Ponieważ lubimy sobie pospacerować, szczególnie w lekko dzikich okolicznościach przyrody, staramy się zawsze znaleźć miejsca, gdzie będziemy mogli spędzić kilka godzin na włóczeniu się między łąkami, lasami czy innymi atrakcjami natury.
Takim idealnym miejscem jest Lough Boora Parkland. Kto życzy sobie znaleźc informacje, wystarczy kliknąć na nazwę.
Jak można określic to miejsce najkrócej? Miłośnicy spędzania czasu na wolnym powietrzu na pewno znajda tu coś dla siebie. Można wybrać się na spacer, pojechać rowerem(wypożyczalnia rowerów funkcjonuje na miejscu; są też przyczepki dla dzieci), łowić ryby...Są oczywiście stoliki piknikowe, są trasy przewidziane na dłuższe i krótsze wycieczki. Wszystko to na terenie torfowiska...
Jest oczywiście możliwość poznania historii sprzed wielu lat(tam nie dotarliśmy, niestety), jest też coś dla oka i duszy - rzeźby - dość modernistyczne w mojej opinii; o sztuce opowiem następnym razem. Dziś zapraszam na spacer przez wrzosowiska.
W końcu zobaczyłam trochę więcej wrzosów, niż tylko kilka krzaczków. Śmieszne to może, ale po tylu latach na Wyspie, wciąż nie mogłam trafić na moment, kiedy Góry Wiclow są pokryte fioletem. Już kilka osób mi wspominało, jak pięknie to wygląda i za każdym razem trafiałam na początek lub na samą koncówkę kwitnienia. Zatem tutaj miałam taką leką namiastkę fioletowych połaci.
Oczywiście torfowe zbocza w zestawieniu z wrzosami, to coś wspaniałego.
Most, o którym napiszę w kolejnym poście.
Izabela, zaopatrzona w swoje krakersy, wędrowała całe kilometry bez jęczenia. Zachwycała się kamykami, krzaczkami i kwiatuszkami, że o robaczkach i wszelkich insektach nie wspomnę.
Były momenty, kiedy wkraczaliśmy w pustkę. Niby droga usypana, widoczny szlak spacerowy czy ścieżka rowerowa, ale wszędzie tylko odgłosy natury i nic więcej. No, może poza okrzykami naszych pociech.
W końcu zobaczyłam sitowie na żywo. Do tej pory tylko wyobrażałam je sobie, a tam, rosło wszędzie. Zdaje się, że to z tego, wczesną wiosną, Irlandczycy plotą krzyże Św. Brygidy.
Wzdłuż drogi płynęła sobie rzeczka; malutka, bo malutka, ale za to pięknie obrośnięta roślinnością:
Bardzo modernistyczny most, który posłużył nam jako miejsce odpoczynku i pikniku:
Każda rzecz na tym szlaku miała swoje miejsce i przeznaczenie. Nawet to żelastwo, między którym biega najmłodsza. Szerzej napiszę o nim w kolejnej notce, bowiem metalowa konstrukcja to rzeźba z przesłaniem:
Krótki odpoczynek na starym pniu:
Woda, lasy...
Niebo, trawy...
...i moja rodzina, gdzieś w oddali.
Pogoda znowu nam dopisała: bardzo ciepło, lekki wiaterek...
Dziewczyny zachwycały się pałkami wodnymi:
...których rosło całe mnóstwo. Połyskiwały brązem wśród morza zieleni:
Reczka kręciła zakolami, tworząc urocze zakątki:
Stara droga wiodąca na nieczynne już torfowisko:
I nasz krótki odpoczynek połączony z piknikiem
Przed oczmi Artura rozpościerał się taki widok:
I ostatni odcinek wycieczki - 6 km wśród lasów
W pewnej chwili Izabela poczuła chęć odpoczynku:
Obawialiśmy się, że najmłodsza nie pokona trasy, która w sumie liczyła 10km. Artur niósł ją jakieś 200 metrów, po czym mała pobiegła przed siebie.
Wkoło widać było już nadchodzącą jesień. Rośliny kołysały na wietrze kłosy na wpół puste, nasiona fruwały wkoło nas, gdzieniegdzie żółte liście brzozy wirowały w powietrzu.
Nie muszę chyba mówić, że dzieciaki poczuły napływ sił w momencie, kiedy ujrzały bliski koniec spaceru?
Spacer, wraz z odpoczynkami, zajął nam około 3 godzin, może troszkę więcej. Dzieciaki były zmęczone, my zadowoleni. Chciałabym pojechać tam raz jeszcze, ale nie sądzę, żeby to się udało. Zawsze, kiedy obiecuję sobie powrót w jakieś miejsce, nigdy do tego nie dochodzi.