O tym, że jesień do nas zawitała, pisałam już dawno. Tyle tylko, że tutaj, na Zielonej Wyspie, jest ona inna. Przynajmniej dla mnie.
Mocna, nasycona zieleń w zestawieniu z żółknącymi i opadającymi liśćmi. Ta zieleń towarzyszy nam przez cały czas. I przez nią właśnie inaczej odbieram tutejszą jesień, choć przecież drzewa bez liści już mamy:
Tylko częste deszcze i wiatry powoli wzbierające na sile, nie pozwalają zapomnieć o jesieni. I o tym, że zagłębiamy się w nią coraz bardziej. I jeszcze pozostałości po kipiących kwiatami begoniach, ustawione w koniakówkach na parapecie:
One też przypominają, że to koniec lata:)
Dlatego taka mała rzecz nie opuszcza miejsca na stole:
Nie jest to kominek zapachowy tylko taki zwyczajny.
Wieczorem zapalam świeczkę i...:
...jest światełko.
Okna w namalowanym kościółku i domach nagle rozświetlają się i wszystko razem tworzy nastrój spokojnych, cichych wieczorów. Wieczorów, które spędzam z mężem; wieczorów, podczas których czytam, bądź dziergam... Wieczorów, których nie zamieniłabym na inne, bo takie uwielbiam. I tego nie rozumieją moi znajomi z Polski i chyba nigdy nie zrozumieją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz