Pierwsza część naszej wycieczki w Dolinie Clary odbywała się w terenie prawie płaskim(piszę prawie, bo tak zupełnie płasko to tutaj nigdy nie jest), natomiast w połowie drogi ścieżka zaczęła piąć się w górę.
Początkowo dzieci były nawet zadowolone, krajobraz się zmieniał, co chwilę jakieś malownicze pniaki, głazy, wrzosy na każdym kroku...
Sierpień to jeden z tych miesięcy, kiedy wrzosowiska wyglądaja chyba najpiękniej. Wszelkie odmiany fioletu oblewają wzgórza i wzgórki...
Monika chyba najbardziej ze wszystkich dziewczyn zachwycała się widokami. Po zaliczeniu każdego wzniesienia odwracała się i podziwiała krajobraz.
Za każdym razem ścieżka niewinnie wznosiła się, aby za chwilę znowu piąć się w górę. Oczywiście nie są to jakies wielkie góry, ale dla małych, 4-letnich nóżek Izabeli, pokonanie 12km w takim terenie stanowi niemały wyczyn!
Na szczęście, po wcześniejszym zachmurzeniu nie było nawet śladu; niebo "zakwitło" białymi obłoczkami i w otoczeniu drzew, zieleni i śpiewu ptaków, maszerowało się naprawdę wspaniale:
Izabela zaczynała co prawda marudzić, że nóżki, że już nie może iśc dalej, ale każdy kwiatek i ciekawszy kamyczek odwracały jej uwagę od zmęczenia:
Przy jagodach dzieci zupełnie zapomniały, że idą i idą, a samochodu wciąż nie ma, mimo, że tata obiecał parę zakrętów temu dotarcie do parkingu!
W pewnej chwili otoczyły nas roje much; nie muszek, które z lekka tną, ale właśnie much. Było to o tyle denerwujące, że brzęczało cały czas coś koło głowy. Iza zabrała ojcu bluzę i zasłaniała nią głowę, Gosia natomiast zarzuciła swój sweterek jak kaptur.
W pewnej chwili stanęliśmy na rozdrożu, bez jakichkolwiek znaków i Artur zaczął się poważnie zastanawiać, w którą strone pójść.
...zdecydował w końcu i ruszyliśmy na poszukiwanie zagubionego parkingu:
Ja jeszcze zachwycałam się widokami, ale dla dzieci najważniejszy był tylko jeden obraz - odpoczynku w aucie i wypicia gorącej herbaty! W pewnym momencie Izabelka zbuntowała się nawet, stanęła i ze łzami w oczach stwierdziła, że nie zrobi już ani jednego kroku! Na szczęście tata wziął ją na ręce i po jakichś 200 metrach znowu szła o własnych siłach.
W końcu dotarliśmy do upragnionego "ostatniego zakrętu" - to określenie przewijało się wielokrotnie podczas tej wyprawy - i dalej już naprawdę widać było parking.
Ja jeszcze pozachwycałam się fioletami, a za chwilę też dołączyłam do naszego rodzinnego pikniku z miętową herbatą w tle.
Mało na moim blogu innych wpisów, zwłaszcza tych związanych z robótkami, ale przyznaję, że w okresie od maja do końca września prawie nic nie zdziałałam na tym polu. Cieszyłam się pogodą, wycieczkami, przeczytałam mnóstwo książek, a wszystkie prace ręczne poszły w odstawkę. Może niedługo zacznę coś robić, ale póki co wciąż wspominam wakacje i nasze wyprawy; przeglądam zdjęcia i cieszę się widokami, któe udało mi sie "schwytać" w obiektyw.