wtorek, 19 kwietnia 2011

Castlecomer, Co. Kilkenny


Taki był właśnie tytuł naszej niedzielnej wycieczki. Początkowo planowaliśmy jechać prosto do Kilkenny, do zamku. Po drodze jednak zobaczyliśmy znaki do Discovery Park w Castlecomer(właśnie to mi się podoba w tym kraju - pełno znaków, które kierują cię do ciekawych miejsc;jadąc gdzieś, zawsze możesz wstąpić do innego, ciekawego miejsca po drodze). Zatem, po chwili namysłu, skręcilismy właśnie tam.


Cóż to za miejsce? 


Jest muzeum, gdzie można oglądać odciski roślin i zwierząt w węglu. Zapewne ciekawe, ale dla nas, dorosłych, nie dla 3-6-latków. Zrezygnowaliśmy z tego punktu. Jest centrum zabaw dla dzieci, są oczywiście restauracje, sklepy z rzeczami ręcznie robionymi(srebrna biżuteria, gliniane naczynia, itp). W sklepie ze srebrem Artur wypatrzył piękne szachy - w ksztalcie Wikingów, rzeźbione oczywiście w srebrze i kosztujące jedynie 3,5 tys, euro:) Cóż, pomarzyć może...


Co poza tym? Jest jezioro, gdzie fascynaci łowienia mogą pójść i powędkować sobie, przy czym nawet zabrać do domu 2 złowione przez siebie ryby. W jeziorze są pstrągi(nie wiem jakie, bo na rybach, zwłaszcza słodkowodnych, kompletnie sie nie znam), być może coś jeszcze.


To wszystko, co opisałam powyżej, mało nas interesowało. My wybraliśmy się na spacer. Na mapie pokazanych jest kilka tras, o różnej długości i stopniu trudności. Wybraliśmy 3km, ze względu na dzieci. Myśleliśmy, że nie przejdą innej trasy. Muszę jednak przyznać, że wśród drzew i pięknych widoków, trasa bardzo się skraca. Oczywiście moje córki wciąż były pełne energii i pobiegły na plac zabaw - niezwykle interesujący, bo inny niż te spotkane do tej pory. 
Tak myślę, że spokojnie mogliśmy wybrać szlak 7km. Być może wtedy padłyby ze zmęczenia.

Teraz kilka fotek. 




Początek spaceru. Rankiem zapowiadał się ciepły dzień, stąd moja lekka narzutka:) Na miejscu okazało się, że jest chłodniej, mimo to Monika zaraz zdjęła swój sweterek.





Uroczy domek nad wodą. Z tej wysokości wyglądał niesamowicie malowniczo.





Ta część jeziora zamknięta jest dla psów, nawet tych na smyczy. Tu ma panować cisza i spokój ze względu na ptactwo wodne.




Skaliste zbocze nad jeziorem.




Takich rzeźb w drewnie jest już tylko 6 w całym parku(było 12). Kto ma ochotę może szukać.





Powyżej widoki wkoło tego cichego jeziorka. Zbocza porośnięte drzewami, teraz zabarwiają się najróżniejszymi odcieniami zieleni.




Kuta ławeczka na placu, wkoło którego usytuowane są sklepiki.

 



Ściany domków porasta roślinność. Wśród niej są kwitnące na fioletowo dzwonki.


Po spacerze piknik niedaleko mostu.




Most jest integralną częścią głównej ulicy miasteczka. Jak widać jest solidnie zbudowany, malowniczy, dla mnie - klimatyczny.




Nawet Gosia skusiła się na jedzenie...




...nie wspominając o Monice.


Po tej części wycieczki wybraliśmy się do Dunmore Cave - jaskini Dunmore. Nie jest to największa jaskinia, ale podobno jedna z ładniejszych, a już na pewno jest unikalna ze względu na występujące tylko tu, wyjątowe formacje skalne. W powstałych przez miliony lat komorach, uformowały się piękne kalcyty. Jaskinia ta była też miejscem masakry, której sprawcami byli Wikingowie. 


Zatem schodzimy....





Nawet najmłodsza Iza "powędrowała" do jaskini, gdzie było ciemno, wilgotno, chłodno i ślisko.




Takie zdjęcia udało się zrobić:



Sufit cały lśnił...




