niedziela, 7 lipca 2013

Wells House and Gardens. Co. Wexford



Ponieważ jutro ruszamy w swoja pierwszą większą wyprawę, dziś przygotowuje wpis z jednej z poprzednich wycieczek. Wakacje zaczęliśmy bardzo intensywnie, więc będzie o czym pisać.


Wells House wraz z ogrodami został zaprojektowany przez Daniela Robertsona; tym, co czytają, może się skojarzyć z Powerscourt House w hrabstwie Wiclow, o którym pisałam wcześniej.

Wejście jest obsadzone pięknymi dębami, które tworzą wspaniałą aleję, tzw. Great Avenue.

Na terenie obiektu każdy znajdzie coś dla siebie - tak reklamują swoje miejsce. Wjazd kosztuje 6 euro i jest to koszt całkowity, w ramach którego można skorzystać z wycieczki z przewodnikiem, który oprowadza po wiktoriańskim domu Lady Frances(tylko dwie tury w ciągu dnia: o 2 i 3). Oprócz tego proponują spacer pośród lasów, gdzie dla dzieci ukryto drewniane rzeźby zwierząt.
Stare stajnie zostały przekształcone w miejsce, gdzie znajdują się małe sklepiki z ręcznie robionymi przedmiotami najróżniejszej maści. Organizowane są też warsztaty, na których można nauczyć się czegoś nowego w rękodzielnictwie(ja nawet tam nie zaglądałam, bo nie ma czasu na takie eksperymenty z trójką dzieci).
Na tyłach domu odreastaurowano ogród, który został oryginalnie zaprojektowany przez Robertsona w 1830 roku.

To tyle tytułem wstępu.


Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru:






Już na początku wita nas domek elfów, w zasadzie chyba bardziej pałacyk, a conajmniej willa, bo domki spotykaliśmy w lesie:





Auto zrobione z drewna. Każda miała swoje podejście do jazdy:









Potem rabata naparstnic w pełni rozkwitu:




I pierwsza rzeźba:




Drzewa rosną dość swobodnie, ze względu na małą ingerencję człowieka. Stąd ciekawe scenerie:



Skrzypy osiągały wysokość metra i więcej! Były piękne!!!



Iza z borsukiem:



...a tutaj na ścieżkę wypełza wąż:



I kolejna rzeźba, sama nie wiem co to miało być, ale jak widać jest spore; nawet mój dwumetrowy mąż jest niższy.






Te trawy niezmiennie mi się podobają; ich zwisające kłosy, spokojnie kołyszące się w powiewach wiatru... jakoś kojąco na mnie wpływają.



A tu wspomniany na wstępie domek wróżek. Mijaliśmy ich sporo, z różnokolorowymi drzwiami. Może to wygląda tandetnie, ale dla małych dzieci stanowi niesamowitą atrakcję. Iza, za wszelką cenę, chciała zobaczyć wróżkę!






Oczywiście fontanna i grzybienie białe...



...oraz ryby w trochę mętnej wodzie:

  



Oaza spokoju zapraszające: przyjdź i usiądź



Widok na tyły domu:



Dzieci cieszyły się z możliwości spędzenia czasu na placu zabaw - dość sporym - gdzie każde znalazło coś dla siebie:



Wyzwaniem było przejście po drabince; jak widać nawet Monika się tego nie bała:




Artur znalazł coś dla siebie - łucznictwo; dzieciaki oczywiście poszły z nim i też brały udział w strzelaniu:






I mój mąż:



A tutaj coś ciekawego. Znacie fuksje z doniczek? To drzewko, to właśnie taka większa fuksja, znacznie większa, ośmieliłabym się powiedzieć.




Kwitnąca biała wisteria:



I drzewo magnolii, całkiem spore. Pięknie musi wyglądać obsypane kwiatami:




Kilka róż ze zrekonstruowanego ogrodu:









I na koniec biała naparstnica:



A tutaj już widać dawne stajnie, w których w tej chwili mieszczą się sklepiki rękodzielnicze:




Można było też pograć sobie w szachy i warcaby - rozmiarowo dość spore:



Uwiódł mnie jeszcze jeden kwiat - Rosa rugosa w odmianie białej. Zapach tak wspaniały, że nie można obok niego przejść obojętnie:



Widok na dębową aleję wjazdową, która się ciągnie i ciągnie:



I wiktoriański dom od frontu:




A jutro wyjeżdżamy do hrabstwa Kerry, można kliknąc i obejrzeć namiastkę. Będziemy tam aż trzy dni!!!! W końcu jakiś zasłużony urlop!

sobota, 6 lipca 2013

Torfowisko




Aby uczcić koniec roku oraz koniec okresu deszczowego, wybrałyśmy się z dziewczynami na wycieczkę na torfowiska. Artur odsypiał swoją ostatnią nockę, a zarazem ostatni dzień w pracy. Ostatni przed urlopem, żeby nie było niedomówień.
Tego dnia niebo jeszcze trochę się chmurzyło i próbowało nas straszyć - stąd widoczne na zdjęciach płaszczyki - ale generalnie pogoda wyglądała na "poprawiająca się", co też zapowiadały wszelkie prognozy.


Najpierw "buszowanie w trawie":




Zaglądanie w odległe od drogi zakątki(pod czujnym okiem siostry):



Szukanie pszczół i motyli:



I na koniec zdjęcia - wspólne zdjęcia!



Czy wszyscy zauważyli, że Monika nie ma trzech przednich, górnych zębów? Biedulka nie ma teraz łatwego życia, jeśli idzie o jedzenie. Ciężko cokolwiek ugryźć, ale za to uśmiech... fantastyczny!




Zakupiłam czereśnie, więc Monika na każdym zdjęciu usiłowała je zaprezentować. W tej chwili to jedne z niewielu owoców, które nie wymagają odgryzania, a co za tym idzie, używania siekaczy, których nie ma.









Motyl był wypatrzony przez Monikę i koniecznie musiał zostać obfotografowany!




Oczywiście wygibasy na farmerskiej bramie:



I zbieranie poziomek:



W końcu dotarłyśmy do jeziora:



Jeszcze słońce nie rozwinęło skrzydeł, więc i brzeg był cały dla nas. Dwa dni później nie byłoby już miejsca, żeby położyć swój koc:)







Woda w naszym okolicznym jeziorku jest bardzo zdrowa; podmywa torfowiska, zawiera wszelkie zdrowe minerały i ci, co mają problemu stawowe, chętnie się tutaj moczą. Ba, wożą nawet wodę do domu, żeby potem, w spokojności czterech ścian, wlać ją do miski i namoczyć zbolałe kości.









Po powrocie do domu opłukałam poziomki:



Sporo ich moje córki nazbierały, to muszę przyznać. I oczywiście Izabela wykazała się iście anielską cierpliwością w odgarnianiu liści i zbieraniu drobnych owocków.

Z poziomek powstał kisiel z owocami:



Teraz dziewczyny czekają na jeżyny. Widziały ich całe mnóstwo - samych kwiatów - więc już pytają, kiedy jedziemy?




wtorek, 2 lipca 2013

Aktualnie pracuję nad...



...poprawianiem tego, co zrobiłam niedokładnie. Teraz się zemściło i czas najwyższy zabrać się za pracę.




Moja patchworkowa narzuta musiała być od nowa rozpruta(spód i wierzch), złożona jeszcze raz i spięta agrafkami. Potem, zamiast pikowania, przeszyłam ją w milionie miejsc igłą, zawiązałam piękne supełki na wystających nitkach i na koniec ładnie podłożyłam wszystkie brzegi. Sfastrygowałam, po czym odłożyłam na dolną półkę. Narzuta czeka na wykończenie maszyną.

Mam nauczkę. Zamiast spieszyć się z szyciem, a potem poprawiać, należy zrobić od początku porządnie i, choć może troszkę dłużej, to w końcu tylko raz!