czwartek, 6 stycznia 2011
Gosi wypowiedź
Nie pamiętam czy już Wam o tym pisałam. Evie i Małgosia są najlepszymi przyjaciółkami, ale kłócą się niemiłosiernie! Któregoś razu Ann odwoziła je do szkoły i oczywiście sprzeczka. Zaczęła Evie,a potem nastąpiła licytacja, kto ma więcej, lepiej, itp. W pewnej chwili Evie mówi - a mój tata ma 47 lat! - na to Gosia: a moja mama ma 50!
Śmiałyśmy się z Ann do łez.
Bardzo dawno temu...
Chyba dwa lata minęły od tej chwili, gdy zeszyłam ze sobą kawałki materiału. Dziś wyglądają tak:
Funkcjonują jako podkład na podłogę. Ważne to było szczególnie wtedy, gdy Iza była sporo mniejsza i siedziała lub leżała(głównie to drugie) na panelach. Ostatecznie pracę zakończyłam chyba ze dwa lub nawet trzy miesiące temu, tylko jakoś nie miałam czasu na pokazanie. Dziś narzuta dosuszała się na oparciu kanapy, więc przy okazji cyknęłam fotę.
Kwiatki biegnące po skosie są naszyte. I tu nauczyłam się jednego: należało to zrobić przed zeszyciem wszystkich kwadratów, bo byłoby to łatwiejsze. Przed skończeniem pierwszego kwiatka, miałam ambitny plan aplikacji na każdym niemalże kwadracie. Później się rozmyśliłam. Oczywiście pomysł z aplikacjami przyszedł mi do głowy, kiedy zobaczyłam zeszytą całość:) Może, gdybym była bardziej wprawna w szyciu, zrealizowałabym swój plan, ale w mojej sytuacji wolałam nie ryzykować.
Przy okazji grzebania w pudłach - bo takie wciąż w naszym domu funkcjonują - znalazłam dawne hafty. Pierwsze, jakie wykonałam w Irlandii. Nie miałam wtedy dosłownie niczego, więc w pasmanterii zakupiłam gotowe zestawy. Wtedy zniechęciłam się strasznie do haftu na podmalowanej kanwie. Dziś wyjęłam obrazki z ramek i zastanawiam się, jak je wykorzystać.
Pomysł już mi świta w głowie, gorzej z czasem realizacji. Mam jednak nadzieję, że skoro narzuta ujrzała światło dzienne, to i z obrazkami mi się uda.
W najbliższym czasie pokażę też moją dawną pracę na drutach. Wczoraj wieczorem skończoną. Zima i chłód mnie pogoniły:))
wtorek, 4 stycznia 2011
Zapomnieliśmy wszystkich dokumentów...
...i pojechaliśmy rano na NCT. Z lekkim sercem, bo jeszcze nie wiedzieliśmy, że wszystko zostało w domu. Nagle, tuż przed budynkiem, gdzie podstawia się auto, Artur przypomniał sobie o dowodzie rejestracyjnym(u nas nie wozi się go ze sobą, leży w domu) i o prawku, którego też nie wziął. Ja oczywiście też swojego nie miałam, bo gdzieś leży, tylko jeszcze nie wiem gdzie. Już się wkurzył, że przepadły nam pieniądze, ale namówiłam go, żeby poszedł i zapytał, co z tym teraz z robić.
Facet, po usłyszeniu, że nie mamy żadnych dokumentów ani naszych, ani samochodu, zapytał: a 50 euro macie? - Tak. - A samochód wzięliście?
Przetestowali nam auto. Pierwszy raz czekałam i patrzyłam, co robią z samochodami. Najpierw oglądają i sprawdzają:
czy zamek centralny działa,
czy drzwi są pozamykane, kiedy się załączy;
ciągną za pasy i testują czy się blokują;
włączają wycieraczki, spryskiwacze;
sprawdzają kiedy chwyta sprzęgło;
światła i wszlkie żarówki(te od tablic rejestracyjnych też)
Potem samochód leci na komputer: kontrolki, hamulce, emisja dwutlenku węgla, itp. rzeczy.