Dzieci jednak znudziły się opowiadaniem przewodnika i musielismy wrócić.




Na zakręcie, wybraliśmy kolejne zejście w dół:



Tam było już bardzo ciemno i w jakiś sposób pięknie.


Po wyjściu na zewnątrz, uderzło w nas ciepło. Różnica temperatur była znaczna.



Po tych wszystkich przeżyciach moje córki wciąż były pełne werwy, do tego stopnia, ze przez pół drogi do domu, na tyłach samochodu, trawała nieustająca kłótnia:)


A za tydzień...Clonmacnoise lub Heywood Gardens. Zapraszam:

niedziela, 17 kwietnia 2011

Znowu biegam



...po dwóch tygodniach przerwy, kiedy to Artur wizytował Polskę. 

Zaczęłam wczoraj, wczesnym rankiem. Może nie takim wczesnym, bo o 7 rano, ale dla mnie to wciąż prawie zabójcza pora, zważywszy na częściowo nieprzespane noce. Ponieważ kondycję mam trochę lepszą, niż kiedy zaczynałam swoją przygodę z joggingiem, wybrałam trasę przez miasto. Już nie bałam się, że nagle dostanę zadyszki, albo padnę gdzieś pod ścianą, bo oddechu nie będę mogła złapać.
Przebiegłam 3km. 
Dziś było lepiej, bo pokonałam trasę jeszcze dłuższą - ponad 4km. Przeskoczyłam swoją barierę, jak to określa Artur. W pewnym momencie myślałam, że już nie dam rady zrobić ani jednego kroku, wypluję płuca, albo coś podobnego. I nagle... wszystko przeszło i mogłam biec i biec. 
Jutro klejny dzień i znów przerwa, bo Artur idzie do pracy. I oby tak dalej. 

piątek, 15 kwietnia 2011

Nowe...





W prezencie urodzinowym(jeszcze do nich daleko) dostałam laptopa. Małżonek, razem z moją siostrą, postanowili mnie zaskoczyć. W czasie pobytu w PL, Artur zakupił stosowny sprzęt. Toshiba. 500GB pamięci. Stwierdził, że na jakiś czas powinno mi to wystarczyć. 

Teraz uczę się klawiatury od nowa. To znaczy moje palce się uczą. Największy problem mam z prawym klawiszem alt. Wciąż naciskam ten obok. Podobnie jest z kilkoma innymi, bo palce przyzwyczajone do pewnych odległości same chodzą. 


Teraz przenoszę wszystko z mojego stacjonarnego kompa na nowy dysk. Dobrze, że przesyłam bezprzewodowo, oszczędza to czas i wszystko inne. Skopiowałam już około 60GB. Zostało jeszcze tylko troszkę i oczywiście wszystkie zakładki.
Do tego wgranie wszystkich potrzebnych programów... I ogólnie przyzwyczajenie się do Windows 7....

Ależ wolno idzie mi pisanie! No rany kota! 



Chciałam jeszcze napisać o świętach, ale nie dam rady. W sumie nie mam za bardzo o czym pisać, bo nie zrobiłam jeszcze nic. Żadnych dekoracji, żadnych planów... wszystko w lesie, że się tak wyrażę. 

środa, 13 kwietnia 2011

Jutro!....



...wraca mój małżonek z PL. Minęło tylko dwa i aż dwa tygodnie!



Dziękuję za wszystkie komentarze pozostawione przez Was w ostatnim czasie. Sorry, ze nie odpowiadam osobno, pod każdym postem, ale jestem piesko zmęczona i chora. Jeszcze raz dziękuję.

Sztućce



Lubię "sztućce z wyrazem". Co mam na myśli? Dla mnie są to rzeczy stare, ciężkie, z wzorami. 

Jeden komplet mam w Polsce - jeszcze tu nie dojechał. Dostaliśmy je w prezencie ślubnym od moich pracodawców(którzy określali się moimi przybranymi rodzicami z Warszawy). Są to platery z Hefry. Piękne, wybrane przez nas, bo obdarowujący chcieli, żebyśmy na pewno byli zadowoleni:)


Dziś trafiłam na kolejne platery, tyle, że zniszczone. Kupiłam, bo stwierdziłam, że za tę cenę, nawet jeśli odzyskam połowę, to będzie więcej niż satysfakcjonujące. W skład kompletu wchodzi po 12 sztuk łyżek, noży, widelców i łyżeczek, plus chochla do zupy i zestaw surówkowy. Chyba nie muszę dodawać, że czuję się bardzo zadowolona?









