sobota, 16 kwietnia 2016
Jak się coś psuje...
...to nie jedna rzecz, a kilka.
Zaczęło się od termomiksu - tak, od termomiksu. Od roku już(a może nawet dłużej) wydawał dziwne dźwięki podczas zamykania. Czasem rączka zamykająca z lekka się blokowała, czasem nie. Pewnego pięknego ranka zauważyłam, że nie mam już zmielonej kawy. Wyciągnęłam wór ziaren, wsypałam do termomiksu i ... ten się zaciął kompletnie. Pokrywa sie nie zamykała i koniec.
Ponieważ byłam jeszcze z lekka śpiąca, nie mogłam zaakceptować tego co widzę, nie dochodziło to do mnie w pełni, ale w pewnej chwili dotarło i.... Nie! Niemożliwe, już się popsuł!? Po zawiezieniu pociech do szkoły, konsultacji z koleżanką w PL, potem telefonie do babki, która nam tutaj go sprzedała, przyszedł czas na telefon do serwisu. Z Irlandii, pani przełączyła mnie pięknie do Anglii(o czym nie wiedziałam, na szczęście miałam środki na koncie) i tam już przedstawiłam facetowi problem.
I jak to jest w elektronicznych urządzeniach: facet poprosił mnie o numer, który się wyświetla podczas blokowania zamknięcia. Uprzejmie go poinformowałam, że zaraz włączę TM i mu podam tenże numer. I tu termomiks zrobił niespodziankę i zadziałał bez najmniejszego szmeru. Patrzyłam jak oniemiała, a facet skomentował to tylko stwierdzeniem: zawsze tak jest. Wziął ode mnie namiary, w zasadzie chyba nie musiał, bo maja nas na swojej liście, ustalił termin przyjazdu kuriera i polecił spakować urządzenie.
Wszystko zrobiłam, kurier przyjechał, zabrał mojego "przyjaciela" i po tygodniu dostarczył na nowo. Naprawiony, sprawny. Wymieniono mu zamknięcia i działa, jak należy.
Wiecie, że dopiero teraz, kiedy przez tydzień go nie było, zobaczyłam jak sie przyzwyczaiłam do wygody, szybkości i wielu ułatwień. Termomiks działa u nas każdego dnia na pełnych obrotach. Miele ziarna na kawę, mąkę, przygotowuje surówki, musy do picia, gotuje budynie(już nie kupuję tych w torebkach), zupy, zupy kremy, miele mięso, itd. Dzieci też były rozczarowane, bo nagle nie miały smoothie bananowego czy sorbetów.
Nawiązując jednak do wpisu...
W dniu, kiedy przyjechał termomiks, z samego rana rozwaliłam szybę piekarnika. Zewnętrzną szybę, na której górny kant spadł słój z daktylami. W jednej sekundzie szkło wygladało, jak spękana szyba samochodowa. Tymczasem w piekarniku już stało naczynie z chlebem! Co zrobiłam? Po szybkiej konsultacji z małżonkiem, włączyłam piekarnik, wszak wewnętrzna szyba była cała. Żeby nie sypać szkłem dookoła, użyłam mojej niezawodnej, brązowej taśmy(tej, którą sklejałam samochód i jeździł kilka miesięcy). Drzwiczki wyglądały tak:
Może niezbyt pięknie, ale funkcjonalnie. Potem musiałam podoklejac taśmę jeszcze w kilku miejscach, bo od góry wszystko sie wysypywało.
Tak "działaliśmy" przez cały tydzień. Miałam pojechać na tutejszy szrot i poszukać szyby, ale w sumie zostawiłam to A. - niech mężczyzna załatwia takie sprawy. Ja szukałam na stronach internetowych i wyszło, że zamawianie szyby, czy drzwi, jak w naszym przypadku - zupełnie się nie opłaca.