Kiedy nasz Renault wisiał na podnośniku, obserwowałam, jak gość machał kołami, kręcił nimi, sprawdzał jakiś milion rzeczy przy każdym kole.
W jakimś momencie, zupełnie przerażona, co tam znajdą i ile nas to będzie kosztować, przestałam patrzeć na to "gibanie" samochodem. Nagle nas zawołali i... dali wydrukowany dysk na kolejne 2 lata. Samochód mamy sprawny! Tego się nie spodziewałam. Naprawę liczyłam się zmożliwością jakichś napraw, a okazało się, że nawet zbieżności kół nie musimy robić.
Jestem niesamowicie zadowolona! Tym bardziej, że dziś oglądaliśmu drugie auto. Tym razem dla Artura. I chyba go kupimy. Samochód jest właśnie po NCT(dostał je od razu na 2 lata), był - podobno - dobrze prowadzony i(co istotne) kosztuje mało. Ma mały silnik - 1 litr - więc i opłaty będą mniejsze.
Marka: seat ibiza.
Decyzja należy do Artura...
niedziela, 2 stycznia 2011
Wróciło i odeszło
Mam na myśli ogrzewanie. Dziś spadło nam ciśnienie do tego stopnia, że nie działa już ogrzewanie domu i wody. I wiecie co jest najlepsze? Od dziś idą przymrozki! Hura! Znów będziemy żyć w lodowatym domu i myć się taką wodą. Już tęsknię za łagodną zimą irlandzką. Z mojego punktu widzenia jest o niebo lepsza niż ta obecna.
Pocieszeniem jest to, że może choć dzieci znów będą zdrowe? Następnego dnia po tym, jak odzyskaliśmy grzanie, Izabela dostała strasznego kataru, który rozwinął się w zapalenie ucha. Ja otrzymałam katar po niej, a zaraz potem Monika, że o mojej siostrze nie wspomnę(kicha i kaszle). Póki było zimno, wszyscy się trzymali zdrowo. I jak to rozumieć?
Z Izą już wychodzimy na prostą, ale niestety, Sean dał antybiotyk, bo zapalenie mogło przejść w ostrzejsze. Okazało się przy tym, że kolejna moja córka płacze na jego widok. Około 2 lat temu była to Monika(Sean do tej pory wspomina to ze śmiechem), a teraz pałeczkę przejęła Izabela. Może dlatego, że tak bardzo nie spodobało się jej oglądanie uszu i gardła? Darła się, że aż zsiniała na buzi. Wszystko dlatego, że ja trzymałam jej głowę, a doktor oglądał uszy. Potem już tylko obserwowała jego poczynania ze łzami w oczach i przestrachem na twarzy, gotowa w każdej chwili ryknąć na całe gardło. I nawet zapewnienie Sean'a, że na pewno Mikołaj już do niego nie przyjdzie, za to co zrobił biednemu dziecku, nie pomogły:))
Antybiotyk w każdym razie zadziałał i już dziś było znacznie lepiej.
Teraz czekamy na panów hydraulików. Przyjdą pewnie we wtorek, bo jutro jest bank holiday, czyli dodatkowy wolny dzień, za Nowy Rok, który przypadł w sobotę.
sobota, 1 stycznia 2011
Stare listy
Od wielu lat gromadziłam listy i karty. Dlaczego? Z sentymentu. Kiedyś nawet przejrzałam je, poczytałam, powspominałam... A dziś wyjęłam wszystko, posegregowałam i...
Wrzuciłam do metalowej miski...
...wyjęłam zapałki...
...i po kilku sekundach zapłonął wesoły ogienek...
...który był coraz większy i większy...
...i pochłaniał kolejne kartki...
...by po chwili...
...stać się tym, co powyżej. Garstką popiołu.
W 10 minut spłonęło ponad 17 lat. Dlaczego? Myślę, że pewne rzeczy powinny zniknąć. Pozamykałam wiele spraw z przeszłości i w tej chwili już ich nie ma. Nie wrócą na widok pogiętej, trochę pożółkłej kartki papieru. To, co było słabe i nijakie, kiedy mieszkałam w Polsce, po wyjeździe do Irlandii, zamarło zupełnie. Nie ma sensu "podtrzymywać przy życiu" martwych przyjaźni. Ci, co chcieli utrzymać ze mną kontakt, utrzymali; inni... Cóż, może kiedyś jeszcze się spotkamy?
