Wczoraj zrobiłam tort, właściwie go dokończyłam, bo przygotowania zaczęłam dzień wcześniej.
Przepis od Dorotus - tort brzoskwiniowy.
Ponieważ, akurat w momencie robienia przez mnie zakupów, nie było double cream(czyli naszej śmietany o zawartości tłuszczu coś koło 50%) kupiłam zwyczajną, tłustą. Na wszelki wypadek dodałam troszkę żelatyny do kremu, bo nie wyszedł aż taki sztywny. Po tych zmianach tort trzymał kształt. Siostra, która wprost kocha sernik nowojorski - przepis od Małgosi - stwierdziła, że teraz ma on konkurencję.
To musi być coś, bo ona potrafi zjeść pół sernika w jeden dzień(akurat tego sernika, podkreślę).
Dodam jeszcze, że nawet moje dzieci, które generalnie ciast nie jadają, wpierniczyły - bo nie zjadły - po dużym kawałku tortu.
Na pewno jest kaloryczny, bo masa nie dość, że z tak tłustej śmietany, to na bazie batoników milkyway. Ale czego się spodziewać po tortach? Chyba nie tego, że będą mieć 0 kalorii:)))
Tak wygląda w środku:
Następnym razem dodam więcej brzoskwiń do kremu - stonuje to jego słodycz.
Sprawdziłam tutejsze blaty z ciasta - nie jest to typowy biszkopt(nie miałam czasu na pieczenie swojego), ale przesiąka dość dobrze i jest miękki. Jedynie kształt typowej tarty może komuś przeszkadzać, ale wyższy brzeg zawsze można odkroić.
Nie jestem dobra w dekoracji, poza tym czas mnie gonił, bo robiłam ciasto między odbieraniem Moniki z przedszkola, a jazdą po Małgosię. Schrzaniłam też podstawę; zaczęłam robić na takiej desce do krojenia i potem, niestety, przełożyć już się nie dało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz