czwartek, 12 września 2013

Lough Boora Parklands. Co. Offaly



Ponieważ lubimy sobie pospacerować, szczególnie w lekko dzikich okolicznościach przyrody, staramy się zawsze znaleźć miejsca, gdzie będziemy mogli spędzić kilka godzin na włóczeniu się między łąkami, lasami czy innymi atrakcjami natury.
Takim idealnym miejscem jest Lough Boora Parkland.  Kto życzy sobie znaleźc informacje, wystarczy kliknąć na nazwę.

Jak można określic to miejsce najkrócej? Miłośnicy spędzania czasu na wolnym powietrzu na pewno znajda tu coś dla siebie. Można wybrać się na spacer, pojechać rowerem(wypożyczalnia rowerów funkcjonuje na miejscu; są też przyczepki dla dzieci), łowić ryby...Są oczywiście stoliki piknikowe, są trasy przewidziane na dłuższe i krótsze wycieczki. Wszystko to na terenie torfowiska... 
Jest oczywiście możliwość poznania historii sprzed wielu lat(tam nie dotarliśmy, niestety), jest też coś dla oka i duszy - rzeźby - dość modernistyczne w mojej opinii; o sztuce opowiem następnym razem. Dziś zapraszam na spacer przez wrzosowiska.


W końcu zobaczyłam trochę więcej wrzosów, niż tylko kilka krzaczków. Śmieszne to może, ale po tylu latach na Wyspie, wciąż nie mogłam trafić na moment, kiedy Góry Wiclow są pokryte fioletem. Już kilka osób mi wspominało, jak pięknie to wygląda i za każdym razem trafiałam na początek lub na samą koncówkę kwitnienia. Zatem tutaj miałam taką leką  namiastkę fioletowych połaci.



Oczywiście torfowe zbocza w zestawieniu z wrzosami, to coś wspaniałego.



Most, o którym napiszę w kolejnym poście.


Izabela, zaopatrzona w swoje krakersy, wędrowała całe kilometry bez jęczenia. Zachwycała się kamykami, krzaczkami i kwiatuszkami, że o robaczkach i wszelkich insektach nie wspomnę.




Były momenty, kiedy wkraczaliśmy w pustkę. Niby droga usypana, widoczny szlak spacerowy czy ścieżka rowerowa, ale wszędzie tylko odgłosy natury i nic więcej. No, może poza okrzykami naszych pociech.



W końcu zobaczyłam sitowie na żywo. Do tej pory tylko wyobrażałam je sobie, a tam, rosło wszędzie. Zdaje się, że to z tego, wczesną wiosną, Irlandczycy plotą krzyże Św. Brygidy.



Wzdłuż drogi płynęła sobie rzeczka; malutka, bo malutka, ale za to pięknie obrośnięta roślinnością:



Bardzo modernistyczny most, który posłużył nam jako miejsce odpoczynku i pikniku:



Każda rzecz na tym szlaku miała swoje miejsce i przeznaczenie. Nawet to żelastwo, między którym biega najmłodsza. Szerzej napiszę o nim w kolejnej notce, bowiem metalowa konstrukcja to rzeźba z przesłaniem:



Krótki odpoczynek na starym pniu:



Woda, lasy...



Niebo, trawy...



...i moja rodzina, gdzieś w oddali.



Pogoda znowu nam dopisała: bardzo ciepło, lekki wiaterek...



Dziewczyny zachwycały się pałkami wodnymi:



...których rosło całe mnóstwo. Połyskiwały brązem wśród morza zieleni:



Reczka kręciła zakolami, tworząc urocze zakątki:



Stara droga wiodąca na nieczynne już torfowisko:



I nasz krótki odpoczynek połączony z piknikiem







Przed oczmi Artura rozpościerał się taki widok:



I ostatni odcinek wycieczki - 6 km wśród lasów




W pewnej chwili Izabela poczuła chęć odpoczynku:


Obawialiśmy się, że najmłodsza nie pokona trasy, która w sumie liczyła 10km. Artur niósł ją jakieś 200 metrów, po czym mała pobiegła przed siebie.

Wkoło widać było już nadchodzącą jesień. Rośliny kołysały na wietrze kłosy na wpół puste, nasiona fruwały wkoło nas, gdzieniegdzie żółte liście brzozy wirowały w powietrzu.



Nie muszę chyba mówić, że dzieciaki poczuły napływ sił w momencie, kiedy ujrzały bliski koniec spaceru?



Spacer, wraz z odpoczynkami, zajął nam około 3 godzin, może troszkę więcej. Dzieciaki były zmęczone, my zadowoleni. Chciałabym pojechać tam raz jeszcze, ale nie sądzę, żeby to się udało. Zawsze, kiedy obiecuję sobie powrót w jakieś miejsce, nigdy do tego nie dochodzi.

