czwartek, 21 kwietnia 2016

Codzienność...



....niby tak samo, ale zawsze coś innego; jak to moja sąsiadka stwierdziła: nie może być tak, że wszystko toczy się ustalonym rytmem, zawsze musi być jakaś niespodzianka. Najczęściej taka, że rodzice muszą albo kombinować, co by tu z dziećmi zrobić, kiedy są w pracy, albo wyciągać portfel na kolejne opłaty.

W szkole początek i koniec roku - bo już powoli zbliżamy sie do finiszu! - to czas, kiedy są nawiększe wydatki.
Najstarsza zaczęła teraz kurs pływania(opłata) - dumna niesłychanie, bo zalicza wyższy poziom, którego się bała. Ledwo wysłałam pieniądze na basen, to już musiałam szykować kolejne, na kurs karty rowerowej. Nie powiem, fajna rzecz, bo specjalna firma przywozi kaski, rowery , jednym słowem cały potrzebny sprzęt do szkoły i tam uczą dzieciaki przepisów i prawidłowej jazdy na drodze. Oczywiście to kolejna opłata, a jakże.
Ledwie ochłonęłam przez "łikend", a tu znowu najstarsza przychodzi z wiadomością o wycieczce szkolnej w miejsce, gdzie będą taplać się w błocie i my mamy za to zapłacić :) No nic, jakoś to będzie. Tylko to powiedziałam i Małgosia, i Monika, przyniosły notki o opłacie na książki na kolejny rok.... a szykują się jeszcze przecież kolejne wydatki na wycieczki szkolne dwóch pozostałych dziewczyn... nic, tylko trzymaj się za kieszeń.

W międzyczasie Gosię zaopatrzyliśmy w okulary. Narzekała od jakiegoś czasu, że coś nie tak z jej widzeniem. Okazało się, że potrzebuje okularów - nie mocnych, ale takich, żeby poprawić jej odbiór rzeczywistości, zwłaszcza podczas czytania. Wychodzą tu godziny ślęczenia nad książkami, często w ukryciu przed rodzicami.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak Gosia w ostatnim półroczu się zmieniła. Widać to w dobrym i tym złym zachowaniu. U optyka to ona podjęła decyzję, które oprawki chce wziąć. Artur - bo to on tam z nią był - dzwonił, żebym przyszła i interweniowała. Przyszłam, ale tylko po to, żeby się z  nim nie kłócić przez telefon. Uważam, że na tym etapie, Gosia niektóre rzeczy powinna wybierać sama. Mało jeszcze marudzi co do ubrań - a ma juz 12 lat - i większośc to ja kupuję, a ona akceptuje. Powoli jednak to się zmienia i pozwalam jej na pewne decyzje - w granicach rozsądku.
Moje najstarsze dziecko jest zachwycone swoimi okularami. Od razu poczuło się ważniejsze, doroślejsze i jakoś tak inaczej się zachowuje.



W momencie zaczytania nie zauważyła, że robię jej zdjęcia:


Nawet nie zwróciła uwagi, że pstrykam fotki, kiedy przygotowuje sobie jedzenie! Takie zdjęcia na luzie, z Gosią, to wyjątki.




Monika prosiła się o swoje ujęcie i to koniecznie podczas jedzenia :) Monika jeszcze się nie zmienia. Wciąż jest małym, rozbieganym dzieciakiem, który ma niezwykłe predyspozycje matematyczne i kocha wszelkie łamigłówki matematyczne. Do tego chce być małym dzieckiem, które się przytula.



Tymczasem Izabelcia... odkrywa świat książek. Fascynuje ją możliwość, którą odkryła jakiś czas temu. Literki układają się w słowa, a te w zdania! Widzę w niej przyszłą czytelniczkę.




Wzięła się nawet za polski elementarz i początek idzie jej nieźle. Aż żałuję, że nie zapisałam jej do libratusa!



Właśnie, odnośnie libratusa.... wysłaliśmy dokumenty do naszej stacjonarnej szkoły w Polsce, tam je sprawdzili i dziewczyny dostały już dostęp do swoich kont. Mogą zaczynać przerabiać materiał, który pomoże wdrożyć się zarówno im, jak i mnie, w działanie projektu.