O listach jeszcze raz
Nawet nie spodziewałam się, że notka o listach wywoła jakikolwiek odzew. Tak dla jasności dodam jeszcze, ze nie wyrzuciłam ani jednej kartki z życzeniami, z pozdrowieniami z jakiegoś miejsca na ziemi. I oczywiście kilka listów zostało, ale tylko kilka. Do części kart mam szczególny sentyment ze względu na okoliczności, czy napisane słowa; niektóre są tak urocze, że nie mogę ich tak po prostu wyrzucić. Dlatego zostawiłam wszystkie.
Listy, nawet te najzwyklejsze, zawierały czasem coś, co mnie bolało; przypominały o czymś, co chciałam zapomnieć. A część z nich... no właśnie, część z nich nie ożywi tego, co umarło, nie przywróci tego, co odeszło. Dlatego spłonęły.
A za kilka dni, kiedy rozbiorę choinkę(pewnie 6 lub 7 stycznia lub coś koło tego), zdejmę też tegoroczne karty bożonarodzeniowe z kominka i powędrują one znów do pudełek:) Bo tak zupełnie, to ja nie potrafię wszystkiego zlikwidować.
A na koniec coś znalezionego przez mojego małżonka:
Czy nie prawdziwe:))
wtorek, 28 grudnia 2010
Od razu więcej werwy
Tylko ociepliło się w domu - a ociepliło się znacznie - i od razu przyszła chęć do wszelkich działań. Na dworze też pojaśniało jakoś, ptaki zaczęły radośnie podśpiewywać, temperatury wzrosły do +9 stopni. W końcu mamy irlandzką zimę:)) Z tej radości posprzątałam bałagan w naszym tylnym ogródku.
Teraz z innej beczki...
Kiedy zapada zmrok, a zapada dość wcześnie, zapalam świeczki i lampki wszelakie. I tak, na kominku mamy coś takiego:
W tym roku dostaliśmy kartki z Polski, ale przyszło też bardzo dużo od naszych tutejszych znajomych Irlandczyków. Zrobiłyśmy z nich girlandę, a dziewczyny koniecznie chciały też "wystawkę" na kominku. W tym momencie wszelkie starania mojej siostry, żeby było ładnie, gustownie i ze smakiem, prysły. Kartki musiały być i koniec.
Ten wielki słój po prawej stronie kominka, to świeca cynamonowa. Namówiła mnie na nią Sheila i nie żałuję. Pali się już ze 40 godzin lub więcej i doszła do 2/3. Zapach nieziemski, aczkolwiek nie natrętny.
Poniżej, na obudowie paleniska, załapał się do zdjęcia "podręczny zestaw rzeczy potrzebnych mamie malucha". Ma tam swoje miejsce i na razie tak zostanie, bo święta świętami, a pieluchy trzeba zmieniać.
Na środku króluje kryształowy świecznik:
Zachwycił mnie i nabyłam go tuż przed świętami.
Natomiast biała latarenka pali się o zmroku w naszym oknie:
Na wierzchu została urozmaicona bazgrołami w odcieniu brudnego różu. Dokonały tego moje dzieci. Mówi się trudno. Mam nadzieję, że jakoś to zmyję.
A tu kolejna latarenka - ciemny metal, coś jak chrom, choć na zdjęciu wyszła całkiem czarna:
Na pewno jej nie będę przemalowywać, bo podoba mi się w tym wydaniu.
Z mojego domu wywędrowały dwa koszyki wiklinowe. Odnowiłam je, pokrywając białą farbą dulux. Nie mam zdjęć, bo cały czas powtarzałam sobie, że zrobię je przy następnej okazji. Takowa nie nadeszła. Nagle potrzebowałam czegoś na pierniczki, więc padło na te właśnie koszyki. I tak to sobie poszły, a ja zaczynam poszukiwania kolejnych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)