Na szrocie przejrzeliśmy wszystkie dostępne piekarniki - rozmiar znormalizowany, więc nie było problemu, jaka firmę wybierać. Niestety, albo były rozlatujące się, albo tak obleśnie usyfione, że raczej bym tego nie doczyściła. Naprawdę, nasz 6-letni piekarnik, jego tacki i ruszty wyglądaja jak nowe, z lekka tylko zużyte; tamte były po prostu obrzydliwie zapieczone i do tego zniszczone, bo praktycznie każdy miał zdartą warstwę emalii. Co robić? Po objechaniu okolicznych punktów złomu, A. zabrał mnie do naszego wielkiego miasta i tam zaczęliśmy oglądać nowe piekarniki. Babka zaproponowała nam duży upust(może produkt im nie idzie? - śmieszne, jak zawsze podejrzewamy taka lub podobną opcję) i nawet zaczęłam sie zastanawiać, czy warto go kupić, kiedy A. spojrzał na mnie i powiedział do babki - kupujemy. Decyzje podsumował jednym zdaniem: nie miałem ochoty siedzieć tam jeszcze 2 godziny zanim podejmiesz decyzje. I tak oto już jest:
Ucieszyłam się, że teraz będę mieć więcej tacek do piekarnika - wszak użyję starych, zamiast je utylizować. Kiedy otworzyłam drzwi, coś mi nie pasowało:
Piekarnik, a w zasadzie jego wnętrze - jest o 5cm szersze w stosunku do starego. Nie jest tak zabudowany w środku i niestety, ale stare tacki sa nieprzydatne.
Piekarnik sprawdzony. Upiekł mi dziś dwa bochenki chleba, które od rana na niego czekały i rosły powolutku.
Ciekawe czy to koniec napraw i niespodziewanych wydatków?
czwartek, 14 kwietnia 2016
Zaczytana
...w Follecie i innych.
Wpadła mi rękę książka "Hammer of Eden"(Młot Edenu) K. Folleta. Najpierw leżała dwa tygodnie, potem pomyślałam, że zaraz będę musiała odnieść ją do biblioteki, albo przedłużyć termin, więc zaczęłam czytać... I wsiąkłam. Dwa dni i książka zaliczona.
Ludzie, którzy walczą o prawo do życia wedle swoich zasad, w odcięciu od świata. Czy można walczyć o to za wszelka cenę? Czy można walczyć o życie w zgodzie z naturą i aby to osiągnąc zabić człowieka/ludzi... kto ma rację?
Przeczytaną odniosłam do biblioteki, wzięłam kolejną Folleta, ale przy okazji wpadła mi w oko ta:
Nie wiem, czy jest tłumaczenie polskie, ale powiem Wam tak: piękna, urzekająca książka, przenosząca czytelnika do świata naszego dzieciństwa, no przynajmniej mojego.
Wychowywałam się na wsi, w czasach, kiedy niewiele było, kiedy jeszcze jeździliśmy na łąkę wozem drabiniastym, zaprzężonym w konia i zbieraliśmy siano - moi rodzice czy babcia bardziej niż ja oczywiście. Ja miałam swobodę i czerpałam przyjemność z tych dni całymi garściami!, choć wtedy o tym nie wiedziałam, a może nie zdawałam sobie sprawy.
Pamiętam żniwa, jakie opisuje autorka, chodzenie na grzyby, świnobicie i nawet! rwanie pierza u sąsiadów. Ależ to była frajda dla dziecka.
Teraz nagle ta książka przeniosła mnie do tamtego świata, tym bardziej pieknego, że nieosiągalnego. Tym bardziej pożądanego, bo niemożliwego do przywrócenia. Wtedy bardziej liczyło sie "być" niż "mieć".
I dodam jeszcze tylko: mało ważne, że ona mieszkała w Irlandii, a ja w Polsce, bo życie na wsi wszedzie było piękne i ciężkie zarazem.
Do tego wszystkiego książka jest pisana wspaniałym językiem, z poczuciem humoru; niektóre teksty sa przekomiczne. Wyobraźcie sobie lata 50 i akuszerkę odbierająca dziecko, które urodziło się trochę wcześniej, niż wychodziłoby to z kalendarza poślubnego. Wszyscy dookoła wiedzą o co chodzi, a ona komentuje to tak: to wspaniałe że mieli już tyle dokonań, zanim wzięli ślub :)
I tyle.
niedziela, 10 kwietnia 2016
Podobnie, jak rok temu
...na początku kwietnia nas "wywiało i zamroziło".