Wracając do Izabelki... Straszna z niej gadułka. Ostatnio poszłam do ogromnego sklepu z ubraniami w celu nabycia kiecki na komunię(to już za dwa tygodnie). Wybrałam 4 modele, poszłam do przymierzalni i tu się zaczęło. Tego dnia byłam z Izą i Gosią, obie weszły ze mna do środka. Iza, na cały głos(a w wielkim, prawie pustym pomieszczeniu głos się niesie, zwłaszcza taki donośny) zaczęła komentować moje działania:
-Nie, ta nie jest ładna. Za krótka, prawda mamo? O tu coś wystaje, a co to, moge pociągnąć? O, za ciasna, potrzebujesz większej, bo guzik nie dostaje. Gosia nie zasunie, nie, nie da rady. Musisz mieć duuuużą sukienkę(budujące, prawda?) Ta jest piękna, ma takie koraliki.... Nie podoba ci się? Dlaczego, ja ja lubię. Koraliki cię drapią? Mnie też czasem coś drapie. Myślę, że powinnas ją wziąć, bo taka piękna. O, żadnej nie chcesz? To wiem, co zrobimy! Pójdziemy i wybierzemy kolejne i znowu będziesz przymierzać!

jednak nie... po tych czterech się poddałam i postanowiłam, że albo pójdę w sterej kiecce - w końcu świat się nie zawali, albo przyjadę sama(może z Gosią) i wtedy będę czegoś szukać.
Na razie jestem na etapie trawienia informacji, że albo ja jestem taka gruba, albo oni zaniżają rozmiarówki. Przychylam się do tej drugiej opcji oczywiście, ale nadszedł czas, żebym przyzwyczaiła się do myśli, że nigdy nie byłam fligranowa i nigdy szczupła nie będę. Jak już pogodze się z tym, będzie mi przyjemniej żyć. :)


A tymczasem w kuchni... chleb żytni na zakwasie:



Wiecie, że ja nawet nie wyobrażałam sobie, że coś może wyrosnąć bez wspomagania choćby drożdży? A jednak... Mój chleb jest dość płaski, bo porcję dzielę na dwa szklane naczynia, aby Artur miał podzielniejsze bochenki do pracy. 

W ogrodzie się dzieje, bo temperatury podskoczyły, spędzam więc tam troszkę czasu, żeby wszystko ogarnać. Nadszedł czas systematycznego koszenia trawników. Moja kosiarka potrzebowała naostrzenia noży - po dwóch czy nawet trzech latach intensywnego koszenia naszego ogródka i sąsiedzkiego. Przyszedł sąsiad, żeby pożyczyć sprzęt, jako ze trawa u niego też rośnie tak samo szybko. Usłyszał, że noże są strasznie stępione(że w zasadzie nie były ostrzone od czasu, kiedy on to zrobił), stwierdził, że popatrzy. Jego "patrzenie" skończyło sie tym, że mam wyczyszczoną, naostrzona i z lekka naprawioną kosiarke. A. zapytał, czy nasz sąsiad nie potrzebuje pożyczyć jeszcze czegoś, co przy okazji by naprawił :), na przykład rowerka Izy. Niestety, ten okazał się za mały.

Znikam :)



niedziela, 17 kwietnia 2016

Slieve Bloom Mountains po raz .... kolejny


Tak koło 13, w niedzielę, wybraliśmy sie w nasze pobliskie góry Slive Bloom. Parking był zapełniony po brzegi, a nawet sie przelewało, można powiedzieć. Nie było jednak tak, żeby gdzieś nie upchać auta.
 Po załadowaniu plecaków, dzieci podjęły decyzję, którą ścieżka idziemy i wybrały trasę "naokoło",  a nie "w dół". To są ich własne określenia tamtejszych szlaków, które znaja już na pamięć.

Najpierw drewniana ścieżką przez tereny podmokłe:


Drzewa jeszcze bezlistne, ale za to rysunek pni i faktura kory zastępuje doznania estetyczne związane z zielenią.



Krótkie przystanki w oczekiwaniu na mnie, bo jak to Iza określiła - mama potrzebuje jeszcze jednego zdjęcia pnia.






