niedziela, 17 kwietnia 2011
Znowu biegam
...po dwóch tygodniach przerwy, kiedy to Artur wizytował Polskę.
Zaczęłam wczoraj, wczesnym rankiem. Może nie takim wczesnym, bo o 7 rano, ale dla mnie to wciąż prawie zabójcza pora, zważywszy na częściowo nieprzespane noce. Ponieważ kondycję mam trochę lepszą, niż kiedy zaczynałam swoją przygodę z joggingiem, wybrałam trasę przez miasto. Już nie bałam się, że nagle dostanę zadyszki, albo padnę gdzieś pod ścianą, bo oddechu nie będę mogła złapać.
Przebiegłam 3km.
Dziś było lepiej, bo pokonałam trasę jeszcze dłuższą - ponad 4km. Przeskoczyłam swoją barierę, jak to określa Artur. W pewnym momencie myślałam, że już nie dam rady zrobić ani jednego kroku, wypluję płuca, albo coś podobnego. I nagle... wszystko przeszło i mogłam biec i biec.
Jutro klejny dzień i znów przerwa, bo Artur idzie do pracy. I oby tak dalej.
piątek, 15 kwietnia 2011
Nowe...
W prezencie urodzinowym(jeszcze do nich daleko) dostałam laptopa. Małżonek, razem z moją siostrą, postanowili mnie zaskoczyć. W czasie pobytu w PL, Artur zakupił stosowny sprzęt. Toshiba. 500GB pamięci. Stwierdził, że na jakiś czas powinno mi to wystarczyć.
Teraz uczę się klawiatury od nowa. To znaczy moje palce się uczą. Największy problem mam z prawym klawiszem alt. Wciąż naciskam ten obok. Podobnie jest z kilkoma innymi, bo palce przyzwyczajone do pewnych odległości same chodzą.
Teraz przenoszę wszystko z mojego stacjonarnego kompa na nowy dysk. Dobrze, że przesyłam bezprzewodowo, oszczędza to czas i wszystko inne. Skopiowałam już około 60GB. Zostało jeszcze tylko troszkę i oczywiście wszystkie zakładki.
Do tego wgranie wszystkich potrzebnych programów... I ogólnie przyzwyczajenie się do Windows 7....
Ależ wolno idzie mi pisanie! No rany kota!
Chciałam jeszcze napisać o świętach, ale nie dam rady. W sumie nie mam za bardzo o czym pisać, bo nie zrobiłam jeszcze nic. Żadnych dekoracji, żadnych planów... wszystko w lesie, że się tak wyrażę.
środa, 13 kwietnia 2011
Jutro!....
...wraca mój małżonek z PL. Minęło tylko dwa i aż dwa tygodnie!
Dziękuję za wszystkie komentarze pozostawione przez Was w ostatnim czasie. Sorry, ze nie odpowiadam osobno, pod każdym postem, ale jestem piesko zmęczona i chora. Jeszcze raz dziękuję.
Sztućce
Lubię "sztućce z wyrazem". Co mam na myśli? Dla mnie są to rzeczy stare, ciężkie, z wzorami.
Jeden komplet mam w Polsce - jeszcze tu nie dojechał. Dostaliśmy je w prezencie ślubnym od moich pracodawców(którzy określali się moimi przybranymi rodzicami z Warszawy). Są to platery z Hefry. Piękne, wybrane przez nas, bo obdarowujący chcieli, żebyśmy na pewno byli zadowoleni:)
Dziś trafiłam na kolejne platery, tyle, że zniszczone. Kupiłam, bo stwierdziłam, że za tę cenę, nawet jeśli odzyskam połowę, to będzie więcej niż satysfakcjonujące. W skład kompletu wchodzi po 12 sztuk łyżek, noży, widelców i łyżeczek, plus chochla do zupy i zestaw surówkowy. Chyba nie muszę dodawać, że czuję się bardzo zadowolona?
Wymagają czyszczenia, to widać od razu:
Łyżeczki są już po pierwszym traktowaniu wodą z solą na aluminium:
niedziela, 10 kwietnia 2011
Tyle się nazbierało...
...że aż nie wiem od czego zacząć.
Może od tego, że miałam przygotowany cały wpis i tuż przed publikacją, Izabela wyłączyła mi komputer. Wpis poleciał sobie w nicość. Zapewne to lepiej, bo zawarłam w nim sporo rzeczy, które dziś wydają mi się nie warte wspominania.
Ogólnie rzecz biorąc i podsumowując kolejnych kilka dni bez Artura:
- jest ciężko, aczkolwiek da się przeżyć;
- wszystkie trzy dziewczyny dość poważnie chorują, Izabela ma antybiotyk;
- od wyjazdu Artura śpię po 4 godziny, czasem pięć, ale wszystko z ciągłymi przerwami na siusiu, picie, pocieszenie, podanie smoka, przytulenie, itp.
- czekam na czwartek i nie mogę sobie wyobrazić, jak miną te kolejne, prawie 4 dni - dla mnie to wieczność.
