...pasek rozrządu... Mój renault dostał nowy rozrząd. Do tego pasek do alternatora i oczywiście zafundowałam mu zmianę oleju i filtrów, bo rok prawie minął i ponad 15 tysięcy stuknęło. Wygląda na to, że tak szybko się nie rozstaniemy ze sobą:)) ale też ja nie czuję takiej potrzeby. Znam ten samochód jak własną kieszeń i uwielbiam go! Czy ja już o tym wspominałam? Na pewno. Moje auto to mój drugi dom. Mam tam wszystkie potrzebne rzeczy: poduszki, koce, książki, buty na zmianę(szpilki), krem do rąk, robótkę szydełkową, muzykę, książeczki i zabawki dla dzieci, ubrania dziewczynek, drobne przekąski i wiele innych, małych aczkolwiek potrzebnych rzeczy. Mam nadzieję, że jeszcze ze dwa, może trzy lata pojeździmy razem. Może nawet więcej... a jeśli nie? Upatrzyłam już wóz dla mnie:
Honda accord, może być taka, jak ta wyżej...
...albo taka....
...a nawet taka:) W sumie kolor się nie będzie liczył, bo na kolorze się nie jeździ, prawda? Ważne, żeby był to duży, pojemny wóz. Kombi bez dwóch zdań, ale już nie 7-siedzeniowe. Wystarczy nam 5 miejsc i pojemny bagażnik. Do tego podzielona tylna sofa, tak aby można było złożyć jej część, a nie tylko całość. I oczywiście dobry system dźwięku, bo uwielbiam jeździć z muzyką. Inne rzeczy, może i ważne, ale już nie tak konieczne, mogą być, ale nie muszą.Póki co, to są to tylko moje marzenia, ale... mam nadzieję, że kiedyś się spełnią. Wiem, że Artur czyta mój blog, a nawet komentuje, więc już ma obraz tego, co może mi kupić na urodziny:)) Pytanie tylko które? Kiedyś mój małżonek powiedział, że nie kupi mi szybkiego auta; miał chyba na myśli auto z dużym przyspieszeniem. Stwierdził, że wtedy bym się szybko zabiła, bo czasem lubię przycisnąć gaz. Przyznaję, lubię:)
To miały być wstawione wczoraj życzenia:
...ale w końcu nie wyrobiłam się.Jakoś tak wszystko mija... Czas przecieka mi przez palce, czytać nagle mi się odechciało, oglądam filmy i seriale, bo w nich mówią i minimalny wysiłek, jaki wkładam, to trzymanie otwartych oczu i uszu. W dodatku zabieram laptopa do sypialni, na górę i tam, wsparta na poduchach, ze słuchawkami na uszach(śpiące dzieci), oddaję się prawie nic-nie-robieniu.Czy wspominałam już Wam, że ostatnio, kiedy podjechałam tankować Artura hondę, babka stojąca przede mną w kolejce, nagle wrzuciła wsteczny i wjechała w moje auto? Nie, nie wspominałam? Wściekłam się strasznie, tym bardziej, że to był Artura samochód! Już niechby wjechała w moją renówkę, ale w jego auto?! Na szczęście bez problemów dostałam wszystkie detale i rozjechałyśmy się w pokoju. Samochód miał tylko lekko wgnieciony przedni zderzak, trochę obrypany lakier, nic poza tym. A wczoraj z rana okazało się, że zderzak sam się wyprostował(Artura kolega sugerował, że może to nastąpić). Teraz tylko trzeba go będzie pomalować. A wiecie dlaczego babka próbowała wycofać? Pomyliła strony z wlewem. Nie mogła poczekać tej minuty i wymanewrować, kiedy osoba przed nią odjedzie. Zrobiła to "na-ten-tychmiast" i stało się. A co ze świętami?W ciągu dnia Artur śpi, bo zalicza kolejne nocne zmiany(dziś na szczęście ostatnia, więc jutro do późnego popołudnia będzie spał i potem możemy zacząć świętować....ups, to już będzie po świętach; no cóż, taka praca). Wczoraj z samego rana wybrałam się po bukszpan, zmajstrowałam kilka wianuszków, ubrałam koszyk i pojechałam z moją trójką święcić jajka. Potem Gosia była u Evie, później Evie przyjechała do nas... ja się wściekłam, bo już miałam troszkę dość tego wszystkiego... i zaczęły się święta.I na koniec kilka fotek:
Nasz kominek a na nim kartki, które dostaliśmy. Monika ustawiła też swoje wróżkowe karoce jako dodatkowe, kolorowe dekoracje.Koszyk z pisankami:
Ta pasiasta różowo-jakaśtam, to obszydełkowane styropianowe jajko. Zrobiłam jedno, w trzech czy czterech podejściach i powiedziałam: nigdy więcej! Co za horror ubierać jajka z szydełkowe ubranka! Ja do tego cierpliwości nie mam.Gosi twórczość przyniesiona ze szkoły polskiej:
I bukszpanowe wianuszki:
W oknie
Na żyrandolu w jadalni
I na szafce w kuchni.I to by było na tyle. Życzę wszystkim mokrego Poniedziałku!
Zaczęłam czytać "A game of trones", w zasadzie to ostatnie jej strony, bo po obejrzeniu pierwszej serii wiem w zasadzie prawie wszystko:) Za wcześnie, żeby porównywać to z książką, tym bardziej, że Artur przeczytał już prawie wszystko(mam na myśli wszystkie tomy) i twierdzi, że spokojnie mogę przejść do drugiej części "A clash of kings". Zatem zaczynam... i czuję, że przepadłam:)A na Sky właśnie zaczął się drugi sezon!
Moje dzieci lubią intensywne, pełne ruchu, biegania i krzyku życie. Są niezmordowane! Jazda na hulajnodze...
...czy rowerze...
...wcale, ale to wcale ich nie męczy. Wciąż są pełne energii.
Jak widać na powyższych zdjęciach, Gosia jeździ bez kółek pomocniczych, a Monika doczekała się swojego dorosłego roweru. Szaleństwo na parkingu zapanowało!Wycieczki, po rowerowych szleństwach, też nie są w stanie ich wykończyć. Wybieramy długie, na kilka kilometrów trasy i nic.
Izabela porywała się nawet na wspinaczkę(nie wysokogórską, ale też wysoką). Na szczęście złapałam ją zanim te bale zaczęły się obluzowywać.Potem kolejna zabawa za domem(pogoda wciąż nam dopisuje: 19 stopni w cieniu; najmłodsza niestety ma trochę kaszlu i stąd jej ubranie)...
...i Izabela ostatecznie padła...
...na chwilę. Na całe 10 minut! W każdym razie poleżała sobie na słoneczku i przez moment zapanował spokój. Błogi spokój, bo starsze też zniknęły.I tu już inne zdjęcie: pozdrowienia dla Rodzinki w Polsce - tak chyba można zatytuować tę fotkę:
Gosia akurat była w dobrym humorze, podobała jej się sukienka i sweterek i raczyła ładnie zapozować. A jutro znów ma być minimum 19 stopni!
Dziś był to tylko wyjazd do ZOO, ale jednak wyjazd. Pogoda dopisała nam niesamowicie! Słońce, ciepło, brak chmur... Izabela pierwszy raz, z pełną świadomością, biegała po ogrodzie. Była niesamowicie podekscytowana. Dziewczyny, choć to dla nich kolejny wypad do ZOO, też przeżywały wszystko na swój sposób. Ja z kolei miałam swój pierwszy wyjazd do Dublina. Artur uparł się, że dziś ja prowadzę i nie dało się go przekonać, że nigdy nie jeździłam w tego typu mieście! Co się okazało? Było łatwo i przyjemnie. Dublin nie jest już mi straszny. Jeździło się naprawdę dobrze i spokojnie. Jedyne co mnie na początku zaskakiwało to to, że Artura honda nie ma takiego startu jak mój renault. Troszkę mniej mocy i wolniej rusza, ale tutaj nie ma problemu, na światłach nie liczą się nanosekundy od zapalenia się zielonego do ruszenia twojego wozu:)Teraz kilka fotek. Dziś będzie tylko i wyłącznie dzieciowato i rodzinnie. Następny wpis będzie kwiatowy.Zatem ruszamy...Po 11-tej było jeszcze chłodnawo, więc kamizelki przydały się jak najbardziej:
Izabela, z tej wysokości, widziała wszystko DOKŁADNIE:
Tak sobie wędrowała cała czwórka:
Foki przyciągnęły uwagę dziewczyn bardzo mocno:
Dzięki temu mogłam im zrobić kilka zdjęć:

Wkrótce zrobiło się ciepło i dziewczyny nie chciały już nosić sweterków:
Oczywiście wszelkie "małe place zabaw" trzeba było zaliczyć:
...każdą linę, drabinkę, itp.
Izabela próbowała ruszyć drewniana żyrafę:
Kiedy dopadł głód, Monika przysiadła na kamieniu z jogurtem:
Nawet nie wiedziała, że zrobiłam jej zdjęcie:
Kamienie też trzeba było zaliczyć:)
I kolejną piaskownicę:
W końcu zrobiłam zdjęcie samej sobie:) i wtedy małżonek zaczął przekonywać, żeby dać mu aparat
I efekt poniżej(z tym, że jest to jedyne zdjęcie, które mi zrobił):
Strefa pingwinów:
...i zwierząt domowych, gdzie dziewczyny próbowały doić krowę:
Jak widać, całkiem dobrze im szło:)
Rumakiem krowa nie jest, ale...
Skoro Gosia, to Izabela też musiała gdzieś przysiąść:
Tymczasem Małgosia dopadła kolejnego głazu i przybrała pozę dziwoląga:
Koło wybiegu słoni zawsze trzeba zatrzymać się koło wodospadu:
W końcu Izabela ogłosiła protest! Nogi bolą, tata weź mnie na ręce!
A starsze przysiadły na kamieniu i też odpoczywały:
Na szczęście to już była droga powrotna i byliśmy prawie przy wyjściu:)