piątek, 19 lutego 2016

BIblioteka otwarta i zapach wiosny




Już sama nie wiem, jak długo czekaliśmy na ponowne otwarcie naszej biblioteki. Chyba z rok temu, a może więcej, zamknęli ją na czas remontu i to nie byle jakiego remontu! Budynek biblioteki przylegał do budynku sądu - takiego lokalnego, na mniejszą skalę, żeby sobie ktoś nie wyobrażał, że tu mamy jakieś poważne instytucje i olbrzymie gmachy. Nie. W czasach recesji sąd przeniesiono - nie wiem gdzie, na pewno do innego miasta, ale ponieważ nie miałam potrzeby tam jeździć, jakoś specjalnie mnie to nie dotyczyło, więc zainteresowanym nie powiem, gdzie obecnie się mieści :)  Pusty budynek stał i stał... a tymczasem księgozbiór cisnął się w małych klitkach. W końcu zapadła decyzja o połączeniu obu tych przestrzeni: byłej sądowej i bibliotecznej, w celu uzyskania pięknego miejsca na książki i komputery. I tak zaczął się remont...
W tym czasie korzystaliśmy z biblioteki w Portlaoisem, bądź innych, w obrębie hrabstwa. Nie ukrywam jednak, że nie było to wygodne. Do Portlaoise co prawda jeździ się ze dwa razy w tygodniu lub częściej, bo to tylko ze 20km od nas, ale nie ma co się oszukiwać, jak skończysz czytanie po południu, to nie "wyskoczysz" sobie po kolejną książkę, prawda? A tym bardziej najstarsza nie wyskoczy sama.

Tak więc w końcu mamy supernowoczesną bibliotekę. Sami skanujemy książki do oddania i sami skanujemy je do wypożyczenia. Dzieci już za samo to elektroniczne ustrojstwo uwielbiają tam chodzić :) Jak proces przebiega? Otóż wybierasz opcję np. oddanie książek, skanujesz swoją kartę biblioteczną i kładziesz wszystkie przyniesione książki na półeczce pod czytnikiem. On robi resztę i na końcu informuje, że gotowe. Podobnie jest z wypożyczaniem.
Zauważyłam, że wzbogacili, a nie wiem czy przypadkiem nie wymienili, dziecięcego księgozbioru. Dołożyli sporo filmów, także gier i to zarówno tych planszowych, których dzieci używają na miejscu, jak i tych na różne elektroniczne gadżety. Jednym słowem full wypas. Od ponad tygodnia jest szał na bibliotekę. Podejrzewam, że na wszystkich portalach społecznościowych ludzie już zakomunikowali, że tam byli, bądź udokumentowali to odpowiednimi selfie :) Myślę, że jeszcze z tydzień, góra dwa i szał przeminie. Znowu pozostaną ci, co naprawdę czytają :)

Wracając z biblioteki dwa dni temu poczułam w powietrzu zapach wiosny! Więc jednak już jest, mimo tych niskich temperatur i deszczy... kwiaty się nie mylą. I to kwiatami Was dzisiaj zasypię:


Oto ostatnie podrygi przebiśniegów:



W słońcu rozchylają swoje dzwoneczki, a w pochmurny dzień wyglądają, jak zamknięte lampiony. W naszym ogrodowym kąciku słońce stworzyło klimatyczny zakątek, a ja zrobiłam ujęcie z ziemi:


Po raz pierwszy patrzyłam na przebiśniegi z tej perspektywy:



Ponieważ kwiaty wyglądały ślicznie  w promieniach słońca, zrobiłam kilka ujęć więcej:









środa, 17 lutego 2016

Pokrowce na szybko


Kolejny raz - juz trzeci - uszyłam pokrowce na poduszki na krzesłach. Pierwsze dość szybko się zużyły, drugie funkcjonują non-stop, więc przyszedł czas na trzeci komplet, tak na wymianę. Padło na jeans, czyli recycling :) Przydały się te wszystkie odłożone spodnie.





Tym razem miałam w głowie szybki projekt, bez zbędnego bawienia się w szczegóły. Wymierzyłam podkładki, dopasowałam mniej więcej materiały i zaczęłam szycie. Jeden pokrowiec zajmował mi około 20 minut, więc muszę przyznać, że poszło całkiem sprawnie.

