Zanim jednak do tego przejdę, wspomnę, że mało mnie na blogu, bo nadal pracuję nad haftem i to pochłania lwią część mojego wolnego czasu.
Poza tym wpadłam w ciąg czytania.
Zakończyłam sagę skandynawską autorstwa Anne B. Radge: Ziemia kłamstw, Raki pustelniki, Na pastwiska zielone, Zawsze jest przebaczenie.
Teraz muszę zakupić ostatni tom, ale póki co zabrałam się za "Kołysankę" Krystyny Januszewskiej. Kiedy byłam już w połowie, wpadła mi w ręce książka "Fork in the road" Denis Hamill, ale wyjątkowo nie podeszła mi wcale! Odłożyłam i na pewno nie wrócę do tego. Książka opisuje Irlandię z czasów boomu. Tygrys celtycki właśnie jest w największym rozkwicie. Może napisane nie po mojemu, może coś innego. W każdym razie odrzuciło mnie i koniec.
Za to w bibliotece wpadła mi na szybko "Kolor bursztynu" Hanny Cygler. Dwa posiedzenia i poszło.
I w końcu (and last but not least jak to mówią tutejsi) "The name of the wind" Patricka Rothfuss'a. W Polsce pod tym samym tytułem "Imię wiatru", tyle, że chyba podzielonym na dwie książki. Prawie 700 stron, które już kończę. Na szczęście mam drugi tom z biblioteki(pierwsza część jest moja, zakupiona za całe 1 euro w SH) "The wise man's fear", polski tytuł "Strach mędrca" i też chyba wydany jest w dwóch tomach, a nie jednym, jak wersja anglojęzyczna.
Książka fantasy, absolutnie wciągająca, niesamowita.... aż boję się, że za szybko się skończy.
I tak przeszliśmy do naszego wypadu...
W niedzielę, mimo niepewnej pogody, wybraliśmy się do parku rozrywki - Tayto.
Zabawa była przednia, bo pogoda mało sprzyjająca, więc i ludzie nie dopisali. Wszelkie przejażdżki na karuzelach, kolejkach i wszystkich innych atrakcjach mieliśmy praktycznie od ręki. Zazwyczaj czeka się w kolejkach po 15-20min na 2-minutowy kurs.
Artur i ja, jak dzieciaki, zaliczaliśmy prawie wszystko po kolei, a niektóre rzeczy po 6 razy lub więcej :) Mnie przypadł do gustu rotator - mogłabym na nim spędzić cały dzień. Czułam się, jak na gigantycznej huśtawce, która leciała wysoko w niebo, odwracając się prawie do góry nogami. FANTASTYCZNA ZABAWA!
Dzieciaki nie ominęły karuzeli w starym stylu:
Byliśmy w mini parku dinozaurów, który jest jakoś zaniedbany. Przykro, bo to było kiedyś przyjemne doświadczenie.
Mają też mini ZOO, ale takie naprawdę minimalistyczne.
W zbiorniku fontanny karpie...
chyba karpie?, bo nie jestem już pewna; w każdym razie ryby na pewno, które pływają sobie otoczone "złotem":
Jest zakątek z epoki lodowcowej:
Nie mogło zabraknąć przejażdżki wagonikami:
Pod koniec dnia było już naprawdę chłodno, więc zebraliśmy rozbrykane dzieciaki i ruszyliśmy do domu.
Na szczęście nie odchorowały tego wyjazdu :)












Te ryby to chyba Koi koi, rzeczywiscie karpie, tyle, ze ozdobne.
OdpowiedzUsuńOj moge sobie wyobrazic to szlenstwo w parku rozrywki!
I musze sobie zanotowac tytuly ksiazek to moze i mnie "wciagnie". Na razie czytam powiesc historyczna o Eleonorze Akwitanskiej Elizabeth Chadwick - 3 tomiszcza, ale tez wziagajace.
Pozdrawiam,
Motylek
A gdzie jest powiedziane, że tylko dzieci mogą szaleć w parku rozrywki?
OdpowiedzUsuńFajnie jest tak poszaleć, a widać, że atrakcji w tym parku Wam nie brakowało. :)
Pozdrawiam ciepło.
Świetnie,wróciliście do czasów dzieciństwa,zabawa musiała być przednia.Czytasz,haftujesz,pokaż efekt serwetki,nie mogę się doczekać no i jak wygląda Twój imbir,mój ma jeden liśc wysoki całkiem jeszcze nierozwinięty.
OdpowiedzUsuń