Rok temu było to w marcu, ale też nastąpiło po pięknej już pogodzie.
Spadł wtedy naprawdę solidny śnieg, tyle, że zaraz zniknał. Archiwalne już zdjęcie dawnego auta :)
Teraz posypało nas gradem i to nie jeden, nie dwa, ale chyba z pięć razy tego samego dnia. Powietrze gwałtownie się oziębiło i znowu trzeba było podkręcić grzejniki.
Wyczyszczony przez znajomego taras czeka na zaimpregnowanie i doczekać się nie może. To deszcz, to grad, to wciąż mokra powierzchnia... a tu trzeba skręcać stół na taras i jeszcze też go dokładnie zalakierować!
Kwiaty jakoś przetrwały gradobicie, całe szczęście, bo dopiero zaczynaja rozwijać pąki i szkoda by było ich wysiłku.
I pomyśleć, że dzień wcześniej było tak pięknie:
I na koniec pozdrowienia od ubranej zawadiacko Izy, którą nieustannie interesuje pudło ze spakowamy, tarasowym stołem:
piątek, 8 kwietnia 2016
Libratus - pierwsze doświadczenie
Jak już wspominałam wcześniej w którymś z postów, zaczęłam zastanawiać się nad uczeniem dzieci polskiego w domu. I to nie tyle samego polskiego, co po prostu chciałam kontynuowac szkołę polonijną, ale w domu.
Tu, bardzo szybko odpowidziała mi Fidrygauka i umieściła nawet stosowny post. Zachęcam do przeczytania całości, łącznie z komentarzami.
Powiem szczerze, przestraszyła mnie do tego stopnia, że wiele dni, jak nie tygodni, minęło, zanim zapisałam dzieci na stronie libratusa. I dodam tylko, że zrobiłam to, bo moja sąsiadka, której wspomniałam luźno o takiej możliwości, przyszła do mnie i oznajmiła, że ona DZIŚ ma rozmowę z psychologiem. Właściwie nie ona, a dzieci. To był taki jakby kopniak: jak to! A ja się waham!!!? i tak się wszystko zaczęło.
Zarejestrowałam się na stronie libratus (nienawidzę tej części, dlatego nie używam serwisów ani innych podobnych stron, bo wszędzie musisz zakładać konta) ponieważ potem korzysta się z materiałów za pomoca właśnie tego konta. Wypełniłam potrzebne formularze pytające głównie o zaawansowanie dziecka w języku polskim(z tym, ze nie ma przymusu odpowiadać na te pytania; skoro jednak nie chcemy odpowiadać, to jaki jest właściwie sens rejestracji?, zapytajmy się sami) i przeszłam do etapu wyboru terminu spotkania z psychologiem. Przy zapisywaniu każdej z dziewczyn dostałam do wyboru dwie osoby. Ponieważ były zdjęcia, dzieci wybrały sobie te panie(u Gosi był też facet do wyboru, ale z automatu odpadł), które wydawały sie im sympatyczne. Po tym, pozostało czekanie na rozmowę.
Nie powiem, dzieci były w ogromnym stresie: wszak trzeba rozmawiać z zupełnie obca osoba i to po polsku! Dobrze, że nie wiedziały, że będą jeszcze robiły testy. Podejrzewam, ze nie zgodziłyby sie wcale na tę rozmowe.
W wyznaczonym dniu i wyznaczonej godzinie, panie kontaktowały się z nami przez skype. Rozmowę zaczynałam ja, pani psycholog widząc spięcie dziecka zaczęła od luźnych pogawędek i powoli przeszła dalej i poinformowała o małych testach, w które chciałaby się zabawić. I tak to się zaczęło.
