wtorek, 19 marca 2013

Różne różności









Zebrało się sporo rzeczy do napisania, ale czas mi jakoś tak szybko uciekał. 

Pomalowałam w końcu kuchnię i jadalnię. Wybrane zostały dwa kolory: delikatna zieleń i żółty. Bałam się trochę efektu, mimo, że zakupiłam próbki i spawdziłam na ścianie. 





Najpierw wydzieliłam przestrzenie dla koloru zielonego i nim pomalowałam ściany. Kiedy już schła druga warstwa, padł na mnie blady strach. Kolor wydał mi się zbyt ciemny, jakiś taki przytłaczający. Nie wzięłam poprawki na to, że dopiero co skończyłam malowanie, a poza tym dzień był pochmurny i wyjątkowo ponury. Wszystko to dało obraz dość ponury.




Dopiero następnego dnia, kiedy rano weszłam do kuchni, negatywne emocje opadły. I pomyśleć, że poprzedniego dnia chciałam wsiadać do samochodu i jechać po neutralną "magnolię", która zakryłaby cały ten niewypał.





Dopiero jakieś dwa tygodnie później, kiedy moja siostra przyjechała do nas na krótki relaks, pomalowałyśmy resztę ścian na żółto. Tak, tak, u mnie zazwyczaj odpoczynek jest dość aktywny. Dana malowała i malowała - dodam, że pierwszy raz w życiu. 


Kiedy już pomieszczenia lśniły nowością, wpadł mi w ręce taki obrazek:




Wpasował się koło filiżanek, ale nie wykluczam, że znajdzie swoje miejsce koło wnęki okiennej, która jeszcze nie doczekała się malowania:)



W międzyczasie powstawały małe ozdoby. Styropianowe jajka otulam materiałem, dodaję jakąś wstążkę i już mam zawieszkę. 

Wybrałam się też z dziewczynami do lasu po bukszpan. Rośnie go u nas pod dostatkiem, tak na dziko. Gałązki ma niesamowicie długie, jako że większość czasu "biegną" one w kierunku światła, którego mają mało. 
Skoro już przyniosłam bukszpan, uplotłam z niego wianki:



Zawisiłam nad drzwiami jadalni i pokoju dziennego. Na razie są dość surowe - tylko koronka lub wstążka.



Sama nie wiem, czy jeszcze coś do nich dodam. Taka surowość też ma swój urok. 



Nie moge powiesić ich na całej długości futryny, bo zostana pozwalane, zawisło ich zatem tylko kilka. 




Od momentu, kiedy nabyłam klejownicę, moje możliwości znacznie wzrosły. Mogę kleić, mocować i wyczyniac cudeńka z pomocą silikonu. Powstają więc kolejne rzeczy, które nabierają mocy przed prezentacją. 
Dziś dokleiłam w końcu kolorowe nitki do pisanek i mogły one zawisnąć na sercu z wikliny - nie papierowej, nie - jakoś mi z nią nie po drodze. Dodałam tylko malutkie bukszpanowe koło, wstążkę i gotowe.





Kończę jeszcze kilka prac, ale czy wyrobię się z nimi przed świętami? Tego nie wiem.

poniedziałek, 18 marca 2013

Ozdoby






Zebrało się sporo rzeczy do napisania, ale czas mi jakoś tak szybko uciekał. 

Pomalowałam w końcu kuchnię i jadalnię. Wybrane zostały dwa kolory: delikatna zieleń i żółty. Bałam się trochę efektu, mimo, że zakupiłam próbki i spawdziłam na ścianie. 





Najpierw wydzieliłam przestrzenie dla koloru zielonego i nim pomalowałam ściany. Kiedy już schła druga warstwa, padł na mnie blady strach. Kolor wydał mi się zbyt ciemny, jakiś taki przytłaczający. Nie wzięłam poprawki na to, że dopiero co skończyłam malowanie, a poza tym dzień był pochmurny i wyjątkowo ponury. Wszystko to dało obraz dość ponury.




Dopiero następnego dnia, kiedy rano weszłam do kuchni, negatywne emocje opadły. I pomyśleć, że poprzedniego dnia chciałam wsiadać do samochodu i jechać po neutralną "magnolię", która zakryłaby cały ten niewypał.





