Kolejny raz wybraliśmy się w góry Wiclow. Tym razem był to już nieco dłuższy spacer, bo Izabela samodzielnie pokonała całą trasę. Za rok może będzie to jeszcze dłuższy szlak, a potem jeszcze dłuższy... chciałabym nauczyć dzieci czerpania radości z przyrody, z bycia sam na sam z lasem, jeziorem, górami...
Jeszcze w drodze...
...ale już blisko celu, już w górach...
I spacer. Nasz dołem, dziewczyn - górą, po bardziej ekstremalnych ścieżkach:
Wszystkie radziły sobie doskonale. Nie wiedzieć kiedy dotarliśmy do pierwszego jeziora(Lower Lake - Jezioro Dolne). Ponieważ byliśmy tam wcześniej, tym razem nie schodziliśmy nad wodę.
Poszliśmy nad Jezioro Wyższe - Upper Lake. Po drodze oczywiście skoki, wspinaczka, itp. Dzieci z upodobaniem biegały wśród lasu paproci.
Nie obyło sie bez upadków, na szczęście niegroźnych.
Jeśli Izabela nie dawała rady, starsze pomagały jej w pokonywaniu przeszkód. Artur patrzył na to trochę krzywym okiem, z obawy, że coś im się stanie. Ja pozwalałam na troszkę więcej swobody. W końcu spacer po prawie równej drodze to dla nich nie atrakcja!
Dzięki temu, że dzieci zajmowały się same sobą, ja miałam chwilkę na zdjęcia.
A widoki czasem były niesamowite. Nawet zwyczajne mchy i trawy tworzyły niezwykłe obrazy.
Doszliśmy w końcu nad wodę. Większość dnia była pochmurna, ale w momentach, kiedy słońce wyszło zza chmur, woda lśniła.
Delikatne fale muskały brzeg
Niebieskie niebo tylko czasem rozświetliło prawie czarną wodę:
Patrząc na jezioro odnosiłam niekiedy wrażenie, jakby to była falująca smoła.
Nie doszliśmy do kopalni ołowiu ani wioski górników, bo w pewnej chwili dotarło do nas, że przecież dzieci muszą pokonać taką samą drogę powrotną! Nie chcieliśmy stanąć przed faktem, kiedy Izabela zaprotestuje i nie ruszy dalej z braku sił. Muszę przyznać, że dzielnie maszerowała i dopiero na parkingu poskarżyła się na boląca piętę; okazało się, że miała tam już rankę po pękniętym bąblu. Póki co, zadowolona pozuje do zdjęcia:
Glendalough to jedno ze "standardowych" miejsc, w które prowadzimy wszystkich przyjezdnych. Zaprawdę, dobrze mówisz, pięknie tam jest, różnorodnie i znajdzie się ścieżka spacerowa dla każdego.
OdpowiedzUsuńSam kiedyś (ponad rok temu) popełniłem wpis o tym miejscu, szczegóły tutaj
oj link się nie wkleił w poprzednim komentarzu: http://xpil.eu/blog/2011/05/30/punkt-g/
OdpowiedzUsuńAnia jakie cudne widoki :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńXpil, tak, to miejsce, gdzie wozimy prawie każdego:) oczywiście, jeśli pora roku odpowiednia. myślę, że do Wiclow pojedziemy jeszcze wiele razy.
OdpowiedzUsuńdzięki za link
Eve jank, piękne, choć ja znowu nie miałam czasu na odpowiednie ustawienie aparatu i ładne zdjęcia.
pozdrawiam
Anka
Swoją córkę też próbowałam tak nauczyć - jeździła z nami na wycieczki rowerowe i w góry.... a gdy dorosła, to okazało się, że najbardziej na świecie kocha wielkie miasta.... I nawet czytać nie lubi. Wyrodna jakaś;)
OdpowiedzUsuńZa to ja, uwielbiam takie wycieczki i z wielką przyjemnością przeczytałam Twoją relację. I te jeziora mi się znajome wydają. Irlandzkie nazwy trochę mi się zatarły w pamięci, musiałabym sprawdzić w albumie, ale Jezioro Niższe i Wyższe brzmi bardzo znajomo:)
Aniu, PRZEPIęKNAE zdjęcia! W rzeczywistości musiało dech zapierać! Rany!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńMotylek
Motylku, dziękuję bardzo. Zapierało dech po raz kolejny:)
OdpowiedzUsuńAnka
Rety, jak tu pięknie. Moja córka nie może się przekonać do chodzenia po górach i obie cierpimy ;-)
OdpowiedzUsuńAgnieszko, jest ślicznie, nieważne, jak często tam jeździsz. Moje dzieci nie są najszczęśliwsze, kiedy jadą w góry, ale jak już wysiądą z auta i zaczną chodzić swoimi ścieżkami, zapominają o swoim uprzedzeniu.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Anka