środa, 11 września 2013

Brak słońca na dworze...



...ale wciąż mam je "zamknięte" w kwiatach, na zdjęciach.

W ramach szkolnych prac w poprzednim roku szkolnym, Monika siała nasiona słonecznika. Potem przyniosła wynędzniałą roślinkę do domu. Posadziliśmy ją w kącie ogrodu, nie dbaliśmy zbytnio - ot tak, żeby nie umarła i w końcu, w sierpniu, słonecznik zakwitł. Mały ten kwiat, niezbyt okazały, bo i nie doglądany należycie, ale cieszył oczy odblaskową niemalże żółcią.




Przypomniały mi się od razu słoneczniki w ogrodzie moich rodziców. Z dzieciństwa pamiętam olbrzymie, wysokie rzędy roślin, zwieńczone wielkimi kwiatami, które stopniowo pochylały się pod ciężarem wypełniających je ziaren.
U nas słonecznik jest mały, ale za to rozświetlił cały ogród.




Hippeastrum zaskoczyło mnie troszkę swoją ponowną gotowością do kwitnienia. Kiedy już pierwszy kwiat zaczął się rozwijać, wystawiłam pojemnik przed dom i tam białe kwiaty "czarowały" przechodzących swoim niezaprzeczalnym blaskiem.


Teraz hippeastrum już wróciło na swoje dawne miejsce, na tyłach ogrodu, żeby znowu zebrać siły i po odpowiednim potraktowaniu zakwitnąć w roku następnym.

niedziela, 8 września 2013

Lato minęło, a szafki nie są wykończone




Już w kwietniu wspominałam o szafkach nocnych, które wymagały trochę pracy. Póki co, minęły całe wakacje, a ja zdażyłam tylko wyszlifowac wszystko, co częściowo pokazałam już poprzednim razem. Udało mi się też kiedyś złapać dobrą pogodę i pomalowałam szafki jedną warstwą farby.




Ponieważ skusiłam się na jakąś tańszą farbę niż dulux, dostałam za swoje.




Farba nie dość, że śmierdząca nieznośnie, to jeszcze schła, i schła, i schła... Całe malowanie odbywało sie na zewnątrz, co w zestawienie z irlandzka pogodą, nie szło w parze. Potem pogoda nam dopisała, ale zaczęły się też wakacje, a co za tym idzie - dzieci w domu! Malowanie odeszło w zapomnienie.




Jedyne, co uważam w tej farbie za plus to to, że pokryła wszelkie nierówności blatu, a uwierzcie, było co wypełniać! Jeśli się dobrze przyjrzeć, to wciąż widać ciemniejsze plamy, które wymagaja przeszlifowania jeszcze raz i conajmniej dwukrotnego pomalowania.
Mam cichą nadzieję, że teraz, kiedy Izabela jest już dwa dni w przedszkolu, kiedy dzieci chodzą do szkoły i nie muszę 3/4 dnia spędzać na placach zabaw, wszystkie prace ruszą do przodu.
Nauczona doświadczeniem zaopatrzyłam się w ulubionego duluxa i czekam na moment.


piątek, 6 września 2013

*****












"Ćwicz swój wzrok. Po to został ci dany, abyś widział więcej i patrzył dalej"


                                                                                                                            /P. Coelho/







środa, 4 września 2013

Zaczęliśmy szkołę bardzo intensywnie



Rok szkolny już chwilunię trwa... Wrażenia?

Monika zadowolona chodzi do szkoły; nawet nie ma wielkich problemów ze wstawaniem po wakacyjnym leniuchowaniu do 9-tej. Dostała pierwszą nagrodę za piękne kolorowanie i liczy na to, że niedługo zdobędzie kolejną.

