Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co. Laois. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co. Laois. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lipca 2016

Spacer w Ballybrittas




...czyli wyjście w przyjemną pustkę. Przez trzy godziny chodzenia nie spotkaliśmy ani jednej osoby na trasie.




Zaraz na początku przywitały nas dwa stare cisy z pokręconymi pniami:



Jeżyny kwitną na potęgę; wybrać się tam w odpowiedniej porze, to pewność nazbierania kilku kilogramów.







Mała kładka prowadząca w las świerkowy:






Róże gdzieś na poboczach...



I znowu zieleń....




Rosnące dziko naparstnice:







Dzieci zawsze, ale to zawsze! musiały przeskoczyć przez bramkę:



...albo przynajmniej się na niej pobujać :)



Wędrowaliśmy przez zupełnie puste przestrzenie łąk:



Zupełnie przypadkowo - bąk uchwycony w locie:



I kolejna dzika róża. Wszystkie zdjęcia robione z bardzo daleka, czego niezmiernie żałowałam, bo te kwiaty wychodzą przepięknie na fotkach. Nie było jednak możliwości podejścia bliżej.



W wyciszającej zieleni lasu wracaliśmy do auta


niedziela, 22 lutego 2015

Sobotnie Emo



Pogoda była piękna, aczkolwiek chłód doskwierał, szczególnie w Emo, gdzie od jeziora wiało potężnym zimnem. Po pierwszym szoku skóra przyzwyczaiła się do tego i wszyscy: i dzieci, i my, czerpaliśmy radość  z pobytu na zewnątrz; dzieciaki znowu dostały zastrzyk energii po takim dotlenieniu.

Wybraliśmy dłuższą drogę - wkoło jeziora. Tak wczesna wiosna nie jest jeszcze superatrakcyjna, ale i tak słońce dawało czadu i rozświetlało, może nie ponure, ale zimowo ciemne krajobrazy.


Wszystkie ustrojstwa, przygotowane dla dzieciaków, zostały zaliczone wielokrotnie:


Chwila odpoczynku na ławeczce...



...i dalej do zabawy...



A tymczasem w tle szumiały trzciny...



..w niektórych miejscach przeświecało lustro wody...



Tata brał czynny udział w zabawach:





...a ja "chwytałam" momenty...



Monika niezmordowanie pokonująca przeszkody:



Bardzo podoba mi się ten pomysł z wykorzystaniem drzewiastych gigantów i przekształceniem ich w swoistego rodzaju plac zabaw, usytuowany wzdłuż trasy spacerowej.


Dzięki temu dzieciaki nie czują znudzenia spacerowaniem, mogą wyładować swoją energię na ekstra dodatkach.
Jak widać niżej, Gosia nagle obraziła się na cały świat. Na szczęście na chwilę tylko :) Czasem trwa to o wiele, wiele dłużej, a weszłą w taki wiek, kiedy łatwo ją "zranić" i obrazić.


Jeszcze tylko "armata" i ostatnia zabawka zaliczona:



Pozostało bieganie po nieskończonych połaciach trawników, między drzewami....



Ja natomiast, próbowałam skupić się na fotkach, ale z rozgadaną Izabelą było to prawie niemożliwe. Artur kiedyś skomentował, że w momencie, kiedy włączy się jej gadanie, nic nie jest w stanie tego przerwać. Nawet jedzenie! Między nimi trzema, mówi najwięcej, coś jak jej tata. U niego w  pracy ludzie komentują to tak: otwieram drzwi, słyszę w oddali rozmowę i już wiem, że dziś Artur ma dyżur. W poprzednim miejscu  pracy było podobnie, aczkolwiek nieco inaczej:) Ludzie komentowali: wchodzą, czują na korytarzu zapach tostów i kiełbasek i już wiadomo, że Artur i Plunket(jego/nasz przyjaciel i prawie rodzina) są dziś w pracy.


Ostatnie ujęcia takiego trochę smutnego parku, w szacie zimowej zieleni:


Za chwilę będzie już inaczej:




sobota, 8 listopada 2014

Ricket's Rock, Clonaslee, Co. Laois


Clonaslee jest małą miejscowością leżącą niedaleko gór Slieve Bloom. Jest nazywane Północną Bramą Slieve Bloom. Zaraz na obrzeżach miasteczka znajdziemy znaki prowadzące na trasy spacerowe:




Nauczeni doświadczeniem, wybraliśmy najkrótszy szlak; faktycznie liczy on nie 4,5 ale 6km, co nie jest dla naszych dzieci wielka różnicą. To akurat taka trasa na dobry spacer w niedzielne popołudnie.
My zaczęliśmy naszą wędrówkę w kierunku przeciwnym, niż opisują wskazówki, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ wszystkie szlaki tworzą pętle. Zawsze wraca się do punktu wyjścia.


