sobota, 25 września 2010

Znowu zmiany w ogródku


Tym razem w jego drugiej części - ale wciąż tej frontowej. Za "tylny" ogród się nie zabieram, jak już Wam wspominałam.


Co nowego? Otóż wyrwałam wszystko, co kwitło i rosło pod oknem. Skopałam ziemię na głębokość szpadla - tym razem było to łatwiejsze, niż pół roku temu. Nie wiem, czy to kwestia już ruszonego podłoża, czy deszczy, które rozpulchniły naszą zwięzłą - i to strasznie! - glebę. 
Kiedy już przygotowałam pole, ruszyłam z sadzeniem. Wgłąb poszły wszystkie cebulowe: czosnek olbrzymi - fioletowy, narcyzy - będą pachnieć, żonkile - różne odmiany, szafirki - niebieskie, krokusy - mieszanka kolorów, przebiśniegi, chionodoksa - niebieska, irysy cebulowe - ciemny niebieski, hiacynty - mieszanka kolorów. To chyba wszystkie. Żeby teraz nie było pusto, nad nimi posadziłam to, co mam wieloletnie - a już rosło latem i dodałam: stokrotki pełne - białe, niezapominajki, powojnik - tuż przy wejściu i lawendę - w kątku. 
A jak to wszystko wygląda? Otóż tak:





Stokrotki mają pąki, więc lada dzień powinny kwitnąć.




To jest goryczka - Gentiana. Jak widać, kocham kolor niebieski, nie tylko na swoich ubraniach, ale i w ogrodzie. Goryczka posadzona jest na stosiku kamieni, jako że jest roślina skalną. Stosik ukryty jest pod powierzchnią gruntu i imituje podłoże skaliste:)) mam nadzieję, ze kwiatek zaakceptuje warunki.





A tu mamy powojnik - słabiutki, bo rośnie od nowa. Cała górna część uschła i przyznam, że nie miałam nadziei na odrost, a tu taka niespodzianka.  Tym bardziej cieszy mnie jego pojawienie się, że jest to odmiana pełna - w odcieniu niebieskim:) - 'Multi Blue'


 

I na koniec lawenda, skromna na razie roślinka, ale myślę, że trochę podrośnie za rok. 


Jak ja się cieszę, że mam ten kawałek ziemi! 

wtorek, 21 września 2010

Wciąż do przodu z szyciem



Bardzo powoli, ważne jednak, że coś się dzieje w zakresie szycia. 
Nie mam teraz czasu i chęci do niczego, bo Artur zaczął pracować w nocy. Przejęłam zatem chodzenie nocne między dwoma sypialniami. Mniej więcej od 3-4 nad ranem zaczyna się wędrówka. Czasem tylko 2-3 razy, czasem więcej. O 7 wstaję i szykuję dziewczyny do szkoły, Izę do śniadania; w tym czasie wraca Artur i w zasadzie kładzie się spać. Do 14 nie ma go w domu. Wczoraj, kiedy jechałam samochodem, otworzyłam okna, bo myślałam, że tam padnę. Mam nadzieję, że jeszcze tydzień i mój organizm przystosuje się do mniejszej ilości snu.  

Wracając jednak do szycia... Zaczynam przygotowywanie pasów z kwadratów. Wygląda to tak:









Kiedy już potnę wszystko na pasy, zacznę znowu zszywać - i tego właśnie nie czai mój mąż. Po co sobie nadawać tyle pracy - pyta - skoro można położyć materiał w całości i też będzie ładnie? Mam nadzieję, ze niedługo będę mogła pokazać kolejny etap. 

sobota, 18 września 2010

Sama nie mogę w to uwierzyć...



...że po prawie 10 miesiącach, w naszym pokoju dziennym zawisły lampy! Tak, dziś Artur przykręcił to, co wczoraj kupiłam. Niebywałe, prawda? Nie dość, że w końcu dostałam to, co chciałam, to jeszcze małżonek zaraz zabrał się do pracy.


Lampy upatrzyłam już w tygodniu i bałam się, że znikną mi ze sklepu, jak dwa poprzednie modele. Wczoraj wsiadłam specjalnie w samochód i pojechałam do Portlaoise.

Teraz rzeczone produkty:



Wiszą jak plafony tuż pod sufitem. Jest ich dwa i mają średnicę około 40cm.


Tak wyglądają, jak się świecą:



Zdjęcia trochę ciemne, bo żarówka jeszcze się nie "rozgrzała".





Z przykrością donoszę, że jesień do nas zawitała. Pajęczyny już wiszą cały czas na naszych płotach:



niedziela, 12 września 2010

Muszle



Nie pokazałam jeszcze, jak wspólnie z dziewczynami zabezpieczyłyśmy brzegi ogródka, a w zasadzie trawnika. 