Nie muszę chyba dodawać, że sama siedziałam obok napięta do ostatnich granic!? Dzieci w tym czasie radziły sobie z pytaniami lepiej lub gorzej. Pytań było około 40, dla starszej z dziedziny historii, geografii, polskiego, matematyki, biologii z przyrodą i znajomości Polski. Młodsza miała tylko matematykę, polski, przyrodę i znajomość Polski. Wszystko to było proste i dzieciaki przeszły przez testy migiem. Oczywiście nie tak, że zrobiły to pięknie :) Popełniły błędy, poprzekręcały słowa, ale poszło.
Monika na przykład wpadła w zachwyt nad możliwością klawiatury komputera(na tabletach jest trochę inaczej) i znakami polskimi, i pisząc dyktando, gdzie tylko pojawiła się możliwość, wstawiała znaki polskie, bo tak ładnie wygladały i super się klika :)I tak słówko "się" to: śię, a wyraz zima, przeszedł w źimą. Skamieniałam, kiedy zobaczyłam ten popis! Próbowałam nawet lekko naprowadzić Monikę mówiąc: czy jesteś pewna, że wszystko dobrze napisałaś?, ale ona nawet nie słuchała, zafascynowana pisaniem. Co ciekawe, kiedy pisze długopisem polską prace domową, już sie tak nie wyżywa w polskich znakach i popełnia znacznie mniej błędów.
Generalnie, po około godzinie, rozmowy z paniami psychologami były zakończone, a dzieci zakwalifikowane do odpowiednich klas. Zarówno Gosia, jak i Monika, odeszły zadowolone od komputera. Nie odczuły tego jako jakiegoś złego doświadczenia i mało tego, od tamtego czasu, każdego wieczoru, siadają ze mną i ćwiczą czytanie po polsku. Czasem jest to tak późna pora że mi się już nie chce, ale przecież im nie odmówię.
Teraz już przechodzimy etap gromadzenia dokumentów i niedługo będziemy mogli korzystać ze materiałów na stronie. Ciekawe, czy dzieciom wystarczy zapału? A mnie, czy wystarczy cierpliwości? Mój mąż powiedział jedno: do nauczania czy to dzieci, czy dorosłych, to ty sie nie nadajesz. Tracisz cierpliwość w sekundzie po tym, jak coś powiedziałaś i nie daj Boże ktoś nie zrozumiał. Przyznaję, nie jest to dobra prognoza, ale po 5 latach jeżdżenia do szkoły polonijnej i spędzania tygodniowo około 7-8 godzin na ten obowiązek + praca domowa, nie wiem, czy nie wyjdzie na to samo, tylko może z lepszym efektem.
Nie krytykuje tu szkoły polonijnej, nie. To był wspaniały czas, a jeszcze lepszy dla tych, którzy mieszkaja na miejscu, a nie 30km dalej. I dyrektorka i nauczycielki, wszyscy starali się, żeby było miło. I tak było, ale... te dojazdy i zabijanie czasu(moje dzieci niedawno nauczyły się znaczenia tego zwrotu i teraz "zabijają czas" co jakis czas :) ) w obcym mieście... Ile czasu można spędzić obchodząc centrum handlowe? Godzinę, maksimum półtorej. Potem i dzieci i ja jesteśmy znudzeni, a czasu mieliśmy prawie 6 godzin co tydzień!!!! To najbardziej mnie wkurzało i było ostatnia kroplą, która przelała czarę. Zobaczymy, jak to pójdzie dalej.
sobota, 2 kwietnia 2016
Powrót na chwilę... ?
Jakoś opanowuję laptopa. I tak, jak mąż przewidywał, to nie tylko linux winny wszystkiemu :) ale też sam sprzęt. Teraz pracuję na linux ubuntu - wciąż wolę go niż windows vista - ale działa wolniej niż linux mint. Z tym, że sprawia mniej problemów(prawie żadnych nie mam w tej chwili) niż mint, w którym cały czas jakieś sterowniki nie pasowały do czegoś i kopały system. Mniejsza o większość.
