wtorek, 23 marca 2021

Mija czas żonkili


Bezpowrotnie przekwitają już w tym roku.



Musiałam je upalikować, bo po obfitych, 3-dniowych deszczach, zaczęły się pokładać na ziemię.



Ostatnie chwile splendoru:




Teraz wchodzą z pąkami narcyze:




Z dnia na dzień,pąki pęcznieją i lada chwila będą cieszyć nasze oczy rozwiniętymi kwiatami:




W moim "kubełku rozmaitości" miniatury już też przekwitają, ale pierwiosnki za to w pełni rozwinięte; powoli pojawiają się stokrotki, a głęboko pod ziemią budzi się funkia:




Krokusy w zasadzie już przekwitły, jeszcze jeden się opóźnia, ale to biedak zasuszony w sklepie. Dopiero teraz "rozwija skrzydła":




Po pozostałych krokusach zostało tyle:




Szafirki już tańczą w słońcu i wietrze:






Gdzieś przy ziemi, powoli rozrasta się miodunka:



W trawie, przy płocie, kwitną fiołki:



...a pod różami barwinek - na razie bardzo malutki.:



Hiacynty, które rosna w donicy w nasłonecznionym miejscu, już kwitną, reszta, ta w cieniu, dopiero powoli wyrasta.



Teraz popatrzmy na historię jednego pąka:



Jak zmieniał się z dnia na dzień.



Akurat dopisywała nam pogoda, więc proces przebiegał szybko.









 Dzisiaj znowu wszystko wygląda inaczej, ale wieje wiatr i nawet nie pokusiłam się o robienie zdjęć.

czwartek, 18 marca 2021

Tydzień bez internetu


Przełączaliśmy niedawno dostawcę internetu. Efekt był taki, że przez 6 dni tego internetu nie było. I nawet to tak bardzo nie przeszkadzało(chociaż człowiek w takich momentach zdaje sobie sprawę, jak wszystko jest uzależnione od internetu, zwłaszcza w dobie koronawirusa, kiedy większość rzeczy trzeba zaałtwić przez sieć). Największy problem miała moja starsza córka, której szkoła odbywa się online. Poradziliśmy sobie z tym oczywiście - przy małym akompaniamencie wściekłych okrzyków nastolatki, która nie akceptowała (jak gdyby miała wybór) tymczasowego, wolnego połączenia.
Dziś przyjechał technik i w końcu wszystko podłączył. 

Przez te kilka dni wypróbowywałam nowy wzór. Najpierw zrobiłam z pojedynczej nitki:


Kolor włóczki to mocna czerwień, taka typu krew z aorty, ale aparat przekłamał(no właśnie, tu wtrącę, że po 10 latach pracy mój nikon padł...)

Wzór wychodził nawet ładnie, ale był zbyt cienki, lejący, a ja chciałam to przeznaczyć na poszewkę na poduchę. Zatem poszedł do sprucia.





Potem wymyśliłam, że dodam jaśniejszą nitkę wełny, ale po zrobieniu kilku centymetrów, doszłam do wniosku, że absolutnie nie może byc różnicy w kolorach, bo wtedy sam wzór ginie w melanżu: 


W końcu nabrałam podwójną nić czerwonej włóczki i zaczęłam robić. Oczywiście ponownie prułam, bo teraz źle dobrałam ilość oczek. Dopiero czwarte podejście jest w końcu dobre. 

Mam nadzieję, że włóczki mi wystarczy, bo idzie tutaj całkiem sporo nici. 

Tak więc moje ostatnie dni upłynęły w równej mierze na pruciu, co i na dzierganiu.


Podziało się za to w książkach.


Przeczytałam kolejne dwie książki mojego ulubionego podróżnika:

"Safari mrocznej gwiazdy" to pierwsza część podróży po Afryce. Przeczytałam je w odwrotnej kolejności, bo najpierw była na mojej półce książka "Ostatni pociąg do Zona verde". Nie ma to jednak żadnego znaczenia.

Kolejna, to podróż przez Amerykę Środkową i Południową.



Skończyłam też pozycję poniżej. Zakupiłam ją ze względu na sentyment do filmu o tym samym tytule. 



