wtorek, 9 sierpnia 2016

***





Z mojej lawendy w ogrodzie - mam jeden krzaczek, który ostatniej zimy mróz mi prawie zabił - złożyłam dwie małe wiązeczki. Leżą na razie na kominku.




W kuchni pojawiły się nowe zasłony; w końcu! Po prawie 6 latach stare poszły  na odpoczynek.



A z pudła wyciągnęłam włóczke wiskozową - błękit i nylonową(taką z czasów PRL-u) i dziergam co mi dusza podpowiada.



Blog ostatnio zaniedbany, ale może z czasem go odkurzę? W końcu mam do napisania o kilku miejscach.
Póki co wyciągnęłam ze strychu 3 wory mundurków dziecięcych i dziewczyny wczoraj przymierzały. Jak sie okazało, Monika i Izabela mają po 4 pełne komplety, zarówno sportowych i eleganckich wersji. Gosi muszę dokupić tylko koszule i kardigan z wyhaftowaną tarczą szkoły. W sumie całkiem nieźle :)

środa, 3 sierpnia 2016

Czytam...





... czytam i czytam.

Dni upływaja mi na zajmowaniu się domem, np. malowaniu ogrodzenia upierdliwa czarną farbą(jak się okazało, zrobiłam sobie taki "prezent" w dniu imienin, o których praktycznie zapomniałam); próbuję przywrócić do życia kawałek trawnika, uczynnie opryskanego roundapem, przez pracowników tutejszej gminy :) trawa powoli wraca do żywych.

Zaliczamy kolejne wypady z dziećmi, np. ostatnio byliśmy w parku wodnym z Dublinie. Skoro pogoda nie dopisuje na cotygodniowe wyjazdy nad morze czy ocean, trzeba zadowolić się ich namiastką. Wracamy do piątkowych wypadów na basen. Izabelka nauczyła się już pływać - prawie pływać, ale to i tak wielki sukces.

Raz udało nam się złapać pogodę i koleżanka namówiła mnie na wspólny wypad nad morze. Środek tygodnia, więc mimo słońca, tłumów nie było. Zabrałyśmy, każda po trójce swoich dzieci i spędziłyśmy wspaniałych kilka godzin na plaży. Koleżanka leżakowała w słońcu, a ja głównie moczyłam się w morzu. Dzieciaki za to szlały i na lądzie, i w wodzie. Najlepsze chyba były wydmy, ogromne, kilkumetrowe, z których zjeżdżały na desce. Moje dziewczyny napaliły się na taką dechę i pewnie przy następnej bytności w tym miejscu, nabędziemy takową.

Monika kupiła sobie rower. Ma już duży, prawie taki, jak dla dorosłych, z trochę tylko mniejszą ramą. Izabela zaanektowała rower Moniki i radzi sobie świetnie od pierwszego dnia.

Jak wspomniałam w tytule, ja z kolei czytam na potęgę. Zaliczam po kolei książki Jeffery Deaver'a - kryminały. Każdy, co do jednego, dobry. Do tego Erica Spindler. Jak tylko mam wolna chwilę, siadam na patio - zadaszonym, bo mąż w końcu rozstawił gazebo - z kawą dopiero co zmieloną(tym razem z kardamonem), w wygodnym fotelu i czytam...

I tak upłyneło nam już pół wakacji...

środa, 20 lipca 2016

Spacer w Ballybrittas




...czyli wyjście w przyjemną pustkę. Przez trzy godziny chodzenia nie spotkaliśmy ani jednej osoby na trasie.




Zaraz na początku przywitały nas dwa stare cisy z pokręconymi pniami:



Jeżyny kwitną na potęgę; wybrać się tam w odpowiedniej porze, to pewność nazbierania kilku kilogramów.







Mała kładka prowadząca w las świerkowy:






Róże gdzieś na poboczach...



I znowu zieleń....




Rosnące dziko naparstnice:







Dzieci zawsze, ale to zawsze! musiały przeskoczyć przez bramkę:



...albo przynajmniej się na niej pobujać :)



Wędrowaliśmy przez zupełnie puste przestrzenie łąk:



Zupełnie przypadkowo - bąk uchwycony w locie:



I kolejna dzika róża. Wszystkie zdjęcia robione z bardzo daleka, czego niezmiernie żałowałam, bo te kwiaty wychodzą przepięknie na fotkach. Nie było jednak możliwości podejścia bliżej.



