Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co. Wicklow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co. Wicklow. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 kwietnia 2019
Glendalough po raz enty...
...czyli o tym, jak zawsze lądujemy w tym samym miejscu.
Góry Wicklow są po Slieve Bloom Mountains, kolejnym naszym miejscem, do którego jeździmy non stop. Gdyby były bliżej, to pewnie gościlibyśmy tam jeszcze częściej, a tak, no cóż...
Pogoda była piękna przez ostatni tydzień i o dziwo, nawet kiedy małżonek był w domu. Zazwyczaj to środek tygodnia daje nam słońce, a weekend wita chłodem lub deszczem.
Wybraliśmy się zatem w góry. Oczywiście parking był zawalony kompletnie. I nie mówię tu tylko o tym bezpłatnym - ten to już chyba w godzinach bardzo wczesnorannych został zamknięty dla wjeżdżających. Udało się nam jeszcze wcisnąć nasze auto na drugi parking. Zostawiliśmy je z pobożnym życzeniem, aby zastać je w stanie nienaruszonym, po powrocie z wycieczki.
Już na początku Iza dostrzegła plakat oznajmiający, że w biurze turystycznym można zapytać się o zasady - popularnego tutaj - polowania na pisanki. Oczywiście koniecznie musieliśmy zahaczyć o to, nie było opcji uniknięcia zabawy.
Artur poszedł na obchód - szukać odpowiedzi na 10 pytań - ja zostałam z dziewczynami starszymi przy strumieniu. Po jakichś 30 minutach dwójka poszukiwaczy wróciła. Iza oznajmiła z radością, że w nagrodę dostała kredki i plakat z przyrodą Irlandii. Przyznam, że ładnie zrobiony, ciekawie opisany. Ucieszyło mnie to ogromnie, bo czekoladowych jajek i innych słodyczy dzieci miały już dosyć przed świętami.
W czasie kiedy Iza zajęta była polowaniem, starsze dzieciaki nie traciły czasu.
Woda w górskim strumieniu była zimna; nie przepraszam, zimna, to jest latem, po największych upałach. Teraz była tak lodowata, że po zmoczeniu stóp mózg zamarzał. Jak widać, moim dzieciom to nie przeszkadzało, nawet najstarszej, która już trochę odwykła od pogody irlandzkiej.
Zanim wrócił Artur, dzici wysuszyły stopy i ponownie pozakładały buty.
Po tej małej przerwie, poszliśmy już utartym szlakiem w góry, na szczyty. I tym razem najstarsza nie marudziła! Mogę spokojnie powiedzieć, że czerpała nawet radość ze wspinaczki. Kiedyś, dzwoniąc z Polski, powiedziała mi, że bardzo chciałaby pójśc z nami na rodzinną wyprawę, że one były zawsze takie fajne... aż się roześmiałam, bo pamiętam ile płaczu i awantur było przed każdym wyjazdem.
Każde z dzieci miało swój plecak z zapasem wody i jakimiś przekąskami. Co jakiś czas był więc postój: a to na ogórka, a to na paprykę, a to na bułeczkę.
Przyroda, na każdym kroku, dostarczałą wrażeń wizulanych, dźwiękowych(ptaki koncertują niesamowicie, woda pluszcze w strumukach i wodospadach) zapachowych(ciepło uwalnia ogromne ilości olejków z drzew iglastych, poza tym wiosna ma swój niepowtarzalny zapach) i dotykowych(poduchy mchów są jak najdelikatniejsze dywany).
Powrót na parking dodał dzieciom skrzydeł, bo przyświecała im myśl o czekającym jedzeniu:
Iza, ze swoim aparatem, dokumentowała wszystko!
Na obiad wybraliśmy się do pobliskiego(odległego o 10 kilometrów) pubu. Oczywiście można było zaraz niedaleko, ale Artur przypomniał sobie pub, w którym byliśmy rok temu. Koniecznie chciał do niego właśnie jechać.
Długo nie mogliśmy znaleźć tego miejsca, mąż nawet mojego bloga przeszukał i miał pretensje, że nie wstawiłam nazwy! Pokłóciliśmy się z dziesięć razy, obserwatorzy, jak zwykle, mieli ubaw. Dlatego teraz publikuję i zdjęcie z daleka i nazwę - na przyszłość.
Warto przejechać te kilometry dla dobrego jedzenia i przyjemnej obsługi.