Zaległe sprawy, to oczywiście mój ogród i kolejne żonkile - tym razem w wersji pełnej:
I pierwiosnki z wyprzedaży, które już po tygodniu w ziemi, zadbane, dały znać, że zamierzają ruszyć z kwiatami pełną parą:
W cieniu, tymczasem, bluszcze opanowują kolejne centymetry murów:
Fiołki, do spółki z bluszczami, rozrastają się i kwitną na potęgę:
Jeden słoneczny dzień - w dodatku bardzo ciepły - sprawił, że dzieciaki wyciągnęły fotele ogrodowe i cały swój sprzęt motoryzacyjny:
Przy okazji chwalę się poduchami, jakie uszyłam na fotele ogrodowe. Wykorzystałam stare jaśki, które były już zbyt "sflaczałe" na bycie jaśkami. Uszyłam rodzaj poszewki na 3 poduszki, przyblokowałam je w środku, żeby się nie przemieszczały i teraz czekają na pokrowce, które dopiero się szyją. Dzieciom oczywiście to nie przeszkadzało i zaanektowały poduszki w wersji "nie do oglądania".
Pozostałe fotele poszły do zabawy w tworzenie bazy:
Izabelka zaczęła śmigać na dwóch kółkach! Ćwiczyłam to z nią kilka razy już zimą, denerwowała się, rzucała rowerem, a tydzień temu jeden, jedyny raz z nią wyszłam i poszło!
Jeszcze nasze zaległe zdjęcie z kościoła w Portarlington. Wielka Sobota i święcenie pokarmów. Irlandzki ksiądz koniecznie chciał zdjęcie z dziewczynami :), one też nie protestowały :)
I na koniec taka krótka informacja - zapisałam dziewczyny do szkoły polonijnej Libratus; wczoraj miały rozmowę z psychologami. O tym będzie kolejnym razem, bo jest o czym pisac, ale było więcej niż dobrze!
wtorek, 29 marca 2016
Wpisów nie będzie
...aż do odwołania.
Laptop nie współpracuje z linuxem, system wali się zaraz po zainstalowaniu; miałam już minta, mam ubuntu, który w zasadzie nie działał od pierwszego zainstalowania. Przez te wszystkie lata z windowsem nie miałam tylu problemów co przez tydzień - a w zasadzie przez kilkanaście godzin pracy w ciągu tego tygodnia - z linuxem. Nie pisałam przed świętami, nie pisałam w święta, nie wysłałam nikomu życzeń, bo nic mi nie działa.
teraz korzystam tylko z komputera męża, ale przez chwilę. Zatem - nie ma z nami komunikacji przez skype, przez blog, przez fb az do odwołania.
czwartek, 24 marca 2016
Zupełnie z innej beczki...
...niż świąteczna.
Wybrałam się dziś z dziewczynami do parku w Emo. Wieki całe tam nie byłyśmy i chciałam zobaczyć, jak wygląda wiosna w wydaniu parkowym. Pogoda była średnio ładna; brak słońca, szare chmury i mżawka od czasu do czasu. Czego jednak można spodziewać się po Irlandii? Tutaj spaceruje się często gęsto podczas deszczu i albo to akceptujesz, albo masz problem, bo pogoda na pewno go nie ma :)
Kwitną i zabójczo - mam namyśli pięknie - pachną Prunus laurocerasus. Teraz jest ich czas.
Kwiaty może nie są aż tak atrakcyjne, ale uwierzcie mi, weszliśmy w las i otulił nas zapach, ciężki i niezwykle przyjemny.
Także pierwsze różaneczniki rozchylają kwiaty. Te nie pachną, ale wczesną wiosną już samo pojawienie się takiej ilości koloru, to przyjemność.
Krople deszczu osiadłe na płatkach dodają im jeszcze urody.
Ponieważ liściaste drzewa jeszcze nie mają masy zieleni, teraz królują mchy obrastające pnie. Wszystko wygląda miękko i puszyście:
Dzieciaki zabezpieczyły się parasolkami na wypadek, gdyby miało solidnie padać. W sumie najlepsze jest to, że po prostu mogły bawić się tymi parasolami, bo deszczu aż takiego wielkiego nie było.
