piątek, 16 października 2015


Sweterek się dzierga, już prawie na ukoczeniu, a póki co kolejne uroki jesieni:



Rośliny spowite w pajęczyny, rankami wyglądają zupełnie inaczej, niż  w ciągu dnia:



Wśród paproci wyrastają "pałace" z pajęczyny, lśniące w porannym słońcu



..a samo słońce to czasem biały krążek, zamknięty w liniach wysokiego napięcia:



Pajęczyny, jak diamentowe naszyjniki jesieni...



...a przy tym wszystkim wciąż obecna zieleń...



...zieleń...



...a przecież już połowa października....

środa, 7 października 2015

Słodkości na "porcelanie"



Ostatnio dostałam przepis na szarlotkę. Sprawdziłam, upiekłam i przepis został wprowadzony do mojego specjalnego zeszytu z tymi ciastami, które piekę NA PEWNO. Przepis dostał nazwę "Szarlotka Taity", bo to od niej otrzymałam namiary :) Dzięki temu od razu będę wiedziała, o jakie ciasto chodzi.  Szarlotka jest powszechnie dostępna pod tym linkiem    


Moja ulubiona sąsiadka zaopatrzyła mnie w wiadro jabłek na przetwory. Właśnie odnosiłam jej to wiaderko, żeby oddać, a Christin natychmiast wysłała męża, żeby napełnił je ponownie. Trwa to każdej jesieni od lat, a ja od lat zapełniam słoiki przetartymi jabłkami, gotowymi do pieczenia ciast. Tym razem też przetworzyłam wszystko niemalże natychmiast. Żeby wystarczyło mi słoików(wszak, jak często można jeść korniszony czy kiszone?!), część jabłek od razu przeznaczyłam na ciasto.




Jest to jeden z niewielu nowych przepisów, które przypadły do gustu naszej rodzinie. Ciasto wychodzi fantastyczne, z tym, że według nas, najlepsze jest następnego dnia, po wystygnięciu. Na ciepło nie było tak pyszne. Możliwe, że to moja wina, gdyż przeliczyłam się z jabłkami, a w zasadzie ich kwaśnością. Ciepłota ciasta zwiększała jednocześnie kwaśność jabłek. Następnym razem dodam trochę więcej cukru :)




Zastanawiałam się, jak wyjdzie mi ta beza, pieczona na podsmażonych jabłkach, ale wyszła i smakowała wspaniale.


Wszyscy, oprócz Izabelki, dorwali się do słodkości i pałaszowali, aż łyżeczki dzwoniły.



Nie mogłam się powstrzymać i przy okazji nie wstawić przepięknej filiżanki, którą kiedyś dostałam od znajomej. Ma wyjątkowy kształt.



Z pełnej blachy - tej z piekarnika, nie jakiejś formy, po pół dnia zostało to:



Dobrze, że się nie rozdrabniałam na jakieś foremki! Od razu upiekłam ciasto 0,5x0,5m :) Jestem pewna, że zagości ono u nas wiele razy. Dziękuję Taito.

niedziela, 4 października 2015

Szydełkowo, puszyście...



Zaczęłam znowu intensywniejsze robótkowanie, ponieważ spędzam trochę czasu w aucie, pod szkołą. Na pierwszy rzut poszły dwie puszyste włóczki: szara i pudrowy róż.

Włóczka różowa to Diana z firmy Patons(70 akryl, 30% nylon), na projekt poszło 40 gram podwójną nitką; szara to Brushed DK z Hayfield, motki 100g(po 50% nylon i akryl), poszło jakieś 120g na projekt, którym był otulacz i mitenki.
Otulacz robiłam wzorem ze strony By Haafner. Bardzo miły w pracy, szybki, jeśli ma się objętościową włóczkę. Przy mniejszym szydełku namachałabym się znacznie więcej, ale jak mówię, bardzo przyjemnie pracuje się z tym wzorem.
Prezentuję otulacz:




Jest niezwykle miękki, mięsisty i nad wyraz przyjemny dla skóry.



O ile szarą nić używałam pojedynczo, to róż musiałam przewinąć na dwa kłębuszki i użyć podwójnej nici, żeby zrównoważyć szary.


Problem miałam z guzikami, dobrze, że w starych zapasach znalazłam te perłowe. Wpasowały się idealnie.