Dopiero jakieś dwa tygodnie później, kiedy moja siostra przyjechała do nas na krótki relaks, pomalowałyśmy resztę ścian na żółto. Tak, tak, u mnie zazwyczaj odpoczynek jest dość aktywny. Dana malowała i malowała - dodam, że pierwszy raz w życiu. 


Kiedy już pomieszczenia lśniły nowością, wpadł mi w ręce taki obrazek:




Wpasował się koło filiżanek, ale nie wykluczam, że znajdzie swoje miejsce koło wnęki okiennej, która jeszcze nie doczekała się malowania:)



W międzyczasie powstawały małe ozdoby. Styropianowe jajka otulam materiałem, dodaję jakąś wstążkę i już mam zawieszkę. 

Wybrałam się też z dziewczynami do lasu po bukszpan. Rośnie go u nas pod dostatkiem, tak na dziko. Gałązki ma niesamowicie długie, jako że większość czasu "biegną" one w kierunku światła, którego mają mało. 
Skoro już przyniosłam bukszpan, uplotłam z niego wianki:



Zawisiłam nad drzwiami jadalni i pokoju dziennego. Na razie są dość surowe - tylko koronka lub wstążka.



Sama nie wiem, czy jeszcze coś do nich dodam. Taka surowość też ma swój urok. 
 



Nie moge powiesić ich na całej długości futryny, bo zostana pozwalane, zawisło ich zatem tylko kilka. 




Od momentu, kiedy nabyłam klejownicę, moje możliwości znacznie wzrosły. Mogę kleić, mocować i wyczyniac cudeńka z pomocą silikonu. Powstają więc kolejne rzeczy, które nabierają mocy przed prezentacją. 
Dziś dokleiłam w końcu kolorowe nitki do pisanek i mogły one zawisnąć na sercu z wikliny - nie papierowej, nie - jakoś mi z nią nie po drodze. Dodałam tylko malutkie bukszpanowe koło, wstążkę i gotowe.





Kończę jeszcze kilka prac, ale czy wyrobię się z nimi przed świętami? Tego nie wiem.

czwartek, 14 marca 2013

Renault wydał ostatnie tchnienie






We wtorek mój ukochany samochód wydał ostatnie tchnienie. Mam złamane serce. Do tej pory myślę o tym, że już nie usiądę za kierownicą mojego renault.


Zdjęcia archiwalne, były robione jeszcze kiedy jeździł, jeszcze kiedy miałam pewne plany co do jego przyszłości:


Sama go na ogół myłam, polerowałam i dopieszczałam:


Przywracałam blask czarnym elementom obudowy...



W tym kraju moje auto to staruszek, który już dawno powinien przejśc na emeryturę - czyli pójść na złom. Dla mnie był cennym nabytkiem, bo dał mi wolność. Zawsze kochałam samochody, uwielbiałam jeździć i tu dostałam tę szansę, a w dodatku współpracowało się nam świetnie. 




Nigdy mnie nie zawiódł; nie zatrzymał się w środku nicości, na polnej drodze, bo coś wysiadło. Dbałam o niego, a on jeździł. Przeprowadził cały nasz dom, przywiózł wiele mebli z ikei, ładowałam do niego drewno, płyty, cement; nawet sąsiedzi skorzystali kilka razy z jego ogromnej przestrzeni wewnętrznej i przewozili meble, które w zwyczajny osobowy samochód nie miały szansy wejść. Myślę, że odwdzięczył się wystarczająco.

W tej chwili stoi nieco krzywo zaparkowany na swoim miejscu - został tam po prostu wepchnięty - co mnie irytuje za każdym razem, kiedy przechodzę. Czeka na swoją ostatnią podróż na złomowisko.



Wiadomość rozeszła się wśród sąsiadów i już dostałam propozycję kupna opon, szyby, może lamp... Jeśli faktycznie dojdzie do takich małych transakcji, to odwiozę auto rozkompletowane:)


Przeniśliśmy moje ubezpieczenie z renault na hondę, odwołaliśmy termin przeglądu technicznego i jeszcze chwilkę poczekamy.