W parku jednak jest bezpiecznie, bo nikomu nie wpakuje się parasolki w oko. Można śmiało nią wywijać, kręcić, składać i rozkładać, póki mechanizm da rady.
I na skróty nad jezioro, przez łąkę, zieloną po zimie, czyli tak szarozieloną, nie wiosennie i soczyście.
Niezmiennie moje ulubione drzewo - Cedr libański. Teraz w pełni można docenić i podziwiać jego pokrój. Piękny...
Gosia podwędziła mój parasol, ponieważ już nie jest dzieckiem i dziecinnej parasolki nosić nie będzie. To taki obciach!!!! No i jej ulubiona kurtka - wrosła w ramoneskę, można powiedzieć. Z tym, że się jej nie dziwię, bo sama mam dwie :) Według mnie pasują do wszystkiego i za tę uniwersalność je uwielbiam.
Widzicie usztywnienie na ręku Gosi - takie coś, zapięte na rzepy, ma nosić jeszcze przez 2-3 tygodnie.
Pałac w Emo z zupełnie innej perspektywy - spod gałęzi cedru.
I maleńka sesja pod cedrem.
"I bądźmy jak Mary Poppins..." rzuciła któraś, a ja zrobiłam im fotę.
Pozimowe jezioro. Wszystko budzi się do życia.
Żonkile wzdłuż jeziora już kwitną w ilościch wielkich. Szkoda tylko, że niektórzy rodzice pozwalają swoim małym pociechom na bezmyślne wyrywanie kwiatów garściami i rzucanie ich na drogę. Ja wiem, że małe dziecko nie rozumie, ale dorosły tumanem chyba nie jest? Irytuje mnie - delikatnie rzecz ujmując - takie olewanie.
Tutaj właśnie dziewczyny dały mi wykład dlaczego nie należy niszczyć zieleni w parkach. A Gosia rozwinęła to nawet ogólnie, na przyrodę. Miło, że nauka nie poszła w las :) choć tak blisko do niego było.
Lonicera syringantha, to kolejny piękny, wiosenny krzew. Ma wspaniale wyglądające "woskowe" kwiaty i do tego rozsiewa delikatną woń w powietrzu.
Bukowa alejka jeszcze łysa. Buki dopiero zastanawiają się, czy się budzić, czy nie. Jeszcze długo nie zobaczymy nawet nabrzmiałych pąków liściowych. Na tle wielu drzew, które rozwiną się wiosną, buki będą sprawiały wrażenie obumarłych. Za to potem...
Na razie podziwiamy gładką korę i mchy:
Piwonia krzaczasta(drzewiasta) dopiero rozchyla pąki, ale za to jakie!
Chionodoxa, znana też jako Scilla, kwitnie sobie wśród traw na ogromnych połaciach trawników. Śliczna jest, prawda.
A tutaj giganty kontra maluchy - czyli stere drzewa i nowe nasadzenia. Ile lat jeszcze trzeba, żeby wyrosły na takie olbrzymy!
Rzecz zupełnie nowa w naszym parku, a w zasadzie przy jego wejściu. Tablica informacyjna. Wow! Nawet widać, że nowa :)
Zapewne kompleks parkowo-pałacowy dostał jakiś zastrzyk gotówki, bo zauważyłam wiele drobnych i większych zmian. Super.
Poniżej mapa naszych tras spacerowych. Jest wiele możliwości i dla nas, którzy jeździmy tu od lat - w końcu mamy park kilka km od domu - to żadna magia, ale ci, co wizytują go pierwszy raz, nie mogą trafić nad jezioro, albo odnaleźc trasy. Teraz już widziałam powbijane słupki z oznaczeniami szlaków.
Trasa żółta, biegnąca wkoło jeziora, jest najnowszą i najdłuższą. Tą właśnie najczęściej chodzimy. Zajmuje około 30-40min marszu, a przy robieniu zdjeć i pomysłach dzieci, spokojnie można iść 2 godziny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