W wyciszającej zieleni lasu wracaliśmy do auta


czwartek, 14 lipca 2016

Ogród nie czeka...




...aż wyjdę z ciągu czytelniczego, czy też wrócę z kolejenj wycieczki. Ogród rozkwita...

Po majowej wizycie moich rodziców został mi liliowiec - dostałam go od nich w prezencie :)



Już na początku lipca zakwitł...








W ogrodzie zielono od tego ciągłego deszczu. Powojniki zakrywają już prawie całe ściany, a przecież część z nich była cięta prawie nad ziemią.




Niezawodne lwie paszcze:



...i nowe odmiany powojnika - to zdaje się 'Warszawska Nike'



...a tu 'Jan Paweł II'






Do tego mam melisę, z której intensywnie korzystam:


I miętę dwubarwną, którą to rok temu ktoś mi wytknął jako błąd, bo podobno to plektrantus :) Nie, to nie plektrantus, to mięta :)




Na początku czerwca na froncie wciąż kwitł powojnik górski:



Ale doszła też nasturcja i hosty w pojemnikach:



W tej chwili już wszystko sie rozrosło i obsypało kwieciem:



Niedawno skończył kwitnienie bluszcz, który obrasta moje ogrodzenie; pszczoły miały tam wiele pracy, tylko buczenie sie rozlegało całymi dniami:



Teraz czas geranii i lobelii:












To jeszcze raz front z wypalona trawą! Chyba gmina zarządziła spryskanie chwastów na chodnikach i oto efekt tych, którym "zawiało" roundapem w mój ogród!






Róże...






A na patio króluje donica z mieszanką: fuksja, bakopa, gerania:



Do następnego! Pozdrawiam kwiatowo.

poniedziałek, 11 lipca 2016

I po urlopie



... Mąż dzisiaj wrócił do pracy po tygodniu spędzonym w domu. W zasadzie nie w domu, bo w ciągłych rozjazdach, bliższych i dalszych. W sumie, przez cały ten urlop, zrobiliśmy coś około 1000km. Nie dużo, wydawałoby się, ale kto ma dzieci wie, że te kilometry trzeba jakoś wytrzymać z nimi w aucie i to bez elektronicznych urządzeń rozrywkowych typu tablet, itp.

Nie udało się nam w tym roku wyjechać nigdzie na dłużej. Wszystko to były wypady jednodniowe. I tak na szybko zajawka:


Heywood Gardens (wpis1, wpis2,wpis3) niedaleko miasteczka Abbeyleix



Ballybrittas, maleńka mieścinka(bo nawet nie miasteczko) w naszym hrabstwie. Tam wypuściliśmy się na spacer w dzicz:



Piękny kościółek - także Ballybrittas:



New Ross,  Dunbrody - statek muzeum; tym właśnie statkiem Irlandczcy płynęli/uciekali do USA i Kanady w czasach Wielkiego Glodu.



Dunbrody Abbey & Maze czyli Opactwo Dunbrody i Labirynt... wszystko to i razem i jednocześnie oddzielnie, ale o tym w szczegółowym opisie.



I oczywiście nasza podróż pustymi prawie autostradami - bo dość wcześnie, w dodatku w sobotę! Kto mądry wstaje o tej porze, no kto?



...a podróż do Bunratty! Tym razem powoli, wręcz leniwie, przespacerowaliśmy się po skansenie i twierdzy. Zajęło nam to niespełna 5 godzin :)



Po tak intensywnym - a jeśli nie intensywnym, to przynajmniej długim - zwiedzaniu zakotwiczyliśmy w pobliskim pubie. Nawet nie zabieraliśmy auta z zamkowego parkingu, tylko wyszliśmy za ogrodzenie i już... Durty Nelly's Inn powitał nas bardzo gościnnie. Zostaliśmy tam kolejną godzinę.



I tak po tygodniu "obijania się" czas wrócić na ziemię. Pozostało nam czekać co najwyżej na weekendowe wycieczki.