Popołudniowe słońce dodawało klimatu i tak klimatycznym miejscom:






Zanim wyszliśmy na tę drogę, Izabelka zaliczyła kąpiel w błocie. No cóż... zdarza się. Zanim dotrzemy do auta, wszystko zdąży wyschnąć i odpadnie :)



Wszędzie pełno było maleńkich strumyczków, spływających z wyższych partii gór.



Zaczęliśmy skręcać i schodzić w dół.




Ten etap jest prosty, bo trzeba tylko uważać na mokre i śliskie deski i takie samo podłoże. Generalnie jednak, nawet jeśli  ktoś zaliczy upadek, to wyląduje w krzewinkach wrzosów, więc jeszcze nie tak najgorzej.



Potem zaczęło sie trudniej, bo ścieżka - już głównie gliniasta i mokra od licznych strumyczków, biegła naokoło zbocza góry. W dole płynęła rzeka, dość wartka po deszczach. 



Na zdjęciu widać po prawej stronie trawiasto-krzewinkowe zbocze góry. Można tędy spokojnie zjechać w dół, aczkolwiek nie polecałabym tego nikomu. Dziewczyny zaznajomione z trasą, wiedziały, że muszą tutaj być ostrożne.




Po jakimś czasie znowu było łatwiej. Teraz otaczały nas liczne brzozy.



I tak dotarliśmy do górnego wodospadu, gdzie zatrzymaliśmy się na picie i lekki posiłek.



I zdjęcie tegoż wodospadu, ale z samej góry.



Troszke niżej wygląda już  lepiej, to znaczy tak, jak wodospad powienien wyglądać:


Potem kolejnych kilka "stopni" w dół i kolejny wodospad.



Trzeci już nie załapał się na zdjęcie, bo jakoś tak szybko doszliśmy do skalnego koryta rzeki. Artur przezornie postanowił się tam nie zatrzymywać, żeby dzieci nie skąpały się, jak to było rok temu. Pozwolił im tylko umyć ręce i to wystarczyło. Monika wylądowała siedzeniem w wodzie - lodowatej wodzie!. Nie popłakała się, ale wyciszyła za to do końca wycieczki. Dobrze, że w aucie mam koc. Rozebrała się i owinęła nim, i tak dojechała do domu. Nauka na następny raz: jedziesz w te góry, bierz ubrania na zmianę dla swoich pociech.



Jedno z drzew po zimowych huraganach. Dziewczyny podziwiały jego wielkość. W zasadzie wielkość górnej partii korzeni(najstarsza ma 1.55cm wzrostu, więc podniesiona ziemia jest calkiem spora).


Ten sam "gigant" - określenie moich pociech - z drugiej strony. Wiele takich leżało, bo też ostatnia zima zafundowała nam chyba z 9 solidnych huraganów.



Zdjęć z wycieczki to nie koniec, będzie następna seria, bardziej przyrodnicza, niż rodzinna.

sobota, 16 kwietnia 2016

Jak się coś psuje...




...to nie jedna rzecz, a kilka.