Do kompletu dorobiłam mitenki, ale już z głowy. Zrobiłam łańcuszek, przymierzając go na obwód dłoni, a potem półsłupkami z 1-oczkową przerwą, dziergałam na około, pozostawiając miejsce na kciuk.



Jeszcze we wrześniu wydziergałam dziewczynom myjki:


Niebieska Gosi, w odcieniach żółci - Moniki, a Izy niebiesko-wrzosowo-biała.


Teraz jestem w trakcie dziergania puszystego sweterka dla Moniki:



Znowu pudrowy róż, włóczka Rio.

Tydzień temu Izabelka, jako ostatnia z sióstr, dostała parę skarpetek do spania.


Włóczka to alpaca, w kolorze camel. Drapie dość mocno, ale na nogi - idealna!

piątek, 2 października 2015

Dzień rozrywki w Tayto Parku



W końcu uzbieraliśmy wystarczającą ilość pieniędzy oraz opakowań po chipsach(w zasadzie wszystkie dostaliśmy od kolegów z pracy Artura) za które otrzymywało się darmowe wejściówki i pojechaliśmy do Tayto parku.
Jest to typowy park rozrywki dla dzieci, młodzieży i dorosłych, coś na kształt ogromnego wesołego miasteczka, tyle, że stacjonarnego i ze zdecydowanie lepszym sprzętem, dostarczającym mocnych wrażeń.

Ponieważ nasze dziewczyny sa już duże - mam na myśli głównie wysokie, bo to wzrost liczy się w większości przypadków, od razu zakupiliśmy bransoletki dla każdego, które uprawniały do korzystania ze wszystkiego w niezliczonej ilości razy. Zdecydowanie w przypadku naszej 5-osobowej rodziny to się opłacało bardziej, niż każdorazowe kupowanie żetonów.

Artur zaczął z dziewczynami chodzeniem po takich jakby wiszących mostach, nazywany tu "podniebnym spacerem". Zanim jednak tam weszli, trzeba było wszystkich zapiąć w odpowiednie szelki, do których była doczepiana lina asekuracyjna.




Szelki były dopinane przez pracowników, którzy dobierali też odpowiednie rozmiary sprzętu.



Nie było opcji, że Izabela nie pójdzie, skoro tylko zmierzyli jej wzrost i się załapała :)



Do wyboru były trzy poziomy; moi poszli drugim, coś na wysokości 2 piętra. Gosia spanikowała, zawróciła, Iza przeszła połowę i załamała się najpierw na linie, a potem na kładce. Na szczęście pracownicy są na każdym poziomie, bo zawrócić niestety nie można. Jest tylko jedna "właściwa" droga - do przodu. Iza nie zaufała ojcu, który chciał jej pomóc. Przeszła, zarówno po linie, jak i kładce, prowadzona za rękę, przez obcego faceta. Chyba jego mundurek pracownika w jakiś sposób zapewnił ją, że nic się nie stanie :) Poniżej zdjęcie Izy na kładce:



Natomiast Monika zaliczyła drugi poziom sama, idąc za ojcem, na końcu. Mało tego, poszli jeszcze raz na 3 piętro, a to już jest naprawdę wysoko :)




Największą atrakcją parku jest rollercoaster, czyli wagonik mknący z prędkością błyskawicy w górę i w dół, po szynach, które czasem ułożone sa na ścianach prawie prostopadłych do podłoża. Jest to jedyna tego typu rozrywka w Irlandii, tylko w tym parku można pojeździć wagonikiem z taką prędkością, że wiatr wyciska łzy z oczu, naprawdę. Przejechałam się i było to niesamowite uczucie, aczkolwiek nie polecałabym tego osobom o słabym sercu.


Już sama brama wygląda ciekawie:



Konstrukcja, po której pędzają wagoniki wygląda tak całkiem niewinnie:



Iza niestety, ale nie załapała się na tę przejażdżkę, jak i na wiele innych ekstremalnych karuzel i wyciągów. Za to dwie najstarsze zaliczały wszystko po kilka razy !
Kiedy oni poszli na rollcoastera, my przeszłyśmy się do parku dinozaurów, otwartego w tym roku. Dinozaury są pokaźnych rozmiarów, poruszają się i wydają dźwięki.



Izabelka była tam taka malutka!!!