A ja zostałam z hondą... 

sobota, 9 marca 2013

Książki





...i znowu zeszłam na złą drogę, bo zamiast patrzeć na zasobność kieszeni, popatrzyłam na promocję, którą mi zaproponował. Nie mogłam odmówić.

Zasypana będę niedługo książkami tak, że nie wiem, kiedy się spod nich wygrzebię. Piszę "niedługo", bo książki dopiero przylecą z Polski. 

W tej chwili cieszę się tylko jedną, która dotarła tu z moją koleżanką:





Zaczęłam już ją czytać. Po trochu, ile sił starczy późnym wieczorem.



U mojej mamy leżakują, (nie tak zupełnie, bo wiem, że już część została przeczytana):


      




      



A w najbliższym czasie dojadą:


   




Tak. Merlin dał zniżkę na część pozycji z wydawnictwa "Znak", a ponieważ te akurat książki znalazły się w mojej przechowalni, na-ten-tychmiast zostały zakupione. I znowu jesteśmy ubożsi o ileś tam euraków.

środa, 6 marca 2013

Po wielu latach...






...,moja przyjaciółka z czasów studiów, w końcu nas odwiedziła. Jechała do mnie jak sójka za morze. Dotarła. Wybrała sobie niezbyt korzystny czas, bo okoliczności przyrody są, nazwijmy rzecz po imieniu, niezbyt zachęcające do wszelakich spacerów.

Przyroda się budzi, owszem, ale do pełni rozkwitu brakuje kilku tygodni.


Wybrałyśmy się do parku w Emo - oczywiście, jakżeby inaczej:) 




Majestatyczne drzewa wciąż bez liści, ale też mają swój urok, urok zagwarantowany przez ich długowieczne piękno.


Gałęzie, jeszcze bezlistne, malowały piękne obrazy na tle błękitnego nieba. Jak się temu oprzeć?



Ja zrobiłam tylko kilka fotek, w końcu ileż razy można fotografować to samo? Koleżanka trzaskała foty jedna za drugą.


Jezioro skusiło mnie swoją barwą, kiedy tak pięknie odbiło kolor nieba. Wyjęłam aparat, a Ania(bo ona też nosi to piękne imię) wykańczała baterię w swoim sprzęcie.





Pojechałyśmy nad jezioro na torfowiskach; wszystko jeszcze bledziutkie i niepewne:




Plus ogromny: brak ludzi, cisza i spokój. 

Trawy i turzyce jeszcze straszą - a może właśnie nie - resztkami z zeszłego roku, szumiącymi w podmuchach wiatru... stąpa sie tylko po mchu, który ugina się pod stopami.



Zaliczyłyśmy też ruiny koło Portlaoise i wieżę koło stacji ciśnień w Portarlington - tego jeszcze Wam nie pokazywałam. 


Czas spędziłyśmy naprawdę miło, a pogoda starała się ze wszystkich sił. Przez całe 5 dni pobytu Ani, nie spadła ani jedna kropla deszczu. Trochę próbowało mżyć, nawet może nie, bo "mżawka" to za mocne słowo. Przez chwile spadała lekka mgiełka, ledwo wyczuwalna na twarzy.


Nagadałyśmy się ile tylko można. Byłyśmy w najlepszym pubie w naszym miasteczku. Ania poznała kilka osób, miała okazję porozmawiać z rdzennymi mieszkańcami. 
Spróbowała lokalnych wyrobów, które na ogół jej smakowały. Żałowała okropnie, że nie może zobaczyć Irlandii w pełni rozkwitu(ale to jeszcze przecież przed nią) i obiecywałą sobie, że wrócą tutaj z rodziną, tylko już w lepszej dla turystów, porze roku.


Ja z kolei, miałam okazję odwiedzić miejsca, które znam(pewnie jeszcze nie raz tam pojadę) i przekonać się, że czas zmienił nas trochę, ale nei na tyle, żeby zniszczyć to, co nas kiedyś łączyło. 

sobota, 23 lutego 2013

Chwalimy się





Nie siebie, nie. Musze się pochwalić swoimi dziewczynami i ich osiągami w szkole. 