Gosia ma w tym roku szczególną nauczycielkę(co roku zmienia się tutaj nauczyciel, więc za każdym razem jest loteria, na kogo padnie). Już w wakacje doszły mnie słuchy i różne historie na temat tej pani. A to, że jest sroga i wymagająca(czego akurat nie żałuję) i że nawet najlepsi uczniowie sobie nie radzą, a to że złośliwa, a to że upierdliwa... nie wiem, nie miałam jeszcze przyjemności(wątpliwej, należy sądzić po opisach) spotkać tej "lady". Wiem na pewno, że blady strach padł na klasę,w tym na Gosię. Minęło jednakże 4 dni, jakoś dajemy radę. Pracy domowej jest sporo, ale ludzie! w PL miałam o niebo więcej i jakoś nie umarłam od tego. Czasem myślę, że tutejsi rodzice starają się usunąć każdą przeszkodę z drogi dziecka, nie pozwalają mu się przemęczać, za dużo uczyć, itp. Większość współczuje mojej córce, że ta, raz w tygodniu, jeździ do polskiej szkoły. Biedne, wymęczone dziecko! Tak, jest na pewno zmęczona, ale przeżyje.
Wracając do sprawy nauczycielki Gosi, to widzę tylko jeden problem: jeśli będzie w jakikolwiek sposób poniżać dzieci(tu chodzi mi osobiście o moje własne dziecię), to będziemy rozwiązywać sprawę. Jeśli problemem jest tylko dyscyplina, którą wprowadza w klasie i ilośc pracy... to damy radę. I cały czas powtarzam to mojej córce: najważniejsze, żeby znała swoje obowiązki i się z nich wywiązywała, a z resztą poradzimy sobie wspólnie.

Izabela zaczęła przedszkole. Wczoraj i dziś zaliczyła swoje pierwsze dwa dni. I tylko tyle będzie w tym roku na tydzień, bo i tak muszę to opłacić. W przyszłym roku zacznie pełen tydzień. Póki co, zadowolona wraca z przedszkola i szeroko opowiada o tym, co było i co ja spotkało. Samo przedszkole nie jest dla niej czymś nowym, bo chodziła tam po Monikę, poza tym nauczycielkę zna od strony prywatnej, jako że jest to moja koleżanka, która bywa w naszym domu. Izabela była niezmiernie oburzona, a nawet zagniewana, kiedy podczas wakacji Sheila nie zabrała jej do przedszkola!  Z wyraźnie okazanym żalem odwróciła się plecami do Sheili i poszła na górę, gdzie rozległ się płacz. Tak więc teraz będzie w końcu miała swoją wymarzoną panią, może nie tylko dla siebie, ale przynajmniej na dość długo.


Jutro jedziemy pierwszy raz w tym roku szkolnym do szkoły polskiej. Tym razem będą to czwartki. Mam nadzieję, że nie załamię się w trakcie i dotrwam do końca, do kolejnego czerwca! Może wydaje się to niektórym dziwne, ale ogarnięcie tego wszystkiego jest problematyczne. Gosia przybiega za szkoły irlandzkiej, ma pół godziny na szybki obiad, przebranie się i już śmigamy 25 kilometrów do szkoły polskiej. Tam spędza 2,5 godziny, ja w tym czasie robie zakupy(jeśli jestem z pozostałą dwójka dzieci, to jest to bardziej upierdliwe do ogarnięcia, jeśli jestem sama... to nawet przyjemne). W zimie modlę się o to, żeby nie było gołoledzi, kiedy wracamy w nocy do domu. Tylko dwa razy zdarzył mi się taki powrót w tamtym roku i nie chciałabym tego powtarzać. W domu - praca domowa ze szkoły irlandzkiej, kolacja, ogarnięcie spania, itp. Jedyną rzeczą, o której marzę takiego dnia, jest pójście do łóżka, bo naprawdę padam na pysk!
Zatem... trzymajcie kciuki, żebyśmy wytrwali. Wszyscy.




wtorek, 3 września 2013

Zanim skończyło się lato...





...pojechałyśmy z dziewczynami na jeżyny. Były piękne, soczyste i oblepiały gałęzie do tego stopnia, że nie można było ruszyć się z jednego miejsca.
Zabrałam ze sobą dwa dwulitrowe pojemniki, ale już po 15 minutach były pełne. Zaczęłyśmy więc jeść jeżyny prosto z krzaka.



A tu tylko jedna z gałązek - zapowiedź dalszych obfitych zbiorów.


Może w tym tygodniu w sobotę wybierzemy się znowu? 




niedziela, 1 września 2013

Zmiany czasem widać dopiero przy porównaniu




Ostatnio wyjęłam nowe materiały i zdekatyzoowałam je tak na wypadek jakiegoś... natchnienia? Wisiały sobie w ogrodzie i schły:




I wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo zmienił się nasz tylny ogród. Jest zielono, jest trawa, kwiaty... Tak, bałagan dzięcięcy też, ale to jakby normalne.


Cztery lata temu wyglądało to tak:





Brak trawy, błoto, chwasty.... porażka. Myślałam, że nigdy z tym sobie nie poradzę.




A ogród frontowy miał się tak:





Gdy tymczasem obecnie kwitnie całą pełnią. I kto by pomyślała, że wszystko aż tak się zmieniło?



Dopiero przejrzenie dawnych zdjęć, uświadomiło mi ten ogromny krok do przodu!