niedziela, 6 marca 2016

Przez Góry Wicklow...



...dwa dni pod rząd, podczas sierpniowych wyjazdów.


góry pokryte kwitnącymi wrzosami:

 Zdjęcie Ani

Otaczająca cisza - niekiedy przerywana odgłosem pojazdu mechanicznego - jest wszechwypełniająca:

Zdjęcie Ani

I w końcu Glendalough i jej zielone lasy...

Zdjęcie Ani

 Miejsce wyjątkowe, choć widziane już nie pamiętam który raz:
 Zdjęcie Ani

I Szlak Górników, tym razem na przełomie lata i jesieni:



Nasze najstarsze dziecko samotnie wędrujące wśród gór



Małe "łatki" lasów na zboczach gór:


I drugi brzeg jeziora:



W końcu jesteśmy między górami:


W mojej opinii była to chyba jedna z najlepszych wycieczek dla dzieci. Te wszystkie strumyczki, kamienie i kamyczki, skały... Dzieci miały całe mnóstwo zajęć.



Ależ zabawa...:



Na koniec kilka zajawek przyrodniczych.



Wodospad, do którego wciąż nie dotarliśmy i oglądamy go tylko z daleka:






Cóż tu mogę napisać...obejrzyjcie sami.










poniedziałek, 29 lutego 2016

Szydełkowe prace




W zimie, od czasu do czasu, dziergałam jakieś małe rzeczy, ale nigdy nie zdarzyło się, żeby je pokazać.

Jakiś czas temu miałam wyszydełkowane kolorowe sześciokąty z resztek nici, jednak pierwotny projekt zmienił postać, postanowiłam je powoli wykorzystywać. I tak powstały sowy:



Sowy są dwustronne i dzieciaki porwały je do zabawy, a potem zdecydowały się zrobić z nich zawieszki do plecaków.


Moje sowy to prototypy i próby ogarnięcia tego tematu :) stąd są jakie są. Trochę dziwne, trochę śmieszne i pokraczne, ale co ciekawe, właśnie takie przypadły moim dzieciom do gustu. Zresztą nie tylko moim dzieciom, bo koleżanki Moniki pytają, czy dla nich też takie zrobię?
Wydaje mi się, że zawsze tak jest: za każdym razem, kiedy powstaje coś mało udanego, dla dziecka staje się to ukochaną zabawką, którą wszędzie ciąga i chwali się, że to mama zrobiła. Ja tymczasem czuję się głupio, bo to nie tak miało wyglądać, miało być lepiej, piękniej...


Z resztek bawełnianego sznureczka powstała szydełkowa torebeczka na drobiazgi; potem kolejna z różowobiałej włóczki. W zasadzie nie torebeczki, jak woreczki, zwał, jak zwał, ważne, że dzieciakom się spodobały i są wykorzystywane:




Wiązania wydziergałam z takich naprawdę ostatków. Nie robiłam łańcuszka, ale cos takiego dziwnego, co mi wpadło do głowy:



I na koniec... zaczątki szydełkowego szaleństwa:


Dwie chusty węzłami salomona. Ta łososiowa była robiona na próbę i w dodatku z resztek włóczki Gucci, zakupionych chyba z 10 lat temu. Stąd musiałam dodać angorę w odcieniu... delikatnie kremowym. Z angory powstają kwiatki, ale to nie będzie koniec.




Kolejna chusta robiona jest z włóczki Kid Mohair, cieniutkiej jak pajęczyna. Wzór będzie dokładnie ten sam, jako że wypróbowałam go na nieco grubszej włóczce i bardzo mi się spodobał.



Ta nić daje niesamowity, mgiełkowy efekt. Zastanawiam się, jak by się zachowywała, gdybym połączyła ją z delikatną - równie cieniutką - nicią lnu? Ale to takie przemyślenia na ewentualna, trzecią chustę.


Włóczka delikatnie gryzie, ale mnie to nie przeszkadza, a w naszych warunkach pogodowych sprawdza się idealnie.

piątek, 26 lutego 2016

Wzdłuż wybrzeża...



...czyli wybrane zdjęcia z różnych etapów naszej wycieczki po zachodniej stronie Wyspy. Będzie trochę namieszane, bez chronologicznego ułożenia.


Widoki, jakie sie tam roztaczają, porywają serca i przykuwają wzrok nie tylko tych, którzy zwiedzają Irlandię pierwszy raz.