Zaczęło się od termomiksu - tak, od termomiksu. Od roku już(a może nawet dłużej) wydawał dziwne dźwięki podczas zamykania. Czasem rączka zamykająca z lekka się blokowała, czasem nie. Pewnego pięknego ranka zauważyłam, że nie mam już zmielonej kawy. Wyciągnęłam wór ziaren, wsypałam do termomiksu i ... ten się zaciął kompletnie. Pokrywa sie nie zamykała i koniec.
Ponieważ byłam jeszcze z lekka śpiąca, nie mogłam zaakceptować tego co widzę, nie dochodziło to do mnie w pełni, ale w pewnej chwili dotarło i.... Nie! Niemożliwe, już się popsuł!? Po zawiezieniu pociech do szkoły, konsultacji z koleżanką w PL, potem telefonie do babki, która nam tutaj go sprzedała, przyszedł czas na telefon do serwisu. Z Irlandii, pani przełączyła mnie pięknie do Anglii(o czym nie wiedziałam, na szczęście miałam środki na koncie) i tam już przedstawiłam facetowi problem.
I jak to jest w elektronicznych urządzeniach: facet poprosił mnie o numer, który się wyświetla podczas blokowania zamknięcia. Uprzejmie go poinformowałam, że zaraz włączę TM i mu podam tenże numer. I tu termomiks zrobił niespodziankę i zadziałał bez najmniejszego szmeru. Patrzyłam jak oniemiała, a facet skomentował to tylko stwierdzeniem: zawsze tak jest. Wziął ode mnie namiary, w zasadzie chyba nie musiał, bo maja nas na swojej liście, ustalił termin przyjazdu kuriera i polecił spakować urządzenie.
Wszystko zrobiłam, kurier przyjechał, zabrał mojego "przyjaciela" i po tygodniu dostarczył na nowo. Naprawiony, sprawny. Wymieniono mu zamknięcia i działa, jak należy.
Wiecie, że dopiero teraz, kiedy przez tydzień go nie było, zobaczyłam jak sie przyzwyczaiłam do wygody, szybkości i wielu ułatwień. Termomiks działa u nas każdego dnia na pełnych obrotach. Miele ziarna na kawę, mąkę, przygotowuje surówki, musy do picia, gotuje budynie(już nie kupuję tych w torebkach), zupy, zupy kremy, miele mięso, itd. Dzieci też były rozczarowane, bo nagle nie miały smoothie bananowego czy sorbetów.

Nawiązując jednak do wpisu...
W dniu, kiedy przyjechał termomiks, z samego rana rozwaliłam szybę piekarnika. Zewnętrzną szybę, na której górny kant spadł słój z daktylami. W jednej sekundzie szkło wygladało, jak spękana szyba samochodowa. Tymczasem w piekarniku już stało naczynie z chlebem! Co zrobiłam? Po szybkiej konsultacji z małżonkiem, włączyłam piekarnik, wszak wewnętrzna szyba była cała. Żeby nie sypać szkłem dookoła, użyłam mojej niezawodnej, brązowej taśmy(tej, którą sklejałam samochód i jeździł kilka miesięcy). Drzwiczki wyglądały tak:



Może niezbyt pięknie, ale funkcjonalnie. Potem musiałam podoklejac taśmę jeszcze w kilku miejscach, bo od góry wszystko sie wysypywało.




Tak "działaliśmy" przez cały tydzień. Miałam pojechać na tutejszy szrot i poszukać szyby, ale w sumie zostawiłam to A. - niech mężczyzna załatwia takie sprawy. Ja szukałam na stronach internetowych i wyszło, że zamawianie szyby, czy drzwi, jak w naszym przypadku - zupełnie się nie opłaca.
Na szrocie przejrzeliśmy wszystkie dostępne piekarniki - rozmiar znormalizowany, więc nie było problemu, jaka firmę wybierać. Niestety, albo były rozlatujące się, albo tak obleśnie usyfione, że raczej bym tego nie doczyściła. Naprawdę, nasz 6-letni piekarnik, jego tacki i ruszty wyglądaja jak nowe, z lekka tylko zużyte; tamte były po prostu obrzydliwie zapieczone i do tego zniszczone, bo praktycznie każdy miał zdartą warstwę emalii. Co robić? Po objechaniu okolicznych punktów złomu, A. zabrał mnie do naszego wielkiego miasta i tam zaczęliśmy oglądać nowe piekarniki. Babka zaproponowała nam duży upust(może produkt im nie idzie? - śmieszne, jak zawsze podejrzewamy taka lub podobną opcję) i nawet zaczęłam sie zastanawiać, czy warto go kupić, kiedy A. spojrzał na mnie i powiedział do babki - kupujemy. Decyzje podsumował jednym zdaniem: nie miałem ochoty siedzieć tam jeszcze 2 godziny zanim podejmiesz decyzje. I tak oto już jest:




Ucieszyłam się, że teraz będę mieć więcej tacek do piekarnika - wszak użyję starych, zamiast je utylizować. Kiedy otworzyłam drzwi, coś mi nie pasowało:




Piekarnik, a w zasadzie jego wnętrze - jest o 5cm szersze w stosunku do starego. Nie jest tak zabudowany w środku i niestety, ale stare tacki sa nieprzydatne.