Żeby jednak tylko nie narzekać, coś optymistycznego: byliśmy dziś w Emo. Pogoda piękna! Zafundowałyśmy sesję zdjęciowa kwiatom - głównie różanecznikom i sobie samym.
Nasze zdjęcia z dedykacja dla Artura!!! Bardzo tęsknimy za Tobą, ale jakoś próbujemy zorganizować sobie czas. Uściski od dziewczynek i ode mnie!
Biedna Iza cały czas ze świecami pod nosem. Nie nadążamy z wycieraniem nosa.
Pozowałam Danie do zdjęcia, a przy okazji zbierałam stokrotki dla Izabelki, która potem, z ogromnym przejęciem, oglądała pierwsze kwiaty z tak bliska.
Zapewne nikt tego nie zauważy, ale mam pomalowane włosy. Po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś tak inwazyjnego z moimi włosami!!! Wybrałam jednak kolor niemalże identyczny z moim. Siostra uważa, że to bez sensu: po co malować, skoro nikt tego nie zauważył? Naprawdę nikt. Żadna kobieta, która mnie spotkała, nie zauważyła. Ja jednak taki właśnie miałam zamiar: ukryć siwe włosy, a koloru nie zmieniać zbytnio.
Zmieniając temat...
Niektóre krzewy w pełnym rozkwicie:
...a my koło nich:)
Gosia, jak zwykle, wspina się po pniach:
Jak tylko odwróciłam wzrok od Izy, ta wywalała wszystko z wózka: lalkę, miśka, jedzenie. I to działała, jak na wyścigach:)
Kocham tę sukienkę. Zakrywa to, co trzeba, odkrywa, to co trzeba i jeszcze dodatkowo niesamowicie wygodna przy dzieciach. Lekka, zwiewna, w sam raz na lato, czyli na taki dzień, jak dziś.
Na koniec był mały piknik:
Na niesamowicie zielonej trawie - choć aparat oczywiście nieco przekłamał:) - to i tak zieleń aż raziła w oczy.
I oczywiście jeszcze kilka kwiatów:
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
***
Jakoś tak dni mijają, nic szczególnego się nie wydarzyło i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Nie mam natchnienia na robótki, nie mam natchnienia na nic.
Dzieci dostały kataru - wszystkie trzy, więc nocki są moje.
Pogoda się popsuła, zrobiło się chłodniej. Niemniej jednak wszystkie zimowe kurtki uprałam i poskładałam w worki próżniowe. Wkrótce idą na strych.
Strych już zrobiony. Podłoga rozciąga się wszędzie, gdzie to możliwe.
Dziś, w ramach dobroci dla samochodu, pojeździłam seatem Artura. Tydzień już stał, więc niech się trochę rozrusza.
W głowie układam pomysły na pokój dziewczyn. W tym roku chcę im coś tam stworzyć. Zarysy planu już mam...
wtorek, 29 marca 2011
Już jutro
Artur wyjeżdża. Odwożę go z samego rana, coś po 4-tej . W związku z tym, dziś już był czas najwyższy zdjąć walizkę ze strychu i zacząć pakowanie.
Nie lubię tego, kiedy jeździmy osobno. Zawsze wolę żebyśmy w czasie takich podróży byli razem. Nic na to nie poradzę i już. Tak mam. Będę teraz czekać na jego powrót.
Skończyłam "The fifth woman". Wciągnęła mnie do tego stopnia, że wczoraj MUSIAŁAM doczytać do ostatniej kartki! Zaczęłam też "The girl with the dragon tatoo" ale jakoś mi nie idzie. Corina tak mi zachwalała tę książkę, ale brnę już przez drugi rozdział i nic. Ann wspominała co prawda, że trzeba przemęczyć początek, a potem... ma być cudo. Zobaczymy.
Pomęczę Was jeszcze moimi hiacyntami i innymi kwiatkami. Obiecuję jednak, że już niedługo.
Ten kolor mnie zaskoczył. Spodziewałam się czegoś bardziej w fiolet, a tu wyszło bordo.
Ten z kolei jest bardziej żółty(waniliowy), niż biały.
Takie maleństwa, przycupnięte w kąciku.
I wreszcie szafirki.
Ustawiłam swój aparat na zdjęcia makro(od ponad 5 lat ani razu nie używałam tej funkcji), ale wciąż robię ze zbyt daleka. Zdjęcia szafirków, to już w ogóle robiłam "na ślepo": kucnęłam, aparat oparłam prawie na ziemi, obiektyw w górę i co się uda złapać.
Kurczę, nie mogę przestać myśleć o tym wyjeździe Artura. Nawet teraz piszę, ale myślami jestem gdzieś daleko. Muszę sobie znaleźć tak dużo zajęć, żeby nie zastanawiać się nad jego nieobecnością. Zapewne zajmę się domem. Zdarzyć się może, że Artur wróci i nie pozna swojego miejsca:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)