Zdjęcie autostwa Ani

Ania zachwycałą się tutejszymi krowami i namiętnie robiła im zdjęcia. Co ciekawe, owce - prawie wizytówka Irlandii - wcale nam nagminnie nie wchodziły w drogę. Nawet, powiedziałabym, że bardzo sporadycznie się pojawiały. A kiedy już były, spały na poboczu i maszerowały środkiem jezdni(takie rzeczy popularne są np. w Curragh, przez które przejeżdżamy nagminnie), to bateria wysiadła w aparacie. Zamiast owiec mamy więc krowy:

Zdjęcie autostwa Ani

W Doolin zatrzymaliśmy się rankiem drugiego dnia naszej wycieczki, kiedy niebo zasłaniały ołowiane chmury i mżawka równo padała. Na szczęście po jakimś czasie zaczęło się przejaśniać, mżawka ustała i nawet słońce nieśmiało wychylało się zza chmur.
W Doolin jest mały port, skąd odpływają stateczki na Wyspy Aran i Klify Moheru. Kiedy przechodziłam, dwa razy zaczepiali mnie z zapytaniem, czy nie chciałabym się załapać na wycieczkę, a widząc pokaźną gromadkę dzieci, proponowali od razu ceny ze zniżkami. Gdyby nie to, że przynajmniej dwie osoby cierpiały na chorobę lokomocyjną(a tego dnia wiał dość silny wiatr, baliśmy się, że dla nich wycieczka będzie w formie "przewisu przez burtę" i trudnego rozstania ze śniadaniem), to pewnie zdecydowalibyśmy się popłynąć.



Zeszliśmy nad wodę i tego dnia tylko tyle. Moczenie w Atlantyku dzieci i ja zaliczyliśmy wieczorem, dnia poprzedniego. A jaka afera z tego wyszła! Dzieci miały ze mną zejść do wody, zamoczyć stopy i tyle, ale wiadomo, fale, pluskanie... i nagle przyszła taaaaaka fala i zalała dzieciaki do pasa. Jak już były takie mokre, to pozwoliły sobie usiąść na piachu i kolejna fala nie miała już najmniejszego problemu z zamoczeniem ich całkowicie. Oberwało się mnie, że jedyna dorosła, a taka niepoważna, bo ubrania zostały w B&B, a tu wieczór zapadał i robiło się coraz chłodniej. Do tego jak wsiąść do samochodów w totalnie przemoczonych ciuchach? Przyznam, że kiedy pluskaliśmy się w wodzie, to o tym nie pomyślałam :)
Za to następnego dnia miałam satysfakcję, bo bez tego przemoczenia, dzieciaki znajomych nie zaznałyby Atlantyku na wyjeździe.



Widzicie te jasne skrawki nieba? Pogoda robiła wszystko, żeby nam sprzyjać :)


Uwielbiam te spienione grzbiety fal...




Lisdoonvarna (dzień pierwszy, a w zasadzie jego późne popołudnie). Pojechaliśmy na jedzenie, bo po Bunratty i klifach dzieci były wymęczone i wściekle głodne. Wybraliśmy to, co nam akurat wpadło w oko czyli The RitzAnia porobiła im piękne zdjęcia, kiedy czekaliśmy na posiłek:

Zdjęcie autostwa Ani


Tak wygląda ktoś, przed kim stawia się talerz z jedzeniem :) 

Zdjęcie autostwa Ani

Jedzenie było wyśmienite jak dla nas. Obsługa bardzo, bardzo miła.

Zdjęcie autostwa Ani

Jazda wzdłuż wybrzeża. Mogliśmy wybrać drogę większą, lepszą, ale nie byłoby takiej frajdy, jak jechać wzdłuż oceanu drogą R477. Z każdej strony malownicze widoki.

Zdjęcie autostwa Ani

A tutaj tutaj tutaj  to fotki z internetu, z google map.

Po drodze do Burren wstąpiliśmy na plażę, ale jak wspomniałam wcześniej, ten dzień nie nadawał się już do kąpieli w oceanie. Wszyscy zapięli się szczelnie w kurtki, a na samej plaży wywiało nas solidnie.



To wszystko nie przeszkadzał dzieciakom bawić się wyśmienicie.



Czy musze dodawać, że buty były jednak przemoczone? Ponieważ ocean akurat się cofnął, dzieci biegały po odsłoniętej plaży, szukały kamyków i muszelek, a przy okazji co i raz wpadały do maleńkich kałuż utworzonych w zagłębieniach terenu.



Wszystko w otoczeniu nadawało się na umieszczenie na zdjęciu:



Głązy, kamyczki...






A nad plażą górowały zielone górki, trawa szumiała tam i z powodzeniem udawała "zielone wydmy"



Kiedy już byliśmy przewiani do żywego, wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy dalej, wzdłuż wybrzeża:

Zdjęcie autostwa Ani

Deszcz towarzyszył nam non stop, z małymi przerwami, kiedy mieliśmy czas na krótkie przystanki i zdjęcia:

Zdjęcie autostwa Ani

Ocean wszędzie poodsłaniał duże przestrzenie, tworząc malownicze scenerie.