Otóż, jak co roku o tej porze, "przydarzyło się" nam spotkanie z nauczycielkami córek, czyli tzw. polska wywiadówka. 

Do Gosi poszliśmy we dwoje, jakoś tak wyszło. Najpierw pomyliłam godziny spotkania z nauczycielką Moniki i Gosi. Artur poszedł do Moniki, bo według mnie, miało to być pierwsze. Dzwoni do mnie i pyta czy na pewno, bo na liście wiszącej na drzwiach ma wejść za ok. 50 min. Zostawiłam więc całą trójkę dzieci w samochodzie, na parkingu szkolnym(przezornie zamykając auto, żeby ich ktoś nie ukradł, choć, jak moja siostra twierdzo, to niemożliwe; nawet gdyby tak się stało, za pół godziny porywacz sam by nas znalazł i błagał o zabranie dzieci:)) Pobiegłam do szkoły, sprawdzam listę na drzwiach Gosi klasy, a tam jak wół stoi, że to już!!! mam spotkanie. Szybki telefon do Artura, który już i tak szedł do nas. I tak oto znaleźliśmy się we dwoje na tym samym spotkaniu. 
Dzieci zabrałam z samochodu, jakby się ktoś pytał; bałam się o całość auta:) Starsze dziewczyny czekały na korytarzu, a najmłodsza uczestniczyła aktywnie w spotkaniu, roznosząc po klasie pomoce naukowe, a nawet zjadając jedną z nich(rożek do lodów, który służył jako przykładowy stożek).

Czego dowiedzieliśmy się na temat postępów naukowych Gosi?

Otóż zebrała 97% w testach z irlandzkiego, 88% z matematyki(tu nauczycielka wyjaśniła, że spodziewała się znacznie więcej, ale ze względu na opuszczone dni: złamana ręka, wyjazd do Polski i choroba, po prostu nie załapała się na część materiału, który był tylko na lekcjach). Język angielski zaliczyła na 7 punktów, co oznacza, że zalicza się do poziomu ponadprzeciętnego. Generalnie nauczycielka jest bardzo zadowolona z osiągnięć, a Małgosia zalicza się do tych najlepszych w klasie.


Na spotkanie z nauczycielką Moniki poszedł już sam Artur; nie chciałam, żeby Izabelka poroznosiła pomoce w kolejnej klasie, czy zjadła coś jeszcze. W końcu szkoła obciążyłaby nas kosztami.


Monika nie ma problemów w nauce, łapie wszystko bardzo szybko i... nudzi się na lekcjach, więc bawi się lub przeszkadza. Tu zachowanie niestety, ale jest do poprawki. Za to nie uczestniczy w dodatkowych lekcjach angielskiego dla dzieci z innych krajów, ponieważ nauczycielka stwierdziła, że nie jest jej to potrzebne. 
Od siebie dodam jeszcze, że około dwóch tygodni temu, Monika zaczęła czytać pierwsze zdania, a z okazji Dnia Babci i Dziadka, własnoręcznie podpisała dwie czy trzy karty! 


niedziela, 17 lutego 2013

17 luty po raz ósmy








17 luty po raz ósmy



Gosia skończyła dzisiaj osiem lat. Świętowaliśmy w zaciszu domowym, w pidżamach, na spokojnie.


Wczoraj zrobiłam tort, żeby przez noc stężał w lodówce:




Rano wszystkie trzy(że Gosia, to zrozumiałe) nie mogły doczekać się uroczystości zapalenia świeczek, a przede wszystkim, napoczęcia ciasta:



I nadeszła ta chwila....



...potem pierwsze cięcie...




I gładka powierzchnia tortu zniknęła, odsłaniając swe czekoladowe wnętrze:



Nad wieczorem została ćwiartka ciasta. Tym razem ja zjadłam tylko jeden kawałek; reszta to sprawa Dzieci, mojej siostry i Artura:)




Gosiu, życzymy Ci spełnienia marzeń! Życzymy Ci, abyś spotykała małe szczęścia każdego dnia!!!

                                                                                                                     






                                                                                                                        rodzice