Weszła nawet do "jajka donozaura", żeby zobaczyć, jak wielkie ono było:



Nie zabrakło scenki "w trakcie posiłku"



Widać, że wszystko jest jeszcze nowe, młode - mam tu na myśli roślinność - ale ktoś postarał się o wykreowanie tego miejsca w naprawdę ciekawy sposób.



Jest nawet niby piaskownica, gdzie dzieci mogą odkrywać szkielet dinosaura tak, jak robią to archeolodzy w rzeczywistości:




Nie mogło zabraknąć fotki z T. Rex'em, nad którym widać jeszcze liny. Po tych linach zjeżdżały dziewczyny z Arturem. Liny zawieszone są między dwoma wieżami i ludzie mają przejażdżkę z jednoczesnym "rzutem oka", bardzo szybkim zresztą, na park dinozaurów.



Iza naprawdę cieszyła się z tego spaceru i z prawdziwym zachwytem oglądała dinozaury




Żeby zrekompensować jej tę ciągłą odmowę zabawy, bo za mała, poszłyśmy do kina 5D na krótki filmik, Iza przejechała się też na kucyku całkiem długą trasą:



Skakała też na linach podwieszonych do pulsującej "wędki" jak ja to określiłam. Taka prosta zabawa, a tak się Izie podobała; zresztą nie tylko jej, kolejka była nieziemska!



Zaliczyliśmy też OGROMNY plac zabaw. I to naprawdę ogromny. Liny, ścianki do wspinania, tunele i wiele, wiele innych rzeczy.


Tayto park ma też mini Zoo, którego zresztą nie obejrzeliśmy, bo dzieciaki skupiły się na zabawie. Uwieczniłam jedynie przepiękne czarne łabędzie


Artur, w którymś momencie, rozmawiał z pracownikiem i dowiedział się, że w planach na przyszły rok mają być jeszcze inne atrakcje. Uważam, że pieniądze wydane w tym parku są naprawdę dobrze zainwestowane. To cały dzień zabawy na powietrzu(pod warunkiem, że pogoda dopisuje), szaleństw i radości :)

czwartek, 1 października 2015

Jak już jesteśmy w tematach jesiennych...




...to pozwolę sobie dziś na wpis z mgłą w tle. Zanim jednak o tym, zacznę od moich milusińskich.

Izabela przeżywa mały kryzys w szkole. Ktoś musiał skomentować jej przyjaźń z kolegą z przedszkola(uwielbiali się wprost!) i teraz Izabela unika go jak ognia, powtarzając, że wstydzi się. Rodzice chłopca i ja, nie mamy pojęcia o co poszło, ale coś się stało. Na szczęście największy strach już przezwyciężony i dalej chodzi do szkoły zadowolona.

Moje dwie starsze pociechy nauczyły się pływać! W końcu!!!! Najstarsza uczęszczała na szkolne lekcje pływania od czterech lat, ale co z tego, skoro instruktor stał na brzegu i tylko wydawał polecenia i pokazywał w powietrzu to, co oni mają robić w wodzie. Niektóre dzieci nauczyły się pływać, owszem, ale nie moja córka. Poza tym, co to za nauka pływania w brodziku dla maluchów?!
Zabrałam dwie starsze na basen i po 3 godzinach, obie pływały. Najpierw pod wodą, potem zaczęły udoskonalać technikę.
Całe szczęście, że udało nam się to zrobić, bo już dwa tygodnie temu Monika poszła na szkolne lekcje pływania i została przeniesiona na normalny basen, gdzie jest przeszczęśliwa!


Teraz nasza mgła....

Korzystajac z takich okoliczności przyrody, zaraz po odprowadzeniu dzieci do szkoły, pojechałam do pobliskiego lasu. Już sama droga była fascynująca:




Mgła wisiała w powietrzu i otulała wszystko...



Dotarłam do pobliskich ruinek:




Wieża wyglądała bajkowo:



...ale jej otoczenie również.



Słońce nie mogło przebić się przez gęstą mgłę, choć parę kilometrów od naszego miasteczka i tak było lepiej:



Mgła snuła się po drogach



...polanach i między drzewami




Zbliżając się do naszego miasta, od razu widać było, jak się zagęszcza. To specyfika położenia Portarlington powoduje, że mamy tu zdecydowanie więcej mgieł.



Park otulony welonem:



Dwie topole włoskie stały wyprostowane:



...a rzeka leniwie płynęła w swoją stronę: