niedziela, 2 maja 2010

Powolutku ruszyłam




...z zapowiadaną serwetką/serwetą. W tej chwili mam naprawdę mało:




Może kilkanaście rządków zrobionych, a ponad drugie tyle przede mną. Wiadomo jednak, że to, co przede mną, to duże okrążenia. Już teraz widzę, że chyba wyjdzie całkiem spora rzecz.  



Poza szydełkiem dążę konsekwentnie do uszycia sukienek dziewczynkom. Co prawda lato nas nie rozpieszcza, więc i pośpiechu nie ma, ale coś tam staram się zrobić. Wczoraj odrysowałam z gotowej sukienki górę - przód i tył:


 
Teraz potrzebuję tylko chwili wolnej, żeby przenieść to na materiał.  

środa, 28 kwietnia 2010

...




Moje pierwsze zdjęcie po porodzie, na które "oficjalnie" dałam przyzwolenie:)) 






Nie zgodziłam się, żeby Artur zrobił mi zdjęcie na porodówce, bo wiem, że po "akcji" wygląda się - delikatnie mówiąc - średnio. Potem też byłam raczej wymięta i zmęczona. Powyższe zdjęcie jest robione z 5-dniową Izą. Obie już wyglądamy lepiej niż na samym początku:)

Ja powoli wracam do jakiej takiej formy. Brzuch mi się wchłania. Ciążę skończyłam z wynikiem 15kg. Wczoraj - tydzień po porodzie - stanęłam pierwszy raz na wadze. Trochę ponad 9 kilogramów zeszło i myślę, że jeszcze schodzi. Potem zostanie zrzucenie tego, co pozostało w nadmiarze:)) Zatem... za jakiś miesiąc lub półtora powoli wrócę do joggingu. 

wtorek, 27 kwietnia 2010

Słońce i perły



Kupiłam jakiś czas temu kolejny sznurek do mojej małej kolekcji:



Sznurek perełek, miałam na myśli(jaka szkoda, że sztucznych).

Świeciło słońce i to skusiło mnie do zrobienia zdjęć. Z wielu, które zrobiłam, wybrałam te dwa.




Mam słabość do tych okrągłych, lśniących kulek. Sama nie noszę ich zbyt często; miałam może dwa razy na sobie. Raczej towarzyszą mi w tworzeniu tła zdjęć, ale też tylko wtedy, kiedy mam na to czas.  

sobota, 24 kwietnia 2010

Monotematycznie



Tak, pewnie przez jakiś czas tak będzie na moim blogu:)





Serdecznie dziękuję za wszystkie gratulacje i życzenia! 



Mam nadzieję, że Iza będzie rosła zdrowo - tym bardziej, że w dniu naszego powrotu Małgosia dostała antybiotyk, a Monika pewnie niedługo zachoruje. Zatem życzyłabym jej i sobie, żeby przetrwała ten czas bez problemów.


Nie pisałam jeszcze tego, że w chwili urodzenia Iza ważyła 3.8kg(następnego dnia waga spadła jej do 3.690). Mierzy 56cm, więc przesadnie długa nie jest, ale też nie mała. Pięknie ssie pierś, więc na tym polu problemów też wielkich nie ma. Oby tak dalej.


Wyszłam ze szpitala zaraz następnego dnia, ponieważ tutaj długo nie trzymają.; można nawet rzec, że krótko:) Tym razem jednak uzbroiłam się w zapas recept na środki przeciwbólowe - nauczona doświadczeniem z poprzedniego okresu poporodowego. I całe szczęście! Kto rodził i miał założone szwy w wiadomym miejscu, domyśla się o co chodzi. Zatem nie czuję się najgorzej, chodzę i funkcjonuję prawie normalnie, gdyby nie pidżama i karmienie. Nocne pobudki jakoś nie dają mi się we znaki. Pewnie kilkuletnie przyzwyczajenie działa na plus. Zaczęłam nawet coś tam dłubać szydełkiem i na drutach. Na pewno też przeczytam sporo książek, bo Iza lubi sobie posiedzieć przy cycu dość długo.


I kilka zdjęć:












środa, 21 kwietnia 2010

Izabela już z nami



Wczoraj, to znaczy we wtorek o godzinie 6.55 urodziłam - razem z Arturem - Izabelę. Do szpitala trafiłam pół godziny przed północą. Wszystko poszło w miarę szybko i sprawnie.




Po południu Artur przywiózł dziewczynki, które były zachwycone i onieśmielone jednocześnie:



A dziś o 14 wróciłam do domu. Teraz przed nami wszystko co najlepsze:))


Ameise, gratulacje dla Twojej Siostry i życzenia wszystkiego dobrego! Jak widzisz, urodziłyśmy z jednodniową różnicą.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Problem ze skorupami



Dziś siostra powiedziała, że teraz ma znów problem z ustawieniem moich skorup. Rzadko już coś kupuję, musi zachwycić mnie kolorem, wzorem, kształtem. Mimo wszystko niekiedy, zupełnie niespodziewanie, coś się trafi. 