Piekarnik sprawdzony. Upiekł mi dziś dwa bochenki chleba, które od rana na niego czekały i rosły powolutku.



Ciekawe czy to koniec napraw i niespodziewanych wydatków?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Zaczytana




...w Follecie i innych.



Wpadła mi rękę książka "Hammer of Eden"(Młot Edenu) K. Folleta. Najpierw leżała dwa tygodnie, potem pomyślałam, że zaraz będę musiała odnieść ją do biblioteki, albo przedłużyć termin, więc zaczęłam czytać... I wsiąkłam. Dwa dni i książka zaliczona.
Ludzie, którzy walczą o prawo do życia wedle swoich zasad, w odcięciu od świata. Czy można walczyć o to za wszelka cenę? Czy można walczyć o życie w zgodzie z naturą i aby to osiągnąc zabić człowieka/ludzi... kto ma rację?

Przeczytaną odniosłam do biblioteki, wzięłam kolejną Folleta, ale przy okazji wpadła mi w oko ta:




Nie wiem, czy jest tłumaczenie polskie, ale powiem Wam tak: piękna, urzekająca książka, przenosząca czytelnika do świata naszego dzieciństwa, no przynajmniej mojego.
Wychowywałam się na wsi, w czasach, kiedy niewiele było, kiedy jeszcze jeździliśmy na łąkę wozem drabiniastym, zaprzężonym w konia i zbieraliśmy siano - moi rodzice  czy babcia bardziej niż ja oczywiście. Ja miałam swobodę i czerpałam przyjemność z tych dni całymi garściami!, choć wtedy o tym nie wiedziałam, a może nie zdawałam sobie sprawy.
Pamiętam żniwa, jakie opisuje autorka, chodzenie na grzyby, świnobicie i nawet! rwanie pierza u sąsiadów. Ależ to była frajda dla dziecka.
Teraz nagle ta książka przeniosła mnie do tamtego świata, tym bardziej pieknego, że nieosiągalnego. Tym bardziej pożądanego, bo niemożliwego do przywrócenia. Wtedy bardziej liczyło sie "być" niż "mieć".
I dodam jeszcze tylko: mało ważne, że ona mieszkała w Irlandii, a ja  w Polsce, bo życie na wsi wszedzie było piękne i ciężkie zarazem.

Do tego wszystkiego książka jest pisana wspaniałym językiem, z poczuciem humoru; niektóre teksty sa przekomiczne. Wyobraźcie sobie lata 50 i akuszerkę odbierająca dziecko, które urodziło się trochę wcześniej, niż wychodziłoby to z kalendarza poślubnego. Wszyscy dookoła wiedzą o co chodzi, a ona komentuje to tak: to wspaniałe że mieli już tyle dokonań, zanim wzięli ślub :)

I tyle.




niedziela, 10 kwietnia 2016

Podobnie, jak rok temu



...na początku kwietnia nas "wywiało i zamroziło".

 Rok temu było to w marcu, ale też nastąpiło po pięknej już pogodzie.



Spadł wtedy naprawdę solidny śnieg, tyle, że zaraz zniknał. Archiwalne już zdjęcie dawnego auta :)


Teraz posypało nas gradem i to nie jeden, nie dwa, ale chyba z pięć razy tego samego dnia. Powietrze gwałtownie się oziębiło i znowu trzeba było podkręcić grzejniki.
Wyczyszczony przez znajomego taras czeka na zaimpregnowanie i doczekać się nie może. To deszcz, to grad, to wciąż mokra powierzchnia... a tu trzeba skręcać stół na taras i jeszcze też go dokładnie zalakierować!



Kwiaty jakoś przetrwały gradobicie, całe szczęście, bo dopiero zaczynaja rozwijać pąki i szkoda by było ich wysiłku.



I pomyśleć, że dzień wcześniej było tak pięknie:



I na koniec pozdrowienia od ubranej zawadiacko Izy, którą nieustannie interesuje pudło ze spakowamy, tarasowym stołem:


piątek, 8 kwietnia 2016

Libratus - pierwsze doświadczenie



Jak już wspominałam wcześniej w którymś z postów, zaczęłam zastanawiać się nad uczeniem dzieci polskiego w domu. I to nie tyle samego polskiego, co po prostu chciałam kontynuowac szkołę polonijną,  ale w domu.
Tu, bardzo szybko odpowidziała mi Fidrygauka i umieściła nawet stosowny post. Zachęcam do przeczytania całości, łącznie z komentarzami.

