poniedziałek, 18 lipca 2011

W końcu udało się...

...i wzór jest taki, jaki powinien być.


Tym razem zrobiłam go z podwójnej nitki, wybrałam też grubsze druty:



Do tego dołożyłam dwa rzędy, które poprzednio jakoś nie wydawały mi się konieczne, a które decydują o wyglądzie. Czy prawidłowym? To już kwestia upodobań. Poprzednia próbka też była ok, ale ja chciałam osiągnąć konkretny efekt, stąd moje dalsze podejścia.





Wzór jest bajecznie prosty i według mnie efektowny.


To, co podoba mi się w szczególności, to jego mięsistość:

niedziela, 17 lipca 2011

Jerpoint Abbey



Druga część wycieczki do hrabstwa Kilkenny. O zamku w mieście Kilkenny już pisałam; zaraz po pikniku spakowaliśmy się i pojechaliśmy do opactwa Jerpoint. 


W wielu przewodnikach opisane jest jako jedno z najbardziej imponujących i uroczych miejsc, pozostałych po opactwach Cystersów. Klasztor został ufundowany w 1158r dla Benedyktynów, dopiero potem zasiedlili go Cystersi. 
Trójnawowy kościół otaczają budynki gospodarcze, refektarz, dormitorium. Wokół części środkowej - jakby podwórza - biegną przepiękne krużganki.

Wszystko to oczywiście tworzy malowniczą ruinę, odwiedzaną dość często przez turystów. Tylko podczas naszej wizyty przeszły dwie grupy z przewodnikami, którzy szeroko opowiadali o historii klasztoru i okolic. My oczywiście z przewodnika nie skorzystaliśmy(przerabialiśmy to w jaskiniach), bo nie było sensu. Pochodziliśmy sami, pooglądaliśmy. Podczas tej wędrówki, zajrzałam przez wąziutką, wysoką szczelinę w murze - wywietrznik zapewne - w głąb ciemnego pomieszczenia. Zobaczyłam niewiele w nikłym świetle, ale owiał mnie zapach wilgoci i starości. Od razu w mojej głowie pojawiły się migawki z dzieciństwa, z wizyt w starych spichlerzach, czy zawilgoconych budynkach. I to wspomnienie "oswoiło" trochę te ruiny.


Nie wiem, czy określiłabym to miejsce imponującym i niezwykle urokliwym? Widziałam takie, które zrobiły na mnie większe wrażenie, ale oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia.


Z wejścia klasztor wygląda tak:





Budowle łączą w sobie styl romański i gotycki. Gotyk szczególnie uwidacznia się w pięknych łukach sklepienia, które pokażę na jednym ze zdjęć. Widać go także w części okien. 


Zanim wejdziemy do środka, mijamy stary cmentarz:




...i już jesteśmy w kościele, a w zasadzie w jego ruinach:



To jedna z bocznych naw; moją uwagę zwróciła grubość murów - imponujące! Piękne były rzeźbienia na kolumnach, łukach, czy innych elementach budowli.


Krużganki robiły wrażenie:



Tutaj rzeźbienia zachowały się tylko na niektórych kolumienkach; reszta została zniszczona, a potem zastąpiona zwykłymi, gładkimi słupkami.





Widok na część kościelną:




W kościele zachowało się sporo płyt nagrobnych; jako ciekawostkę przewodnicy pokazują płyty nagrobne dwóch rycerzy z XIIIw.





W końcu obiecane łuki sklepienia:



Oczywiście jak najbardziej porośnięte grzybem, ale tutaj to chyba nikogo nie dziwi, a nawet zaryzykowałabym stwierdzeniem, że nie przeszkadza. Pleśń na murach, w domach - nawet tych współczesnych - jest jakby nieodłącznym elementem:) 




Uwielbiam gotyk za tę strzelistość, smukłość, lekkość. Pierwszy raz zetknęłam się z nim w zamku w Malborku. Wywarł on na mnie niezapomniane wrażenie.

I ostatnie zdjęcie:




Rzeźbienia są zachwycające! 


Zdjęć z wycieczki przywieźliśmy całe mnóstwo; wiele na nich węzłów celtyckich i innych typowych dla Irlandii motywów, ale już nie będę zamęczać Was kolejnymi ujęciami.

czwartek, 14 lipca 2011

Ogólne rozleniwienie a może coś innego?