Ponieważ wstawiony border znajduje się wewnątrz ogrodzenia, na zewnątrz pozostaje pasek ziemi, którą trzeba było jakoś "przytrzymać". Jak to zrobiłyśmy? Za pomocą muszli:




Muszle zostały ułożone dość ciasno. Z brzegu już ktoś mi zakosił dwie i rozłożył pozostałe dla niepoznaki:)



Włożyłyśmy też kilka ładnych kamieni, oszlifowanych przez fale.




Dziewczyny są niesamowicie zadowolone z tego, że ich zbieractwo jest tak wyeksponowane.


Natomiast w torbie wciąż sporo pozostało(ten zbiór jest z Brittas Bay):




Mają różne kształty i kolory:




Jedne są większe, inne całkiem małe; z tej dużej mogłabym zrobić mydelniczkę:



Co ja planuję zrobić z tą ilością materiału? Border w łazience. Chcę przykleić muszle na ścianie, tuż pod sufitem, tworząc kolorowy pas. Jak je ułożę? Jeszcze nie wiem. Może w kwiaty: 








A może w całkiem co innego? 


Mamy też małe muszle - te z Tramore, które powędrowały do szkła:


Możliwe, że też wylądują na ścianie. Zobaczymy. Na razie muszę przemyśleć koncepcję, znaleźć odpowiednie materiały i przede wszystkim zrobić milion innych, ważniejszych rzeczy. 

niedziela, 5 września 2010

Trawa rośnie



Nagle, po ponad tygodniu wspaniałego lata, oziębiło się. Deszcz, wiatr... Całe szczęście, że udało mi się pomalować choć raz drzwi i furtkę do ogrodu, ale po kolei.

Najpierw pokażę, jak pięknie wyrosła mi trawa. Jestem z niej dumna, bo to mój pierwszy założony własnoręcznie - od początku do końca - trawnik.



Oczywiście chwasty już na nim królują, ale nie zamierzam włosów z głowy rwać. Mchu i chwastów z trawnika nie zwalczę, poza tym nikt tu z tym nie walczy. 


Jestem zachwycona tegorocznymi lobeliami. Zarówno te kolorowe, jak i fioletowe, rosną i kwitną przepięknie. 



Te poniżej kwitną już od połowy kwietnia.


Werbena trochę podupada, ale myślę, że do zimy wytrzyma.


Teraz kolejna rzecz: odnowione drzwi:


Na razie położyłam tylko jedna warstwę lakieru, ale już wyglądają lepiej. Jak tylko pogoda dopisze, polakieruję jeszcze przynajmniej raz. Plusem zakupionego lakieru jest jego szybciutkie schnięcie i bezzapachowość. 


Furtka na tyłach też doczekała się zabezpieczenia(widok od strony parkingu):


Też na razie tylko jedna warstwa, ale nie mogłam od siebie za dużo wymagać, bo i tak trzeba było ją całą szlifować. Ręce mi prawie odpadły, a Iza straciła cierpliwość tuż pod koniec pracy.


Z drugiej strony - od strony ogrodu - ta sama furtka ma kolor zielony: 


Taką farbę dostałam wczesną wiosną. Nie jestem nią zachwycona(kolorem znaczy) ale wolałam taką, niż czarną lub soczyste rudości i żółcie. Jak widać fragment wciąż czeka na dokończenie. 

Furtka miała pasować do ogrodzenia, stąd dwoistość jej natury:


Ogrodzenie zielone, nawet nie tak tragiczne, jak początkowo myślałam. Siostra pociesza mnie, że zawsze mogę dokupić ciemniejszą zieleń i namalować na płocie jakieś krzewy, czy coś. Jednym słowem stworzyć obraz. Oczywiście to tylko nasze żarty. Przed zakupem tejże farby, marzyła mi się transparentna, która zostawiłaby widoczne słoje drewna; niestety, nie była na naszą kieszeń, biorąc pod uwagę ilość metrów kwadratowych. Nie ma co narzekać. Zawsze mogło być gorzej. Teraz muszę tylko zastanowić się, co zrobić z tymi obleśnymi betonowymi słupkami.  

piątek, 3 września 2010

Czas najwyższy...



...napisać coś o córkach. 


Otóż... Małgosia od poniedziałku zaczęła szkołę - senior infants. Od poniedziałku, bo tak zaczyna się tutaj rok szkolny, nie od pierwszego września. W zasadzie zbyt wiele się nie zmieniło. Nowa nauczycielka, nowa sala, te same dzieci. Doszedł język irlandzki do nauki - czyli w tym roku zaczynam się uczyć razem z dzieckiem. 