Tak było dziś, kiedy dojrzałam w kącie na stoliku kubek:




Z drugiej strony już mniej ozdobnie, ale też uroczo:



Kubek jest raczej z tych mało pojemnych. Takich na "moją" kawę - trochę więcej niż w filiżance, ale mniej niż w wielkim kubasie. Choć trochę słodkie te kolory, to jednak mnie urzekły.


Z zupełnie innej półki jest ta "porcelana":



Artur kupił mi ten spory objętościowo kubek(prawie pół litra) na moje herbaty. Żeby było jasne, to właśnie mój małżonek go zauważył i wybrał(czy to kwestia mocnej czerwieni, która podobno przyciąga uwagę mężczyzn?). Zastąpił w ten sposób dwa inne, które potłukłam we wściekłości - bo to taka moja mała przypadłość. Kiedy mnie ktoś zdenerwuje, podczas dużej kłótni, rzucam kubkami lub innymi tłukącymi się przedmiotami. Stąd nigdy przesadnego nadmiaru na półkach nie mam. Oczywiście nie robię tego podczas drobnych sprzeczek. Muszę być wściekła i wtedy rzucam naprawdę skutecznie, jeszcze nic się nie uchowało po takiej akcji:)




A tu nasz mały, tegoroczny zbiór szyszek - to na jego tle robiłam dzisiejsze zdjęcia:



Są tutaj szyszki z sosny czarnej -Pinus nigra, srebrnego świerku(znanego też jako kłujący) - Picea pungens, Jedlicy(daglezji) - Pseudotsuga menziesii. 

Kiedy zbieraliśmy je - a w zasadzie zbierały Monika i Gosia  - były ciasno zamknięte. Teraz, powoli rozchylają łuski i robią się coraz piękniejsze. Na Boże Narodzenie będą jak znalazł. 

sobota, 17 kwietnia 2010

Slieve Bloom Mountains po raz drugi







Tym razem trochę inaczej. Dziś na samym początku wybraliśmy trasę dla samochodów, to znaczy podjazd między wzgórzami. Trzeba przyznać, że nasz wóz się trochę napracował: raz w górę, raz w dół, prawie na hamulcu, bo przecież za zakrętem zakręt.




Ten brunatno-fioletowy kolor wzgórz to wrzosowiska, które dopiero "ruszają". Sprawdziłam to. Między wrzosami pełno porostów i mchów.




Tutaj widok na jedne z łagodniejszych zakrętów. Myślę, że we wrześniu lub nawet już w sierpniu przyjedziemy podziwiać fioletowe wzgórza. Teraz jeszcze nie mają tego uroku, choć i tak pięknie.



Po dotarciu na parking trzeba się było podzielić. Ja musiałam zostać, bo nie wspinałam się po śliskim zboczu. Za to moja siostra pobiegła na sam szczyt i zaczęła robić zdjęcia okolicy. Artur przeszedł się kawałek z dziećmi, ale drogą, na którą samochód już nie miał wstępu.










Potem był mały posiłek i chwila szaleństwa dla dziewczyn. Biegały między krzewinkami wrzosów, rozchylały je, szukały mchów, porostów i biedronek, których tu było sporo. Ja spokojnie czekałam na ławce:










Następnie zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę wodospadów - nieco większych niż ostatnio. Najpierw wkroczyliśmy w las - dość nastrojowy:



Dziewczynki pytały czy tu mieszka baba Jaga?


I zaczęła się wędrówka przy stromych ścianach i wąskich ścieżkach:





Dziewczynki znalazły nawet "domek elfów" - tam, gdzie widać ciemniejsze plamy, były zagłębienia i tunele, czyli według nich wejścia:




A poniżej płynęła i szumiała rzeka:





Monika oczywiście chciała koniecznie zejść nad wodę, potem tego samego zapragnęła Gosia:



Stałyśmy przy samej wodzie, a Monika podziwiała rozpryski.


Takich zakątków było pełno, niemalże na każdym kroku:








W końcu dotarliśmy do punktu, gdzie można było spocząć, a nawet wymoczyć nogi. Woda co prawda była LODOWATA, ale i tak to zrobiłyśmy: Gosia, Monika i ja:




W ciepłe dni można zejść niżej i się kąpać. Na pewno jednak musi być upalnie.







A woda była taka czysta:



Każdy kamień na dnie doskonale widoczny.


To już ostatnia taka wycieczka w tym okresie. Nie czułam się zmęczona, ale też uważam, że trzeba poczekać aż więcej drzew liściastych zazieleni się. W tej chwili jeszcze nie ma tego uroku. myślę, że za miesiąc będzie już inaczej, a i ja będę w innej kondycji. 



hrabina.ee, sobota, 17 kwietnia 2010