W domu byliśmy wieczorem, zmęczeni, ale takim dobrym zmęczeniem, jeśli wiecie, co mam na myśli. I już nie moge się doczekać, kiedy pojedziemy tam znowu.
niedziela, 22 lipca 2018
Glendalough, Co.Wicklow
Wycieczka w góry, tym razem bez dzieci.
Cóż mogę tu opisywać, skoro wiele razy już pokonywaliśmy tę trasę? Dodam tylko, że wczoraj weszliśmy na szczyt, który zawsze pozostawał poza zasięgiem ze względu na zniechęcenie dzieciaków. Dziewczyny, na krótko przed wejściem na samą górę, chciały wracać, a było to tym łatwiejsze, że w tamtym miejscu odbijała ścieżka zawracająca w dół.
Zapraszam na kilka zdjęć. Mało, bo raczej cieszyłam oczy widokim i chłonęłam otoczenie.
Ścieżką, widoczną na poniższym zdjęciu, zawsze wędrowaliśmy z dzieciakami.
Poniżej widoczna jest ścieżka do wioski górników:
Góry już kwitną wrzosami:
Jeszcze przed szczytem...
I już na miejscu
W drodze powrotnej jeszcze kilka ujęć owiec, które pasą się wprost przy drogach i oczywiście maszerują sobie gdzie chcą.
czwartek, 17 maja 2018
Tyle się dzieje...
...że chyba umieszczę wszystko w jednym poście.
Z ogrodem nie nadążam, bo o tej porze roku, mimo, że rok mamy dość chłodny, rośliny szaleją.
Ostatnia, najpóźniejsza odmiana tulipanów:
Po raz pierwszy zakwitły mi konwalie!!! Nie mogły nigdy wyrosnąć, bo ślimaki zżerały je do cna. W tym roku ochroniłam delikatne listki i w końcu mam. Teraz jest nadzieja, że kłącza się wzmocnią, rozrosną i konwalii już nic nie wypleni.
W końcu obsadziłam pojemniki po farbie. Tylko jeden jest wykończony. Dwa pozostałw czekają na cementową owijkę. W donicach umieściłam kwiaty(byliny, i jednoroczne) i zioła do kuchni.
Maj to czas powojnika górskiego. Prezentuje się prawie w pełni rozkwitu:
W tym roku rozciąga się - tak to chyba najlepiej ująć - od ściany do ściany.
Byliśmy oczywiście na wycieczce w Wicklow, ale nie w górach. Tym razem wybraliśmy coś dla dzieci - czyli labirynty, farma zwierząt i muzeum wsi przy okazji. Miejsce już dobrze znane, ale wciąż ujmujące - Greenan Maze
W stodole mieści się muzeum wsi, a w zasadzie narzędzi wiejskich. A. z zainteresowaniem oglądał pługi, sprężynówki i kosiarki konne. Całe oprzyrządowanie związane z końmi przykuło jego uwagę.
Na farmie nie tak dużo zwierząt, ale jednak są. Owce z jagniętami, które hasały w trawie co i raz popijając mleko.
Kury kilku ras, niektóre przepiękne:
I oczywiście paw, który dumnie prezentował ogon:
Pogoda dopisywała, dzieciaki przysiadały na ławeczce, zmęczone bieganiem i zabawą. Monia kocha robić głupie miny do zdjęć!:
Potem był jeszcze spacer leśno-łąkowy
I wkońcu pojechaliśmy na obiad do "pobliskiego" pubu(polecanego przez właścicielkę muzeum), który był oddalony o jakieś 10km. Warto jednak było! Jedzenie pyszne, szybka obsługa, co Monia obwieściła donośnym głosem. Połowa gości to usłyszała, a właścicielka aż jej osobiście podziękowała:)
W dziedzinie prac nie ma zastoju, ale jeszcze niewiele do pokazania. Ot, taka zajawka:
Większość czasu spędzam z dziećmi ogarniając ich ostatnie powtórzenia do testów końcowych. Z Gosią studiuję biznes i ekonomię, pomagając jej, czy też naprowadzając, tłumacząc, rozliczenia podatkowe i księgi rachunkowe. Mam tylko nadzieję, że to będzie widoczne w wynikach końcowych.
Gosia zaczyna sprawdziany końcowe 28 maja, a kończy 1 czerwca i teraz właśnie ma najgorętszy okres roku.
Młodsze dziewczyny też do początków czerwca zakończą sprawdziany końcowe i pozostanie przepykać do końca roku szkolnego. Wycieczki, zajęcia sportowe, artystyczne, itp.,przygotowywanie podręczników na następny rok i rzeczy potrzebnych na wyjazdy wakacyjne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)