Powiem szczerze, przestraszyła mnie do tego stopnia, że wiele dni, jak nie tygodni, minęło, zanim zapisałam dzieci na stronie libratusa. I dodam tylko, że zrobiłam to, bo moja sąsiadka, której wspomniałam luźno o takiej możliwości, przyszła do mnie i oznajmiła, że ona DZIŚ ma rozmowę z psychologiem. Właściwie nie ona, a dzieci. To był taki jakby kopniak: jak to! A ja się waham!!!? i tak się wszystko zaczęło.

Zarejestrowałam się na stronie libratus (nienawidzę tej części, dlatego nie używam serwisów ani innych podobnych stron, bo wszędzie musisz zakładać konta) ponieważ potem korzysta się z materiałów za pomoca właśnie tego konta. Wypełniłam potrzebne formularze pytające głównie o zaawansowanie dziecka w języku polskim(z tym, ze nie ma przymusu odpowiadać na te pytania; skoro jednak nie chcemy odpowiadać, to jaki jest właściwie sens rejestracji?, zapytajmy się sami) i przeszłam do etapu wyboru terminu spotkania z psychologiem. Przy zapisywaniu każdej z dziewczyn dostałam do wyboru dwie osoby. Ponieważ były zdjęcia, dzieci wybrały sobie te panie(u Gosi był też facet do wyboru, ale z automatu odpadł), które wydawały sie im sympatyczne. Po tym, pozostało czekanie na rozmowę.
Nie powiem, dzieci były w ogromnym stresie: wszak trzeba rozmawiać z zupełnie obca osoba i to po polsku! Dobrze, że nie wiedziały, że będą jeszcze robiły testy. Podejrzewam, ze nie zgodziłyby sie wcale na tę rozmowe.

W wyznaczonym dniu i wyznaczonej godzinie, panie kontaktowały się z nami przez skype. Rozmowę zaczynałam ja, pani psycholog widząc spięcie dziecka zaczęła od luźnych pogawędek i powoli przeszła dalej i poinformowała o małych testach, w które chciałaby się zabawić. I tak to się zaczęło.
Nie muszę chyba dodawać, że sama siedziałam obok napięta do ostatnich granic!? Dzieci w tym czasie radziły sobie z pytaniami lepiej lub gorzej. Pytań było około 40, dla starszej z dziedziny historii, geografii, polskiego, matematyki, biologii z przyrodą i znajomości Polski. Młodsza miała tylko matematykę, polski, przyrodę i znajomość Polski. Wszystko to było proste i dzieciaki przeszły przez testy migiem. Oczywiście nie tak, że zrobiły to pięknie :) Popełniły błędy, poprzekręcały słowa, ale poszło.
Monika na przykład wpadła w zachwyt nad możliwością klawiatury komputera(na tabletach jest trochę inaczej) i znakami polskimi, i pisząc dyktando, gdzie tylko pojawiła się możliwość, wstawiała znaki polskie, bo tak ładnie wygladały i super się klika :)I tak słówko "się" to: śię, a wyraz zima, przeszedł w źimą. Skamieniałam, kiedy zobaczyłam ten popis! Próbowałam nawet lekko naprowadzić Monikę mówiąc: czy jesteś pewna, że wszystko dobrze napisałaś?, ale ona nawet nie słuchała, zafascynowana pisaniem. Co ciekawe, kiedy pisze długopisem polską prace domową, już sie tak nie wyżywa w polskich znakach i popełnia znacznie mniej błędów.

Generalnie, po około godzinie, rozmowy z paniami psychologami były zakończone, a dzieci zakwalifikowane do odpowiednich klas. Zarówno Gosia, jak i Monika, odeszły zadowolone od komputera. Nie odczuły tego jako jakiegoś złego doświadczenia i mało tego, od tamtego czasu, każdego wieczoru, siadają ze mną i ćwiczą czytanie po polsku. Czasem jest to tak późna pora że mi się już nie chce, ale przecież im nie odmówię.