Teraz jestem w trakcie "Nigdzie w Afryce" - też zakupiona po obejrzeniu filmu. 



Jako fanka Tolkiena mam już na swej półce zbiór listów, które pisał do swoich dzieciaków, jako Mikołaj
 


I w końcu "Silmarillion" czyli historia świata Tolkienowskiego, tego, który stworzył od początku do końca. Zdarzenia z trylogii "Władcy Pierścieni" są tam wspomniane jako krótki paragraf - tyle zajmują w całej historii Tolkienowskiego Świata. Cała reszta to wszystko inne. Tam można się dowiedzieć, kim był Sauron, kim byli czarodzieje, co się z nimi wszystkimi dzieje.
Zakupiłam tę wersję, bo opatrzona jest przepięknymi ilustracjami. Dodam, że w Polsce można kupić identyczne wydanie w tłumaczeniu. Jest zdecydowanie droższe niż inne, ale dla miłośników Tolkiena warte wydanych pieniędzy.
 

Kilka zajawek ilustracji:















Izabela wróciła w końcu do szkoły!!! Zakończyło się nauczanie online w podstawówkach. Przyznam, że tego dnia ze łzami radości odwoziłam ją do szkoły:) 

Teraz jeszcze po świętach - mam nadzieję - zacznie starsza i wszystko się uspokoi w domu. Chyba, że po Wielkanocy znowu cały system padnie. 




 

poniedziałek, 8 marca 2021

Z dnia na dzień

 


...o tej porze roku, ogród zmienia swe oblicze. Raz bardziej dramatycznie, raz mniej. Jednego dnia kwiaty są w pąkach, a następnego już rozkwitają. 

W tym roku żonkile wydały mnóstwo pąków!  Kiedy zaczynały wyrastać w styczniu, jeszcze tego nie było tak widać. Nawet w lutym, kiedy już były duże, jeszcze to się tak nie rzucało w oczy; dopiero kiedy pąki zaczęły się ujawniać, wyrastać ponad masę liści, dopiero zobaczyłam, ile ich jest. 

Przez ostatnie dwa-trzy lata kwitły mniej obficie, stąd moje zaskoczenie i radość.




Na szybko zdjecia zrobiłam telefonem, tuż po powrocie ze spaceru, kiedy niebo nie było jeszcze mocno zachmurzone. 


Podejrzewam, że taka ilość kwiatów, to efekt tych wszystkich fusów herbacianych i skórek bananowych, które wysypywałam przez całą poprzednią wiosnę i lato, a dżdżownice(których mam tam "stada") pracowicie przerabiały:)

Dwa dni później żonkile w rozkwicie:



Z tyłu, za żonkilami, powoli wyrastają piwonie. Zwykle muszę je potem "palikować", żeby się totalnie nie wyłożyły, przygniecione deszczem i ciężkie od kwiatów. 
W tym roku chcę spróbowac czegoś nowego. Chcę wykorzystać uplecione wianki. Już je zamontowałam nad rosnącymi piwoniami.



I widok z boku:


Wianki osadziłam na wysuszonych pędach powojnika. Zmontowałam taki "trójniak" - trzy patyki, na nich umocowany wianek. Zobaczymy, jak to się sprawdzi. Podobne ustrojstwo sprzedają u nas w sklepach, tyle, że metalowe lub plastikowe. U mnie będzie naturalne:)

W sklepie, zupełnie przypadkowo, znalazłam jeszcze dwie doniczki zasuszonych krokusów. Zapomnieli o nich, nie podlewali.  Zakupiłam je za grosze i pierwsze już kwitną:


Całą reszta krokusów w moim ogrodzie już przekwitła. Za rok, te nowo zakupione, na pewno dogonią swoich ogrodowych kolegów i zakwitną razem z nimi.



Kolejny pierwiosnek rozwija pąki:



Orliki już zagęściły listki:



Melisa ładnie przezimowała na dworze, teraz zaczyna powoli wypuszczać nowe pędy:



W tym roku mam w końcu chrzan. Swój własny chrzan!



