Przełączaliśmy niedawno dostawcę internetu. Efekt był taki, że przez 6 dni tego internetu nie było. I nawet to tak bardzo nie przeszkadzało(chociaż człowiek w takich momentach zdaje sobie sprawę, jak wszystko jest uzależnione od internetu, zwłaszcza w dobie koronawirusa, kiedy większość rzeczy trzeba zaałtwić przez sieć). Największy problem miała moja starsza córka, której szkoła odbywa się online. Poradziliśmy sobie z tym oczywiście - przy małym akompaniamencie wściekłych okrzyków nastolatki, która nie akceptowała (jak gdyby miała wybór) tymczasowego, wolnego połączenia.
Dziś przyjechał technik i w końcu wszystko podłączył.
Przez te kilka dni wypróbowywałam nowy wzór. Najpierw zrobiłam z pojedynczej nitki:
Kolor włóczki to mocna czerwień, taka typu krew z aorty, ale aparat przekłamał(no właśnie, tu wtrącę, że po 10 latach pracy mój nikon padł...)
Wzór wychodził nawet ładnie, ale był zbyt cienki, lejący, a ja chciałam to przeznaczyć na poszewkę na poduchę. Zatem poszedł do sprucia.
Potem wymyśliłam, że dodam jaśniejszą nitkę wełny, ale po zrobieniu kilku centymetrów, doszłam do wniosku, że absolutnie nie może byc różnicy w kolorach, bo wtedy sam wzór ginie w melanżu:
W końcu nabrałam podwójną nić czerwonej włóczki i zaczęłam robić. Oczywiście ponownie prułam, bo teraz źle dobrałam ilość oczek. Dopiero czwarte podejście jest w końcu dobre.
Mam nadzieję, że włóczki mi wystarczy, bo idzie tutaj całkiem sporo nici.
Tak więc moje ostatnie dni upłynęły w równej mierze na pruciu, co i na dzierganiu.
Podziało się za to w książkach.
Przeczytałam kolejne dwie książki mojego ulubionego podróżnika:
"Safari mrocznej gwiazdy" to pierwsza część podróży po Afryce. Przeczytałam je w odwrotnej kolejności, bo najpierw była na mojej półce książka "Ostatni pociąg do Zona verde". Nie ma to jednak żadnego znaczenia.
Kolejna, to podróż przez Amerykę Środkową i Południową.
Skończyłam też pozycję poniżej. Zakupiłam ją ze względu na sentyment do filmu o tym samym tytule.
Teraz jestem w trakcie "Nigdzie w Afryce" - też zakupiona po obejrzeniu filmu.
Jako fanka Tolkiena mam już na swej półce zbiór listów, które pisał do swoich dzieciaków, jako Mikołaj
I w końcu "Silmarillion" czyli historia świata Tolkienowskiego, tego, który stworzył od początku do końca. Zdarzenia z trylogii "Władcy Pierścieni" są tam wspomniane jako krótki paragraf - tyle zajmują w całej historii Tolkienowskiego Świata. Cała reszta to wszystko inne. Tam można się dowiedzieć, kim był Sauron, kim byli czarodzieje, co się z nimi wszystkimi dzieje.
Zakupiłam tę wersję, bo opatrzona jest przepięknymi ilustracjami. Dodam, że w Polsce można kupić identyczne wydanie w tłumaczeniu. Jest zdecydowanie droższe niż inne, ale dla miłośników Tolkiena warte wydanych pieniędzy.
Kilka zajawek ilustracji:
Izabela wróciła w końcu do szkoły!!! Zakończyło się nauczanie online w podstawówkach. Przyznam, że tego dnia ze łzami radości odwoziłam ją do szkoły:)
Teraz jeszcze po świętach - mam nadzieję - zacznie starsza i wszystko się uspokoi w domu. Chyba, że po Wielkanocy znowu cały system padnie.