Pokrowce, po tym, jak schodziły spod igły, od razu wędrowały na krzesła.



Jak widać, każdy wierzch ma trochę inny odcień, ale dla mnie to nie problem. Przy okazji przypomniałam sobie, że moja maszyna kocha szycie jeansu. Naprawdę! Bez problemów przebijała się przez 2-3 warstwy, szyła lepiej, niż normalne płótna i bawełny.



Wiązania zrobiłam z pasków jeansu, który kiedyś miałam pocięty na inny projekt. Ponieważ poprzedni pomysł zawisł w próżni, a paski leżały i się nudziły, wykorzystałam je do pokrowców. Szyłam na żywioł, to znaczy bez upinania czy fastrygowania, ale mogłam sobie na to pozwolić, wszak nikt z tego strzelał nie będzie.



I tutaj jeszcze zbliżenie wiązadełek :)



Spodnia strona zrobiona na zakładkę, czyli zupełnie inaczej, niż poprzednie projekty. Uwielbiam ten sposób, bo jest szybciutki i nie potrzeba dodatkowych zamków, guzików, czy czego tam jeszcze.


Zestawienie: kwiatowe płótno i jeans bardzo do siebie pasują i przyznaję, że podoba mi się bardzo uszyty komplet.

niedziela, 14 lutego 2016

Ogrody posiadłości Powershouse, Co. Wicklow



Już kolejny raz odwiedziliśmy Powerscourt House and Gardens i kolejny raz nas to wszystko oczarowało. Poprzedni wpis sprzed kilku lat po kliknięciu.

Tym razem jechaliśmy z naszymi przyjaciółmi i powiem tak: według pogody miało być nieciekawie w tamtych okolicach, ale oni nie mieli za bardzo wyboru co do dnia, więc wyruszyliśmy. Na poczatku było w porządku. Po zjeździe z autostrady i dotarciu do słynnego miasteczka Hollywood, mieliśmy mały postój, wykorzystany pracowicie na jedzenie - dzieci i mężowie, i fotki - Ania i ja.

Wysiłkiem mieszkańców, bądź gminy, wzniesiono ogromny napis na łące:



I tak, jak miejscowe krowy mają to miejsce głęboko w poważaniu, tak turyści namiętnie strzelają foty:



Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej, wszak wiedziałam, że Ania jest "głodna" widoków i możliwości robienia zdjęć, a czas nas goni. Do tego Wyspa co pięć minut zachęca, aby zatrzymać auto i podziwiać krajobrazy, ponieważ przemieszczamy się trasą Parku Narodowego Wicklow.

Jak przystało na Irlandię, często poruszaliśmy się takimi drogami:

                                                                                            Zdjęcie autorstwa Ani


Nie są to trasy podrzędne, o nie; to drogi krajowe, całkiem ważne. Koleżanka zrobiła zdjęcie, żeby pokazać, jak mijały się auta, czasem dosłownie na lusterka. Tutaj widać też, że pogoda nam jeszcze dopisuje. Słońce świeci całkiem przyjemnie i nic nie zapowiada tego, co poniżej:



Szarości zaczęły wkradać się na niebo, krajobraz pociemniał, ale duch nadziei w naszych znajomych jeszcze nie gasł...

Widoki ogrodów formalnych i nieformalnych przygasiły niepokój, przynajmniej na początku. Wszyscy oddali się temu, co lubią najbardziej: dzieci szaleństwu na ogromnych połaciach zieleni, mężowie spacerom i rozmowom, A. na zdjęciach, ja na wszystkim po trochu(co nie znaczy, że to lubię najbardziej)

Jedna z odmian Agapantusa

Po jakimś czasie ochłodziło się nieco i niebo stało się ołowiane i ciężkie:



Koleżanka jeszcze uchwyciła jaśniejsze momenty w ogrodzie różanym:

Zdjęcie autorstwa Ani

Nawet w tej aurze ogrody mają wciąż swój nieodparty urok:

Zdjęcie autorstwa Ani

Przyszedł jednak moment, kiedy trzeba było nałożyć coś od deszczu. Mąż koleżanki nawet zadawał sobie pytanie, czy jest sens dalszego chodzenia, ale zapewniliśmy go, że taka mżawka będzie siąpić i siąpić i to, co najwyżej zrobi, to przemoczy nas totalnie, ale za to w sposób prawie niezauważalny :) W pewnej chwili po prostu zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest nasiąknięte wodą :)

Zdjęcie autorstwa Ani

Jak widać, silni byliśmy i poszliśmy dalej. Dla dzieciaków to wciąż była frajda, wszak biegać można i w deszczu! To nawet ciekawsze niż normalnie, bo co i raz któreś lądowało na siedzeniu, po poślizgu na mokrej trawie.

Zdjęcie autorstwa Ani

Jezioro Trytona ze zmarszczoną taflą wody, w oddali posiadłość Powerscourt

Zdjęcie autorstwa Ani


I widok na Ogród Japoński:

Zdjęcie autorstwa Ani

W końcu przyszedł czas na odpoczynek na kamiennej ławeczce i tutaj nas Ania "złapała":

Zdjęcie autorstwa Ani

Zdjęcie autorstwa Ani

Wszyscy z wilgotnymi włosami, Iza z buzią pełną ciasteczka :)

Zdjęcie autorstwa Ani

Powoli zamykaliśmy koło i zmierzaliśmy do wyjścia:

Zdjęcie autorstwa Ani


Deszcz z mżawki, zaczął przechodzić w coś mocniejszego i powoli zasłaniał krajobraz welonem kropel:

Zdjęcie autorstwa Ani

Kiedy opuszczaliśmy posiadłość, ściana deszczu robiła się coraz mniej przejrzysta. W sumie można powiedzieć, że mieliśmy szczęście i większość ogrodów obeszliśmy w sprzyjającej aurze.

Zdjęcie autorstwa Ani


Mam nadzieję, że nasi znajomi zaliczyli i ten wakacyjny wyjazd do gatunku udanych.

sobota, 13 lutego 2016

Księżyc




...z ręki, czyli takie tam amatorskie ujęcia bez statywu :)



Jakby tego było za mało, przybliżyłam jeszcze bardziej :)


I w ten sposób "złowiłam" księżyc. Wczoraj miałam wyjść i zrobić zdjęcie cienitkiemu rogalikowi, ale coś mi przerwało i tyle... a dziś pada deszcz, więc pewnie nic na niebie nie będzie widać.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Sztormy szaleją nad Wyspą...






...ale roślin to nie rusza, no może poza tymi wyrwanymi z korzeniami, czyli ruszonymi tak w 100%. Z tym, że ja nie o tym będę pisać. Między jednym deszczem a drugim, rozwijają się pąki.

Te kwitną już od stycznia. Pierwsze pączki rozwinęły się gdzieś w połowie i tak po jednym kwiatku, stopniowo dochodził kolejny... i mamy małe bukieciki.



Oczywiście to jeszcze nie pora na nie, to jeszcze odrobinkę za wcześnie. Dwa takie pędy kwiatowe się tylko wyrwały, ale kto głupiemu zabroni? Reszta spokojnie pnie się ku słońcu.



Co prawda nie moge powiedzieć, żebym nie lubiła tych wczesnych oznak wiosny... lubię, to mnie znowu napełnia siłami i energią.



Żonkile miniatury... na nie już czas i już zaczynają kwitnienie. Płot sąsiada obrósł pięknie porostami i stanowi tło zieleńsze niż sama wiosenna zieleń.



Zdjęcia robione akurat podczas deszczu, bo nie miałam cierpliwości czekać na słońce - dziś akurat wyszło :)



I na koniec fioletowe pąki krokusów. Coraz więcej tego fioletu pod ścianą i już cieszy on moje oko:


W słoneczny dzień, kiedy wszystkie będą w pełni kwitnienia, widok będzie przeuroczy.

sobota, 6 lutego 2016

Słodkości bez pieczenia






Ci, którzy znają mnie bliżej wiedzą, że jestem beznadziejnie uzależniona od cukru. I o ile nie muszę słodzić herbat, kaw czy ziół, o tyle nie przejdę obojętnie obok kawałka ciasta. Już "rzucałam" ten nałóg kilka razy, poważnie, próbowałam rzucić i po kilku tygodniach bądź miesiącach wracałam do niego.
Od niedawna zaczęłąm więc szukać zdrowych zamienników słodyczy. W większości przypadków udaje mi się zastąpić cukier zmielonymi daktylami, rodzynkami czy figami, które termomiks przerabia na pył lub masę. Dziś podzielę się z Wami przepisem na niebiańsko smaczne - choć wcale tak nie wyglądające - kulki.


Potrzeba nam:

75g płatków owsianych
35g wiórków kokosowych
25g drobno posiekanych jagód(np. goji, żurawiny)
45g posiekanych orzechów laskowych
65g masła orzechowego(lub utartych na miazgę orzechów ziemnych)
75g miodu
trochę olejku waniliowego

Wszystko dokładnie mieszamy na masę.

W przypadku termomiksu : mielę orzeszki ziemne(8s, obr. 9) dodaję całe orzechy laskowe i jagody i mielę(5s, obr.9) dodaję pozostałe składniki i mieszam (5-6s, obr.5).

Powstałą masę przekładamy do miseczki i ugniatamy, po czym łyżką nabieramy porcję i formujemy z niej kulkę. Wstawiamy do lodówki na 30 minut do kompletnego schłodzenia. To wszystko.

Przepis znalazłam w czasopiśmie "Weight Watchers" zupełnie przypadkowo i tak mi jakoś z samego czytania przypadł do gustu, że go wypróbowałam. Potem, zachęcona tym jednym, przejrzałam w naszej bibliotece inne numery i mam w zanadrzu kolejne przepisy :)


Powiem szczerze, że z wyglądu kulki są takie sobie... ale  w smaku bajeczne! I to, co mi się podoba: 5 minut pracy, 30 minut czekania :)



poniedziałek, 1 lutego 2016

Książki, książki...

Wpadłam w kolejny maraton czytania. Za mna są "Prezenterki" i seria kryminałów autorstwa Asa Larsson.

"Prezenterki" może nie wszystkich zainteresują, ale mnie jak najbardziej. Pierwsza część książki porusza tematy samej telewizji, tego jak to wszystko się zaczynało od samych podstaw. Aż trudno uwierzyć, że ludzie wątpili w powodzenie tego "pudełka", twierdzili, że się nie przyjmie. I popatrzecie co mamy teraz! Wszystko to czytałam z zainteresowaniem, ale i tak druga część książki wciągnęła mnie jeszcze bardziej.
Postaci prezenterek nierozerwalnie związane z tamtymi czasami. Jako dzieciak nie lubiłam, kiedy się pojawiały w telewizji, bo dla mnie było to tylko gadanie bez sensu - wiadomo, dziecko czekało z utęsknieniem na te 10 minut wieczorynki!
W książce pokazane są historie jednych z najpopularniejszych w tamtych czasach kobiet, być może historie trochę ukoloryzowane, a może nie? Wydaje mi się, że takich prezenterek teraz już nie ma. Może dlatego, że sama telewizja przeszła przeobrażenie, czasy się zmieniły, a może już po prostu nie ma takich ludzi?
Książka dla mnie i dla jeszcze starszych osób, bo jakoś nie widzę np. młodszego pokolenia zainteresowanego tą tematyką.


 


Seria kryminałów z główną postacią Rebeką Martinson. Książki wstawiłam w przypadkowej kolejności, ale czytać najlepiej po kolei.

  


Kryminały, które wciągają od pierwszej niemalże chwili i trzymają do ostatniej. Dobrze napisane, bez zbędnych opisów obrzydliwych scen, czy czegoś w tym rodzaju. Nienawidzę książek czy też filmów, które bazują na pokazywaniu ekstremalnych obrzydliwości dla samego wywołania dreszczyku grozy. Moja wyobraźnia jest chyba zbyt rozwinięta i w tak plastyczny sposób widzę wszelkie sceny, że zwyczajnie zbiera mi się na wymioty, natomiast napięcia związanego z przebiegiem akcji nie czuję już wcale.


Teraz czytam "Dzikie wybrzeże. Skrajem Ameryki Południowej" Johna Gimlette, "Royal duty Paula Burrella"(w samochodzie - ale nie podczas jazdy :)) i "W rajskiej dolinie wśród zielska" Jacka Hugo-Badera. Wracam też do jego poprzedniej książki: "Dzienników kołymskich" i czytam to, co podkreśliłam poprzednim razem.




Więcej o poszczególnych pozycjach następnym razem.