Wymagają czyszczenia, to widać od razu:









Łyżeczki są już po pierwszym traktowaniu wodą z solą na aluminium:



niedziela, 10 kwietnia 2011

Tyle się nazbierało...



...że aż nie wiem od czego zacząć. 

Może od tego, że miałam przygotowany cały wpis i tuż przed publikacją, Izabela wyłączyła mi komputer. Wpis poleciał sobie w nicość. Zapewne to lepiej, bo zawarłam w nim sporo rzeczy, które dziś wydają mi się nie warte wspominania. 

Ogólnie rzecz biorąc i podsumowując kolejnych kilka dni bez Artura:


- jest ciężko, aczkolwiek da się przeżyć;

- wszystkie trzy dziewczyny dość poważnie chorują, Izabela ma antybiotyk;

- od wyjazdu Artura śpię po 4 godziny, czasem pięć, ale wszystko z ciągłymi przerwami na siusiu, picie, pocieszenie, podanie smoka, przytulenie, itp.

- czekam na czwartek i nie mogę sobie wyobrazić, jak miną te kolejne, prawie 4 dni - dla mnie to wieczność.


Żeby jednak tylko nie narzekać, coś optymistycznego: byliśmy dziś w Emo. Pogoda piękna! Zafundowałyśmy sesję zdjęciowa kwiatom - głównie różanecznikom i sobie samym. 

Nasze zdjęcia z dedykacja dla Artura!!! Bardzo tęsknimy za Tobą, ale jakoś próbujemy zorganizować sobie czas. Uściski od dziewczynek i ode mnie!





Biedna Iza cały czas ze świecami pod nosem. Nie nadążamy z wycieraniem nosa.


Pozowałam Danie do zdjęcia, a przy okazji zbierałam stokrotki dla Izabelki, która potem, z ogromnym przejęciem, oglądała pierwsze kwiaty z tak bliska.




Zapewne nikt tego nie zauważy, ale mam pomalowane włosy. Po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś tak inwazyjnego z moimi włosami!!! Wybrałam jednak kolor niemalże identyczny z moim. Siostra uważa, że to bez sensu: po co malować, skoro nikt tego nie zauważył? Naprawdę nikt. Żadna kobieta, która mnie spotkała, nie zauważyła. Ja jednak taki właśnie miałam zamiar: ukryć siwe włosy, a koloru nie zmieniać zbytnio.


Zmieniając temat...

Niektóre krzewy w pełnym rozkwicie:





...a my koło nich:)








Gosia, jak zwykle, wspina się po pniach:





Jak tylko odwróciłam wzrok od Izy, ta wywalała wszystko z wózka: lalkę, miśka, jedzenie. I to działała, jak na wyścigach:)



Kocham tę sukienkę. Zakrywa to, co trzeba, odkrywa, to co trzeba i jeszcze dodatkowo niesamowicie wygodna przy dzieciach. Lekka, zwiewna, w sam raz na lato, czyli na taki dzień, jak dziś.


Na koniec był mały piknik:



Na niesamowicie zielonej trawie - choć aparat oczywiście nieco przekłamał:) - to i tak zieleń aż raziła w oczy. 


I oczywiście jeszcze kilka kwiatów:






















poniedziałek, 4 kwietnia 2011

***




Jakoś tak dni mijają, nic szczególnego się nie wydarzyło i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Nie mam natchnienia na robótki, nie mam natchnienia na nic. 

Dzieci dostały kataru - wszystkie trzy, więc nocki są moje. 

Pogoda się popsuła, zrobiło się chłodniej. Niemniej jednak wszystkie zimowe kurtki uprałam i poskładałam w worki próżniowe. Wkrótce idą na strych.

Strych już zrobiony. Podłoga rozciąga się wszędzie, gdzie to możliwe.

 
Dziś, w ramach dobroci dla samochodu, pojeździłam seatem Artura. Tydzień już stał, więc niech się trochę rozrusza.


W głowie układam pomysły na pokój dziewczyn. W tym roku chcę im coś tam stworzyć. Zarysy planu już mam...