Teraz już przechodzimy etap gromadzenia dokumentów i niedługo będziemy mogli korzystać ze materiałów na stronie. Ciekawe, czy dzieciom wystarczy zapału? A mnie, czy wystarczy cierpliwości? Mój mąż powiedział jedno: do nauczania czy to dzieci, czy dorosłych, to ty sie nie nadajesz. Tracisz cierpliwość w sekundzie po tym, jak coś powiedziałaś i nie daj Boże ktoś nie zrozumiał. Przyznaję, nie jest to dobra prognoza, ale po 5 latach jeżdżenia do szkoły polonijnej i spędzania tygodniowo około 7-8 godzin na ten obowiązek + praca domowa, nie wiem, czy nie wyjdzie na to samo, tylko może z lepszym efektem.
Nie krytykuje tu szkoły polonijnej, nie. To był wspaniały czas, a jeszcze lepszy dla tych, którzy mieszkaja na miejscu, a nie 30km dalej. I dyrektorka i nauczycielki, wszyscy starali się, żeby było miło. I tak było, ale... te dojazdy i zabijanie czasu(moje dzieci niedawno nauczyły się znaczenia tego zwrotu i teraz "zabijają czas" co jakis czas :) ) w obcym mieście...  Ile czasu można spędzić obchodząc centrum handlowe? Godzinę, maksimum półtorej. Potem i dzieci i ja jesteśmy znudzeni, a czasu mieliśmy prawie 6 godzin co tydzień!!!! To najbardziej mnie wkurzało i było ostatnia kroplą, która przelała czarę. Zobaczymy, jak to pójdzie dalej.


sobota, 2 kwietnia 2016

Powrót na chwilę... ?




Jakoś opanowuję laptopa. I tak, jak mąż przewidywał, to nie tylko linux winny wszystkiemu :) ale też sam sprzęt. Teraz pracuję na linux ubuntu - wciąż wolę go niż windows vista - ale działa wolniej niż linux mint. Z tym, że sprawia mniej problemów(prawie żadnych nie mam w tej chwili) niż mint, w którym cały czas jakieś sterowniki nie pasowały do czegoś i kopały system. Mniejsza o większość.

Zaległe sprawy, to oczywiście mój ogród i kolejne żonkile - tym razem w wersji pełnej:






I pierwiosnki z wyprzedaży, które już po tygodniu w ziemi, zadbane, dały znać, że zamierzają ruszyć z kwiatami pełną parą:




W cieniu, tymczasem, bluszcze opanowują kolejne centymetry murów:



Fiołki, do spółki z bluszczami, rozrastają się i kwitną na potęgę:






Jeden słoneczny dzień - w dodatku bardzo ciepły - sprawił, że dzieciaki wyciągnęły fotele ogrodowe i cały swój sprzęt motoryzacyjny:



Przy okazji chwalę się poduchami, jakie uszyłam na fotele ogrodowe. Wykorzystałam stare jaśki, które były już zbyt "sflaczałe" na bycie jaśkami. Uszyłam rodzaj poszewki na 3 poduszki, przyblokowałam je w środku, żeby się nie przemieszczały i teraz czekają na pokrowce, które dopiero się szyją. Dzieciom oczywiście to nie przeszkadzało i zaanektowały poduszki w wersji "nie do oglądania".



Pozostałe fotele poszły do zabawy w tworzenie bazy:



Izabelka zaczęła śmigać na dwóch kółkach! Ćwiczyłam to z nią kilka razy już zimą, denerwowała się, rzucała rowerem, a tydzień temu jeden, jedyny  raz z nią wyszłam i poszło!




Jeszcze nasze zaległe zdjęcie z kościoła  w Portarlington. Wielka Sobota i święcenie pokarmów. Irlandzki ksiądz koniecznie chciał zdjęcie z dziewczynami :), one też nie protestowały :)




I na koniec taka krótka informacja - zapisałam dziewczyny do szkoły polonijnej Libratus; wczoraj miały rozmowę z psychologami. O tym będzie kolejnym razem, bo jest o czym pisac, ale było więcej niż dobrze!