Już przy wejściu do lasu zaczyna towarzyszyć nam mała rzeczka - Clodiagh. W tym okresie woda zaledwie pokrywała kamienie na dnie, ale zapewne tylko dlatego, że przez kilka tygodni nie było rzadnego poważnego deszczu.




Dzieciaki pobiegły nad wodę, pochlapały się trochę, posiedziały na skałach i ruszyliśmy dalej:



Tym razem każda z nich dostała swój mały plecak na ramiona. Nosiły więc wodę i jedzenie, i sięgały po nie, kiedy przyszła im na to ochota.



Scieżka powoli zagłębiała się w las i pięła w górę, kiedy tymczasem rzeka płynęła dołem. Szlak odgrodzony był płotem, chyba na wszelki wypadek, aby nie zsunąć się w dół, po zboczu. Upadek może nie byłby straszny w skutkach, ale do przyjemnych na pewno by nie należał.



Po jakimś czasie wyszliśmy na drogę, wędrowaliśmy między gospodarstwami rolnymi,a potem  wzdłuż kamiennego muru...


...aż nagle droga zaczęła prowadzić w dół.




I tak, w pewnej chwili, doszliśmy do Ricket's Rock, skalnego koryta rzeki, które opadając, tworzy małe wodospady dzięki kamiennym półkom.



Skały tworzą malowniczą scenerię dzięki mchom, które je obrastają i spływającej wodzie, która "gra swoją muzyke":


Stałam tam dobrą chwile i nie mogłam się nacieszyć otoczeniem. Nagrałam nawet film, ale tutaj słychać głównie huk wody. Na żywo wszystko ma zupełnie inny urok.







W końcu dzieci były na tyle zniecierpliwione, że zażądały dalszej wędrówki.


I poszliśmy... polna drogą, między wzgórzami...



W pewnej chwili Monika wzięła ode mnie aparat i zaczęła robić zdjęcia. To poniżej jest jej autorstwa: kwitnący wiciokrzew.



Droga wiła się między krzakami, schodziła w dół, pięła w górę, a wszystko w ciszy przerywanej tylko rykiem krów i śpiewem ptaków.



Łąki przechodziły w zarośla, a te w lasy, by potem znowu ustąpić miejsca rozległej zieleni:



I tak dortarliśmy prawie do punktu wyjścia; prawie, ponieważ po drodze napotkaliśmy plac zabaw, a ponieważ dzieci nie były zmęczone tą wędrówką, zaczęły korzystać ze sprzętów. My, w chwilach przerwy, siadaliśmy na ławeczce i mogliśmy w spokoju zamienić kilka słów.




Wyprawę zaliczyłam do tych bardzo udanych. Trasa okazała się odpowiednia dla dzieciaków, zwłaszcza dla naszej 4-latki. Po zabawie na placu, wróciliśmy spacerkiem przez miasto i rozłożyliśmy piknik w bagażniku naszego auta:) Kanapki i miętowa herbata smakowały wybornie.



sobota, 11 października 2014

Rock of Dunamase, Co. Laoise



Dziś wycieczkowo i dziecięco. Wybraliśmy sie do ruin leżących tuż za płotem, że tak można to ująć, bo tylko 11 mil od naszego domu. Jeśli jest w miarę ciepło i dopisuje pogoda, to miejsce za każdym razem oczarowuje. Byłam tam mnóstwo razy, wożąc wszystkich przyjezdnych i pokazujac ruiny jako atrakcję turystyczną, i wciąż chwytaja mnie za serce.






Widoki z samego szczytu są bowiem niesamowite!






Zielone wzgórza porośnięte lasem lub tylko usiane krzaczkami i pojedynczymi drzewami, pasące się krowy i ta zieleń...


Monika, jak zwykle, przykuca i szuka czegoś w trawie:




W oddali wszystko było jakby lekko zamglone:



Pola już skoszone, niektóre zaorane, tym razem urzekały brązami i beżami:







A rodzinka tymczasem pomykała po skałach i szukała... nie mam pojęcia czego:








Fajnie tak posiedzieć sobie w miejscu, które liczy sobie setki lat:




...powspinać się na resztki murów... i to nie byle jakich!






Mój małzonek chyba koniecznie chciał sprawdzić, jak to jest spadać ze stromego zbocza, po skałach..., Monika niewiele lepsza, bo już przesadzała barierkę!




Jeszcze portret we wnęce...





Zauważcie jak ujęłam Monikę "w locie". Choć z nią o to nietrudno, bo non stop skacze i biega!




A tu już w lesie, o którym następnym razem. Jeszcze tylko dwa portrety najmłodszej: