niedziela, 17 września 2017

Irish National Heritage Park, Co. Wexford



Kolejny nasz wyjazd do skansenu irlandzkiego w Wexford.

Bagna, rzeki, jeziora, czyli wszystkie miejsca związane z wodą, były w dawnej Irlandii uznawane za święte. Tutaj składano ofiary(z ludzi, zwierząt, czy cennych przedmiotów) w nadzieci na wyproszenie łask. Obecny zwyczaj wrzucania monety do fontanny czy studni, to według tutejszych historyków, pozostałośc po ofiarach dla "bogów wodnych".




Nową budowlą jest okazała wiata. Podobne znajdowały się w portach Wikingów; korzystano z nich także we wczesnym średniowieczu. Były to miejsca pracy ówczesnych stolarzy. Wikingowie wykorzystywali je do budowy swych łodzi.
Zbudowana w tutejszym skansenie wiata, będzie miejscem prowadzonych kursów, takich jak kowalstwo, rzeźbienie w drewnie, kamieniu, tworzenie łuków i wielu innych. Wiata ma w ostatecznej formie być budowlą ze ścianami, pokrytą gontem- czyli takim schronem. Zarząd parku ma nadzieję na szybką realizację projektu.




Młyn wodny...



Piec do suszenia ziarna




I jesteśmy na terenie dawnego zakonu... Domki zakonników małe, skromne, niemalże wtopione w naturę.




Figury woskowe bardzo realistyczne. Kiedyś stałam przez dłuższą chwilę, intensywnie wpatrując się, czy mnich jest żywy, czy nie :)





Ten spory budynek to ówczesny refektarz...



... z przepięknym dachem:






Gosia unikała zdjęć jak ognia; uchwyciłam ją - prawie - w wejściu kościoła:



Średniowieczna betoniarka :) obsługiwana przez 3 ludzi. Dwie osoby kręciły belkę,a  trzecia dosypywała zaprawę i wlewała wodę.








W forcie spędziliśmy troszkę czasu. Posiedzieliśmy na ławeczce, kiedy dzieciaki dorwały się do mojego aparatu i porobiły trochę zdjęć.











Na terenie parku paliło się kilka ognisk. Tu, w forcie, też było jedno. Snujący się dym dodawał klimatu otaczającym nas budynkom.






Dziewczyny w kamiennym kręgu odprawiają rytuały przywołania słońca.... żartuję :)



Schroniska budowane "na szybko" z dostępnych materiałów. Umiejętność taka była ważna ze względu na częste przemieszczanie się ówczesnych ludzi.



Crannog - osada(fort) na wodzie.









W osadzie Wikingów zrobiłam kilka fotek Monice i wodzie :)











Później udaliśmy się do twierdzy Normanów. Gosia wędrowała z tatą; widok już rzadki...



Z okolic okrągłej wieży, zrobiłam zdjęcie łodzi Wikingów, zakotwiczonej daleko na wodzie.



Aparat oparłam na ogrodzeniu, żeby przybliżyć obraz. Jednak ogrodzenie, to nie statyw...



I tak dojechaliśmy do końca wycieczki. Potem zaliczyliśmy jeszcze obiad, który zjedliśmy tuż przez zamknięciem obiektu :)
Wrzesień jest już czasem, kiedy w skansenie zamiera życie rękodzielnicze i rzemieślnicze. Nie ma strzelania z łuku - A. i dzieciaki rozczarowali się niepomiernie!; w osadzie Wikingów panowało jeszcze chyba największe ożywienie: trwał tam kurs tworzenia grotów strzał i włóczni z krzemienia. Nie jestem pewna, ale chyba prowadził go Polak:), a w kolejnej chacie panie przędły wełnę na  -wzorowanych na dawne - kołowrotkach.
Pani w restauracji powiedziała nam, że wrzesień to koniec sezonu, przynajmniej takiego intensywnego. Nic to... pewnie za rok wybierzemy się tam ponownie.

poniedziałek, 11 września 2017

Wakacje część druga...



...czyli wspominamy słońce i piękne widoki, które utrwaliłam podczas jazdy autem. Mimo, że to małżonek był kierowcą, a ja skupiłam się na zdjęciach, nie zawsze kadry wyszły dobrze. Z tym, że to przecież nasze wspomnienia, a nie prace konkursowe :)





Czas żniw, więc na polach kombajny i paki słomy; w zasadzie to już nie paki, czy paczki, jak pamiętam z czasów dzieciństwa, a walce ciągnące się po horyzont.



Krajobrazy tak inne niż tutejsze, a przecież też kipiące zielenią:



Inne pola, inne lasy...






Architektura sakralna - czasem ta nowocześniejsza, czasem starsza...




Brzozy.... a zaraz niedaleko, pasące się stada krów.



Tego dnia niebo było usiane pięknymi obłokami:



Błękit, z natury chłodny, aż syczał pod wpływem żaru słońca...



Gniazda bocianie. Moje dzieci, pierwszy raz widziały takie na żywo, dwa lata temu. Tym razem też wypatrywały ich po drodze.



Stary dom w Augustowie, tak mi się wydaje... tu, gdzie nowoczesność ściera się z przeszłością




...urzekły mnie te serduszka w oknie:



Jazda po tej stronie ulicy jakoś szybko przestała być "dziwna":




To już zdaje się Suwałki. Ktoś poznaje? :)


Kiedy tak zachwycałam się tymi domami, tymi wzorami z cegieł, pstrykałam kolejne zdjęcia i zastanawiałam się, jak to dokładnie robiono po kolei, A. skomentował, że chyba minęłam się z powołaniem. W budowlance może powinnam pracować? Tam na pewno by mnie tego nauczyli :)
Ale czyż nie jest to piękne?


środa, 6 września 2017

Szkoła...


....rusza pełną parą.






My zaś jeszcze wspominamy wakacje... i jednocześnie chwytamy się za naukę :)














Izabela była przerażona, że sobie nie poradzi z materiałem, bo przecież to literowanie wyrazów(spellings) testy, do tego tabelki matematyczne.... prawie się popłakała. To wszystko miało miejsce w wakacje. Od pierwszego dnia zajęć nasze najmłodsze dziecko tryska radością. Zna miejsce na linii, wie, gdzie stanąć, co robić. Rankiem, kiedy wysiadamy z auta, zanim zdążę je zamknąć, Iza już jest w połowie drogi do budynku. Nie czeka na mnie, nie ogląda się, po prostu pędzi jak na skrzydłach wiatru. Chwilę potem bawi się z koleżankami, gra w klasy, itp. Cieszę się, że tak szybciutko odnalazła się w nowym budynku, w nowej sytuacji.
Pierwsza poważna praca domowa już za nami i też poszło gładko. Wszystko zapisała sobie w swoim specjalnym notesiku do zadań domowych, wykonywałą kolejne polecenia i odfajkowywała te zakończone. Oby tak dalej.











Monika jest zadowolona ze szkoły, na ile Monika może cieszyć się szkołą. To buntownicza, niespokojna dusza i źle się czuje w czterech ścianach, a już fatalnie w łąwce, otoczona zasadami. Na szczęście jej nauczycielka na razie "nie podpadła"; może troszkę, zadając strasznie dużo pracy domowej.









Gosia nadal dzielnie poznaje szkołę, odrabia pierwsze, sążniste zadania domowe, uczy się... Potwierdza, że początki są trudne w nowym miejscu, że trzeba się we wszystkim zorientować, ale widzę, że drugi tydzień już idzie jej łatwiej. Irlandczycy ostrzegali mnie, że przed Bożym Narodzeniem nie mam co liczyć na aklimatyzację dziecka, bo jest strasznie trudno. Myślę, że z Gosią pójdzie to trochę szybciej.
I oczywiście nowy element w układance... pojawia się pierwsza sympatia. Tubylcy chętnie szafują słowem "boyfriend", którego ja w tym wieku nie uznaję. Ma przyjaciela, ale sugerujemy jej, że źle by się stało. gdyby przez kolegę nauka poszła w kąt... Zobaczymy, jak to się potoczy.






sobota, 2 września 2017

Ach co to była za czas...





... czas, który już minął, czas wakacji...


Nie moge uwierzyć, że całe to wielomiesięczne czekanie - bilety kupiliśmy w grudniu poprzedniego roku! - już zakończone i pozostały tylko wspomnienia....

Na początku sierpnia wyjechaliśmy do PL. Nie chwaliłam się tym szeroko, bo i po co?

Tuż przed wyjazdem zgromadziłam wszelkie książki i pomoce szkolne dla dziewczyn na przyszły rok, zakupiłam nowe umundurowanie - w tym zupełnie nowe do szkoły średniej, do której idzie najstarsza córka, opłaciłam wszelkie możliwe do opłacenia opłaty, zgromadziłam drobiazgi z Wyspy i polecieliśmy...  startując tuż przed świtem...

Teraz jesteśmy już  w domu i wspominamy to, co przeżyliśmy w PL... chwytamy życie za bary i zaczynamy nowy rok szkolny.

Gosia miała swój pierwszy dzień w poniedziałek. Poszła tylko na 2 godziny, żeby zapoznać się ze szkołą, posłuchać jakichś wykłądów, itp. Wróciła zadowolona, z czego się cieszę, choć nie łudzę się, że tak będzie non stop.
Jej pierwsze wyjście do nowej szkoły pokazało mi, że to już inny etap. Podeszła do drzwi, wzięła plecak, powiedziała: pa mamo! i - wyszła.... moje najstarsze dziecko właśnie powoli się usamodzielnia...

Kolejne dni upłynęły pod znakiem poznawania nowej szkoły, zasad, nauczycieli, itp.




Młodsze dziewczyny też mają za sobą pierwsze dni - zaczęły od środy - i na chwilę obecną, obie są zadowolone z nauczycielek.

Na razie tyle po wakacyjnej przerwie :)