie mi zniknęła, uratował się jeden i teraz dzielnie walczy:



Lawenda już kusi zapachem, choć jeszcze w mocnych pąkach. Powoli jednak fiolet zaczyna przeświecać:



Liliowce tuż, tuż przed kwitnieniem:



Pąki pelargonii bluszczolistnej:



...i pelargonii rabatowej:



Nagietki, jeden w prawie ścisłym pąku:



...i drugi, już rozchylający kwiat:



Żurawka ze swoją roztrzepaną wiechą:



Lewkonia - w tym roku posadziłam ich kilka. Trafiło się nawet 4 kolory: biały, różowy, bordowy i kremowy.



Różowa na razie kwitnie, czy raczej zaczyna kwitnąć, najlepiej.



Bordowa trochę ją goni... a pozostałe kolory w powijakach.



Dzwonki wspinają się po ścianie, choć raczej powinny z niej zwisać:



Powojnik wielkokwiatowy zaczyna rozchylać kwiaty:



I poziomki szaleją już z owocami. Całe mnóstwo zwisa z gałązek w naszym przydomowym ogródku.