Kolejny nasz wyjazd do skansenu irlandzkiego w Wexford.
Bagna, rzeki, jeziora, czyli wszystkie miejsca związane z wodą, były w dawnej Irlandii uznawane za święte. Tutaj składano ofiary(z ludzi, zwierząt, czy cennych przedmiotów) w nadzieci na wyproszenie łask. Obecny zwyczaj wrzucania monety do fontanny czy studni, to według tutejszych historyków, pozostałośc po ofiarach dla "bogów wodnych".
Zbudowana w tutejszym skansenie wiata, będzie miejscem prowadzonych kursów, takich jak kowalstwo, rzeźbienie w drewnie, kamieniu, tworzenie łuków i wielu innych. Wiata ma w ostatecznej formie być budowlą ze ścianami, pokrytą gontem- czyli takim schronem. Zarząd parku ma nadzieję na szybką realizację projektu.
Młyn wodny...
Piec do suszenia ziarna
I jesteśmy na terenie dawnego zakonu... Domki zakonników małe, skromne, niemalże wtopione w naturę.
Figury woskowe bardzo realistyczne. Kiedyś stałam przez dłuższą chwilę, intensywnie wpatrując się, czy mnich jest żywy, czy nie :)
Ten spory budynek to ówczesny refektarz...
... z przepięknym dachem:
Gosia unikała zdjęć jak ognia; uchwyciłam ją - prawie - w wejściu kościoła:
Średniowieczna betoniarka :) obsługiwana przez 3 ludzi. Dwie osoby kręciły belkę,a trzecia dosypywała zaprawę i wlewała wodę.
W forcie spędziliśmy troszkę czasu. Posiedzieliśmy na ławeczce, kiedy dzieciaki dorwały się do mojego aparatu i porobiły trochę zdjęć.
Na terenie parku paliło się kilka ognisk. Tu, w forcie, też było jedno. Snujący się dym dodawał klimatu otaczającym nas budynkom.
Schroniska budowane "na szybko" z dostępnych materiałów. Umiejętność taka była ważna ze względu na częste przemieszczanie się ówczesnych ludzi.
Crannog - osada(fort) na wodzie.
W osadzie Wikingów zrobiłam kilka fotek Monice i wodzie :)
Później udaliśmy się do twierdzy Normanów. Gosia wędrowała z tatą; widok już rzadki...
Z okolic okrągłej wieży, zrobiłam zdjęcie łodzi Wikingów, zakotwiczonej daleko na wodzie.
Aparat oparłam na ogrodzeniu, żeby przybliżyć obraz. Jednak ogrodzenie, to nie statyw...
I tak dojechaliśmy do końca wycieczki. Potem zaliczyliśmy jeszcze obiad, który zjedliśmy tuż przez zamknięciem obiektu :)
Wrzesień jest już czasem, kiedy w skansenie zamiera życie rękodzielnicze i rzemieślnicze. Nie ma strzelania z łuku - A. i dzieciaki rozczarowali się niepomiernie!; w osadzie Wikingów panowało jeszcze chyba największe ożywienie: trwał tam kurs tworzenia grotów strzał i włóczni z krzemienia. Nie jestem pewna, ale chyba prowadził go Polak:), a w kolejnej chacie panie przędły wełnę na -wzorowanych na dawne - kołowrotkach.
Pani w restauracji powiedziała nam, że wrzesień to koniec sezonu, przynajmniej takiego intensywnego. Nic to... pewnie za rok wybierzemy się tam ponownie.