W każdym razie jakoś zebrać się nie mogę, żeby napisać o Clonmacnoise i Glendalough. Zwykle piszę coś tytułem wstępu, żeby było wiadomo co to za kolejna ruinka pojawi się na zdjęciach, a teraz właśnie ten wstęp ani za mną, ani przede mną. Co mówić o reszcie? 

Mój dawny aparat cyfrowy jest dobry. Rodzice wzięli go do PL, żeby sprawdzić i okazało się, że to nie matryca, tylko zablokowanie kart nastąpiło. Ponieważ przez tyle lat, nigdy coś takiego mnie nie spotkało, to i nie wiedziałam, że takie cuda się zdarzają. Teraz będziemy mieć dwa ustrojstwa:) W sumie dobrze, bo przywykłam do swojego starego aparatu i ciężko mi było na duszy, kiedy myślałam, że umarł na amen. Jest mały, poręczny, ale też taki, że czuje się jego wagę w ręku:) Takie właśnie rzeczy lubię. Podobnie mam z komórkami: nigdy nie mogły być mikroskopijne(owszem małe, ale nie takie, że zamkniesz w dłoni) i należeć do wagi piórkowej, bo to mi się nie podobało. Teraz, kiedy wiem, że da się moją cyfrówkę  odratować, czekam z niecierpliwością na jej powrót:)


Dalej jestem na diecie. Nie mam pojęcia ile czasu, bo przyznam, że nie liczę dni i tygodni. Jem to co lubię, nie czuję ssania i tak może być. Jakieś 3 tygodnie temu zmieniłam rozmiar ubrań. W końcu weszłam w to, co nosiłam na studiach. Przyznam, że jestem zadowolona, bo nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedyś jeszcze założę te wszystkie spódnice. W niektórych jeszcze przydałoby się ok. 1cm luzu, ale to już drobnostka. Minus jest taki, że część ubrań musze odłożyć - mam na myśli oddać lub cokolwiek z nimi zrobić, żeby nie było ich "na wszelki wypadek". 
Z przyjemnością zakupiłam sobie nowe dżinsy i kilka bluzek, tudzież sweterków. I oby tak dalej.


W robótkach na razie zastój. Od dwóch miesięcy leży szydełkowa serweta i czeka zmiłowania, ale jakoś nie znajduję czasu, żeby ją zblokować. Leżą pocięte pasy na kolejne bordery z kwadratów do mojej "prawie skończonej" narzuty. Wszystko czeka...



...ja tymczasem zagłębiam się w ilustrowany przewodnik po Irlandii, który nabyłam droga kupna w naszym charity shop, za całe 2 euro. Jest niesamowicie szczegółowy, a w połączeniu z przewodnikiem Pascala, tworzą naprawdę niezły duet.

środa, 13 lipca 2011

Coś nowego...




...w słowniku Izabeli. 

Wczoraj zaczęła sobie powtarzać bababababa, potem powoli, ba, ba, ba,ba...

O kurczę! - pomyślałam - mówi tata, baba, dada, nawet żeby possać, mówi cici, a mama wciąż jest dla niej czymś poza granicami możliwości! Toż to wynalazek jakiś!


Po jakimś czasie zaczęła też powtarzać sobie pod nosem mamamama, ale oczywiście tak bezmyślnie:) Nic to, kiedyś powi mi mama.

niedziela, 10 lipca 2011

Wakacje




Tak, wakacje trwają już od ponad tygodnia i my zaczęliśmy je dość intensywnie. Przez 10 dni gościliśmy moich rodziców, jeździliśmy w okolicę, tę najbliższą i trochę dalszą, a nawet bardziej dalszą:))

Wczoraj odwiedziliśmy jeszcze Clonmacnoise i dzięki uprzejmości naszych znajomych mamy zdjęcia! Tu należą się podziękowania Asi i Arturowi, którzy oddali nam swój aparat na cały dzień - dziękujemy! 