Monika zaczęła przedszkole w pełnym wymiarze godzin i dni. Co to znaczy? Otóż maluchy na rok przed pójściem do szkoły - do junior infants, maja bezpłatny rok w przedszkolu. Monika chodziła już do przedszkola od lutego(w wakacje mamy przerwę) ale była to totalna porażka. Płaciliśmy za jeden dzień - wtedy tak się złożyło, że na więcej nie mogliśmy sobie pozwolić - a jeden dzień dla takiego dziecka jest chyba gorszym rozwiązaniem niż dwa czy trzy. Cóż, każdy popełnia błędy. Teraz zaczynamy jakby od nowa. 
Pierwszy dzień był w miarę prosty - tylko trochę płaczu, bo nie pamiętała poprzedniej traumy. Drugi dzień - rozpacz totalna!!! Myślałam, że "zejdę" w przedszkolu, kiedy chwyciła mnie za szyję i zaczęła dusić; wszystko, żeby tylko nie zostać. Została. Tonęła we łzach. Trzeci dzień... tylko troszkę kwęczenia, że nie chce. Sheila - jej nauczycielka, powiedziała, że już jest bardzo dobrze. Płacz jeśli trwa, to 5 minut, potem dziecko się bawi. Cieszę się niezmiernie, bo chyba nie ma nic gorszego, niż zabierać rękę maluchowi, który cię po niej całuje i prosi, żeby zabrać go do domu. Uwierzcie, serce mi się krajało i tylko siłą woli powstrzymałam łzy cisnące się do oczu. Nie mogłam się przecież tam rozpłakać, bo to byłaby totalna porażka!

I wreszcie Izabela. Od miesiąca chyba przekręca się na brzuch. Teraz zaczyna odpychać się nóżkami od podłogi i w ten sposób obracać się wkoło siebie. Po czwartym miesiącu wprowadziłam jej dodatkowe jedzenie: owsiankę, i jeszcze jakieś zmielone mieszanki. Dodaję też owoce. Póki co jest w porządku. Tylko mina, kiedy pierwszy raz dostała jedzenie inne niż mleko mamy, jest bezcenna. Wyglądało to tak, jakbym jej podała sok z cytryny. 

Teraz kilka zdjęć



Pierwszy "dorosły" posiłek. Prawda, że smakuje?




Rozrywkowanie w towarzystwie taty.






I pierwsze próby podnoszenia ciała.



"Plażowanie" w ogródku.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Furtka



W sobotę zeszlifowałam warstwę starego lakieru z drzwi frontowych i pomalowałam je od nowa, ale tylko raz. Potrzeba będzie jeszcze około 2 powtórzeń. Kolor - ciemny orzech. 
Zakupiona litrowa pucha lakieru prawie nie zmieniła swej objętości, zatem, mając w perspektywie nawet dwukrotne jeszcze znęcanie się nad drzwiami, nie podejrzewam, żeby lakieru znacząco ubyło. Dlatego dzisiaj szlifowałam furtkę do naszego ogrodu. Drewno było zabezpieczone przed wpływem deszczu czy czego tam jeszcze, ja jednak postanowiłam nadać mu kolor. Siostra natomiast uwieczniła to na zdjęciach:)



Kolor przed malowaniem był jasny, po - jak widać - nabiera mocy, choć tutaj nieco przekłamany odcień przez zbyt mocne słońce. 


Krzesło, na którym siedzę, też wymaga lakierowania, bo póki co to surowe drewno i dzieci już potraktowały je mlekiem na przykład. Tyle, że jeszcze nie dopasowałam koloru. Musze znów poszwędać się po sklepie.






Wczoraj natomiast byliśmy w ikei i zakupiliśmy szafki na książki i płyty. Wybraliśmy białe meble, przez co koncepcja mojego pokoju dziennego uległa kompletnej zmianie. Dlaczego białe? Ponieważ z ciemnego brązu nie było wszystkich szafek, jakie chciałam, a kupować dwa lub trzy odcienie... to już nie dla mnie. 
Poza tym jestem w szoku, ponieważ Artur zmontował od razu trzy z pięciu szafek! Mam nadzieję, że pozostałe dwie też wkrótce "wyskoczą" z pudełek, jako że leżą na środku pokoju. Zawadzają nieco, zatem maja szansę. W końcu poupycham książki! Tak, poupycham, a nie poukładam, bo na piękne stanie na półkach nie mają szans - za dużo ich.

Skoro jestem przy książkach... Skończyłam czytać serię "True blood" i właśnie znalazłam w internecie, że w tym roku wyszedł 10 tom - "Dead in the family". Ciekawe czy jest w  chapters? Dodam jeszcze, że "A touch of dead" jest zbiorem luźnych opowiadań, gdzie bohaterką jest Sookie. Nie jest natomiast kontynuacją serii. Nie przeczytałam tej książki; przeleciałam pobieżnie wzrokiem dwa opowiadania i tracić czasu na nie nie będę. 


Widzicie teraz, że robótkowanie, to będzie gdzieś, kiedyś, przy okazji.