Ze względu na ładna pogodę, która u nas dziś gościła, napowietrzyłam trawnik, żeby rozluźnić trochę podłoże, dać odetchnąć korzeniom trawy i przy okazji częściowo zlikwidować mech. 
Trawnik nakłuwałam co około 10-15cm na głębokość wideł amerykańskich.


Robię tak od kilku lat i tak naprawdę, w przypadku naszego trawnika, dobrze byłoby dodać tu piasek i rozgrabić go równomiernie, ale piasku nie mam, więc obędzie się i bez niego.

Na koniec pochwalę się jeszcze, że wczoraj pierwszy raz w tym roku siedziałam z kawą na tarasie i dziergałam:) Nie trwało to długo, może z półtorej godzinki, ale jednak... Taras jeszcze nie umyty po zimie, nie uporządkowany, mimo to przyjemnie było pobyć na dworze, na słońcu.



piątek, 5 marca 2021

Szydełko i druty

 


Działo się trochę na drutach i na szydełku.

Chyba z pięć lat temu zrobiłam chustę z resztek kremowej włóczki. Zaczęłam ją nawet nosić, to znaczy okrywać plecy, kiedy np. czytałam w fotelu, ale była za mała. Bardziej nadawała się na wersję pod szyję, jako apaszka. Tutaj z kolei za bardzo była kłująca - taki akurat rodzaj wełny. 

Spruć się już nie dało, bo prałam ją ze dwa-trzy razy...


Odnalazłam zakończenie robótki, udało mi się je odsupłać :) i zaczęłam odtwarzać wzór, bo schematu już nie miałam. 


Wyjęłam wszystkie kremowe włóczki o podobnej grubości, niektóre połączyłam po dwie nitki i zaczęłam szydełkować. 


Każdą włóczkę wyrabiałam do końca, żeby już mi nic w domu nie zostało.


W ten sposób wykończyłam 5 rodzajów włóczki. Wszystkie były mieszankami wełny z jakimiś dodatkami. Najbardziej cieszy mnie wykończenie tej najciemniejszej w zestawieniu. Leżała u mnie z 10 lat, bez metki, bo dostałam ją od babci, która wtedy pozbywała się zapasów. włóczka była mocno gryząca, zatem na pewno zawierała w sobie wełnę. W trakcie pracy wyciągałam nawet z nitki resztki traw lub słomy, które pozostawiono w czasie przędzenia.

Ta sama włóczka jest widoczna na zdjęciu poniżej, w wydzierganym szalu. Tam dodałam do niej jedną nitkę jedwabiu nieco jaśniejszego, niż sama wełna. Szal/szalik wyszedł niesamowicie miękki - dzięki temu, że zastosowałam mięsisty wzór.



W ostateczności chusta wyszła całkiem spora i teraz można się nią spokojnie okryć. Zdjęcia w scenerii budowlanej, ale taka jeszcze długo pozostanie.


Każda nić trochę inaczej ukazuje ten sam wzór: wyostrza go lub rozmywa totalnie.






Na zdjęciu poniżej dwie prace: wspomniany wcześniej szal, czy raczej szalik - ten na wierzchu - i wydziergana poszewka na poduszkę kanapową. Oba dziergadła to ten sam wzór. 


I już na poduszce:


Wzór, który nie wybacza najmniejszej pomyłki(tak jak kiedyś zauważyła Splocik), szczególnie na grubych włóczkach. W szalu myliłam się kilka razy, ale to ginie w błysku nici i w ich delikatności, natomiast na poduszce widać wyraźnie każdą pomyłkę. Czy mi to przeszkadza? Już nie. w końcu to moja poduszka:)



Zrobiłam też - w końcu! - torebeczkę na "waciki" wielorazowego użytku. 


Wykorzystałam tu włóczkę, na którą absolutnie nie miałam pomysłu. 



Na dole jest otwór, przez który wyciągamy waciki, a na górze woreczek ściągamy łańcuszkiem, który jednocześnie służy do zawieszania torebki.


Ja wacików nie używam, ani takich, ani jednorazowych, ale dla dziewczyn jest to jakies rozwiązanie, bo codziennie do kosza trafiało mnóstwo odpadków. Teraz waciki lądują w siateczce i "lecą" do prania :)