Brak aparatu może nie byłby aż tak wielkim problemem dla nas tylko, w końcu zawsze można pojechać drugi raz na tę samą wycieczkę, ale moi rodzice tak szybko pewnie nie przyjadą do Irlandii po raz kolejny, stąd to parcie na fotki.
Pogoda dopisała, było fantastycznie; siostra miała okazję pobawić się innym aparatem. W sumie sprzęt z tej samej firmy, co nasz umarlak - Fuji, ale już trochę inny. 
Generalnie wyprawa udana, a o wszystkim tym napiszę następnym razem i wtedy będzie więcej szczegółów i zdjęć oczywiście.


Dziś wczesnym rankiem - o zabójczej dla mnie porze(dlaczego loty aerlingusa do Wa-wy są tak wcześnie???), rodzice pojechali na lotnisko. Odwiózł ich małżon. Siostra i ja już nie mogłyśmy usnąć, a potem powieki same opadały.

Mam nadzieję, że rodzice miło spędzili czas; na pewno aktywnie, bo poza wyprawami dziewczynki też dawały czadu i próbowały z babci i dziadka "wycisnąć" ile się da:)



Teraz z innej beczki. Jak się pewnie część z Was domyśla, bez aparatu długo nie wytrzymamy. Już mamy upatrzony model - znowu Fuji. Poprzedni to był F10, tym razem S4000HD:






Zdjęcia pochodzą ze strony pixmania.ie  


To co mi się podoba w tym cacku - poza możliwościami i ceną, to duży wyświetlacz. Taki sam miałam w poprzednim aparacie i uważam, że to duży plus. W PL opinii na jego temat nie ma, tutaj pojawiło się kilka. Chyba zdecydujemy się, bo akurat rzucili go w letnią promocję. 


Oczywiście to jeszcze nie jest decyzja podjęta na 100%, ale tak na 95% 


Powoli zaczynam kompletować mundurek i książki dla Gosi: wpłacam depozyt, zamawiam to, co mi potrzeba, a potem ratami spłacam sobie całą kwotę. Całkiem wygodne rozwiązanie i nie rujnujące kieszenie w jednej chwili.


I to na tyle dzisiejszego wieczoru... 

czwartek, 7 lipca 2011

Padł, w końcu padł



... mój aparat cyfrowy. Wytrzymał prawie 6 lat intensywnego użytkowania i dziś umarł w ciszy. Tak mi się wydaje, bo już nie zapisuje zdjęć, nie odczytuje jednej z kart pamięci, nie chce robić nic. 

Jutro jeszcze sprawdzę w zakładzie, ale nie łudzę się zbytnio. 


W związku z powyższym, jakże niefortunnym zdarzeniem, zdjęć nie będzie przez dłuuugi czas, bo nie stać mnie w tej chwili na kupno nowego sprzętu. Szkoda, bo czas płynie i chwile umykają, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę.  

Chciałam jeszcze pojechać w sobotę do Clonmacnoise, ale nie wiem czy dojdzie to do skutku. Nawet jeśli, to już nie pokażę Wam tamtych miejsc.

środa, 6 lipca 2011

Cisz... spowodowana wizytą...



...moich rodziców. 

Po raz pierwszy, od kilku lat, moi rodzice przyjechali do Irlandii w celach wypoczynkowo-turystycznych. Nie po to, żeby pomóc, bo urodziłam dziecko, czy dlatego, że jestem w ciąży i właśnie się przeprowadzam:)


Trzeba przyznać, że pogoda nam dopisuje; od tygodnia mamy lato, dopiero dziś zaczęło padać. Chyba przywieźli, tak jak znajomy Irlandczyk prosił, butelkę słońca i wylali na niebo. 

Jeździliśmy głównie w miejsca, które my znaliśmy z poprzednich wizyt. Ale też wczoraj wybraliśmy się na większą wyprawę - dwoma autami - do Glendalough w Co. Wiclow. 

Więcej o tym miejscu napiszę innym razem, dziś tylko kilka zdjęć.


Góry Wiclow:




Glendalough:








Izabela też próbowała się wspinać:












Tu już Heywood Gardens:





...i moja próba oswojenia lwa:




Wieczorny spacer do Emo:




Wodospad w Slieve Bloom Mountains:




I na koniec ruiny Rock of Dunamaise:





Zostało nam kilka dni, więc jeszcze gdzieś się wybierzemy.