Zdjęcie autostwa Ani

Przebijające sięprzez chmury, promyki słońca robiły naprawdę dobrą robotę. Dzięki nim nie wszystkie zdjęcia wyglądają tak szaro.

Zdjęcie autostwa Ani

środa, 24 lutego 2016

Jak nas Średnia zaskoczyła






Jakiś czas temu byłam na wywiadówce w szkole irlandzkiej i tak, jak podejrzewałam wcześniej, jakichś rewelacji nie usłyszałam, niczym specjalnym mnie nauczycielki nie zaskoczyły. Dzieci uczą się dobrze, nie są problemowe, za to - co według pań ciekawe - w zasadzie prawie najlepsze z języka irlandzkiego. I najstarsza i średnia. Młodsza dopiero zaczyna podstawy, więc trudno tu mówić o wynikach. Wydaje mi się, że irlandzki, jako trzeci język, jest już przyswajany łatwiej i szybciej.

U średniej nauczycielka potwierdziła roztrzepanie, powiedziała, że Monika nie potrzebuje niczego poza kawałkiem papieka, żeby narobić szumu i zamieszania, i rozproszyć siebie i innych. Talent w tej dziedzinie posiadła niesłychany, niestety. Szkoda jej potencjału, bo mogłaby osiągnąć o wiele więcej, a tak, traci sporo przez swą nieuwagę. Matematykę robi jakby mimochodem i wysłana została do innej klasy, żeby robić ją na wyższym poziomie - tego, przyznaję, nie wiedziałam. Nauczycielka też ma cel, żeby Monikę wysłać jeszcze na wyższy poziom, bo mogłaby go spokojnie zrobić, gdyby tylko chciała się trochę bardziej skupić na nauce.
Za to wypłyneło czytanie.... bo dobrze byłoby żeby moje dziecko więcej czytało... I tu zaczęłam tłumaczyć swą pociechę, bo nabrała ona ogromnej niechęci do książek po tym, jak w pierwszej klasie była zmuszana do czytanie rzeczy zdecydowanie dla niej za trudnych. Odrzuciło ją wtedy od lektury, zniechęciła się i koniec. Przestała czytać.

Tymczasem w domu Monika totalnie mnie zaskoczyła. Okazało się bowiem, że ona po cichu, w swoim pokoju, przeczytała wszystkie książki z historiami Disneya. Uwierzcie, szczęka mi opadła, kiedy dziecko przyszło późnym wieczorem do mojej sypialni i powiedziało, że już skończyło całą serię! Ale... jak to tak? Sama? Kiedy?

W miniony czwartek wypożyczyła 4 poważne książki i do niedzieli już 3 przeczytała. Zaczynam wierzyć, że podobnie jak Gosia, która złapała bakcyla czytelniczego w drugiej klasie, Monika podąży jej śladem. Oby.

A najmłodsza dzielnie goni siostry i już składa litery w proste słowa i czyta książki na miarę jej wieku. Trochę z moją pomocą, trochę sama i dwie już ma za sobą. Chyba sprawia jej to frajdę, bo sama z siebie zasiada do stołu, rozkłada książkę i czyta.

Na koniec zasypię Was krokusami, bo kwitną mi jak szalone, ale też niedługo ich czas minie.



W ogródku frontowym jest dużo słońca, więc kwiaty wykorzystują to skwapliwie.


Już prawie wszystkie rozwinęły pąki



Płatki mają delikatne żyłkowania:






W słońcu, kwiaty wyglądają czasem jak wykonane z jedwabiu.





poniedziałek, 22 lutego 2016

Podkładki na stół



Jak już wyjęłam maszynę, uszyłam pokrowce na krzesła, to poszłam za ciosem i tak powstały podkładki na stół. To już drugi komplet, bo pierwszy uległ zużyciu. Z tym, że to nawet nie dziwi, wszak służył nam nieustannie, dzień w dzień, przez ponad dwa lata.

Tym razem mam 5 podkładek tematycznych - tak to pozwolę sobie ująć. Trzy w wersji ciemniejszej:




I dwie w wersji jaśniejszej:



Wszystkie mają wkład między warstwami płótna i są przepikowane: dwa razy wkoło brzegów i raz przez szerokość:



Ponieważ sam kwiatowy materiał był zbyt mały na pojedyncze sztuki, dołożyłam paskowany, w odpowiednich tonacjach kolorystycznych.



Pozostał mi jeszcze jeden kupon 80x80cm materiału w kwiaty; nie cięłam go na podkładki, ponieważ postanowiłam najpierw sprawdzić, jak będzie wyglądał jako obrus na ławie. Jeśli się nie sprawdzi, zawsze mogę go przekształcić w kolejne podkładki do kompletu.