Tym razem trochę inaczej. Dziś na samym początku wybraliśmy trasę dla samochodów, to znaczy podjazd między wzgórzami. Trzeba przyznać, że nasz wóz się trochę napracował: raz w górę, raz w dół, prawie na hamulcu, bo przecież za zakrętem zakręt.
Ten brunatno-fioletowy kolor wzgórz to wrzosowiska, które dopiero "ruszają". Sprawdziłam to. Między wrzosami pełno porostów i mchów.
Tutaj widok na jedne z łagodniejszych zakrętów. Myślę, że we wrześniu lub nawet już w sierpniu przyjedziemy podziwiać fioletowe wzgórza. Teraz jeszcze nie mają tego uroku, choć i tak pięknie.
Po dotarciu na parking trzeba się było podzielić. Ja musiałam zostać, bo nie wspinałam się po śliskim zboczu. Za to moja siostra pobiegła na sam szczyt i zaczęła robić zdjęcia okolicy. Artur przeszedł się kawałek z dziećmi, ale drogą, na którą samochód już nie miał wstępu.
Potem był mały posiłek i chwila szaleństwa dla dziewczyn. Biegały między krzewinkami wrzosów, rozchylały je, szukały mchów, porostów i biedronek, których tu było sporo. Ja spokojnie czekałam na ławce:
Następnie zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę wodospadów - nieco większych niż ostatnio. Najpierw wkroczyliśmy w las - dość nastrojowy:
Dziewczynki pytały czy tu mieszka baba Jaga?
I zaczęła się wędrówka przy stromych ścianach i wąskich ścieżkach:
Dziewczynki znalazły nawet "domek elfów" - tam, gdzie widać ciemniejsze plamy, były zagłębienia i tunele, czyli według nich wejścia:
A poniżej płynęła i szumiała rzeka:
Monika oczywiście chciała koniecznie zejść nad wodę, potem tego samego zapragnęła Gosia:
Stałyśmy przy samej wodzie, a Monika podziwiała rozpryski.
Takich zakątków było pełno, niemalże na każdym kroku:
W końcu dotarliśmy do punktu, gdzie można było spocząć, a nawet wymoczyć nogi. Woda co prawda była LODOWATA, ale i tak to zrobiłyśmy: Gosia, Monika i ja:
W ciepłe dni można zejść niżej i się kąpać. Na pewno jednak musi być upalnie.
A woda była taka czysta:
Każdy kamień na dnie doskonale widoczny.
To już ostatnia taka wycieczka w tym okresie. Nie czułam się zmęczona, ale też uważam, że trzeba poczekać aż więcej drzew liściastych zazieleni się. W tej chwili jeszcze nie ma tego uroku. myślę, że za miesiąc będzie już inaczej, a i ja będę w innej kondycji.
hrabina.ee, sobota, 17 kwietnia 2010
Już sobie wyobrażam chłód tej wody :) Jak tam mogło być głęboko? Kryłoby Twojego męża? :) Powiedz, czy mnóstwo ludzi tamtędy chodzi? Czy jest to bardziej takie odludne miejsce, czy też z uwagi na wielkość, ci podróżujący są bardziej rozproszeni? Nie powiem, przydałaby się tego typu spacerowa atrakcja u nas w Longford. Co prawda mamy parę lasów, ale są trochę inne.
OdpowiedzUsuńNa trasie z wpisu poprzedniego, szczególnie w weekendy czy popołudnia, można spotkać trochę osób - jak dla mnie to nawet czasem za dużo. W korycie rzeki niekiedy bywa tłoczno. Natomiast jak już pójdziesz dalej w góry( http://mamaniuni2.blogspot.ie/2014/09/slieve-bloom-mountains-po-raz-kolejny.html) to tam ludzi zdecydowanie mniej. Wszyscy zaliczają trasę do wodospadów - to taki nr 1 na liście. A ponieważ trasa tworzy pętlę, to można do nich dojść z obu stron. I to właśnie pokazuje kolejny podlinkowany wpis. Jest może o tyle trudniej z małymi dziećmi, że momentami podchodzi się lub schodzi po dość stromym zboczu.
OdpowiedzUsuńWoda była tylko w jednym miejscu głęboka, w tym maleńkim niby jeziorku, ale czy zakryłaby Artura? Nie mam pojęcia. Nie sprawdzaliśmy. Chłodna i owszem, nawet na płyciznach - a taka głównie jest rzeka Barrow na tamtych terenach.
To miejsce nie było specjalnie zaludnione, już nawet nie pamiętam jak tam trafiliśmy, bo mąż ma taki nawyk: o jakiś znak, choć skręcimy tam....i trafiliśmy na ukryty nieco zakątek. W sumie to dobrze byłoby tam pojechać znowu, choć nie wiem jak w tym roku będą wyglądac trasy po tych wszystkich sztormach.
Mając pod bokiem praktycznie takie trasy bardzo często tam jeździmy. To na razie dla dzieci jeszcze atrakcja a dla nas odpoczynek. Właśnie pamiętam jak pisałeś u siebie, że nie ma aż tak dużo lasów do spacerów; u nas i owszem, całkiem, całkiem.