czwartek, 14 lutego 2013

Czyżby wiosna już nadeszła?






Niby cieplej, niby słońce troszkę śmielej wygląda zza chmur, ale zimno wciska się jeszcze wszystkimi możliwymi szczelinami. Co prawda ostatnia noc była całkiem ciepła - musiała chyba być, bo Artur otworzył okno w naszej sypialni ok. 23-ej i tak zostało do rana. I nawet nie było nam zimno. Może wiosna już gdzieś za rogiem stoi, może już niedługo ociepli się jeszcze bardziej? 


Póki co, rośliny w ogródku nieśmiało wychylają główki.


Ostróżki już wypuszczają nowe pędy:




W donicy zakwitły fiołki:




Powojniki wyciągają ramiona do światła:




Pietruszka całą zimę rosła, a teraz zaczyna szaleć. Pora zebrać ostatnie liście, zanim zacznie wypuszczać pędy kwiatowe i zamrozić na czarną godzinę. Młoda nie tak szybko obrodzi taką ilością zieleni:



Pierwiosnki kwitną:



Krokusy rozchylają pąki:



Te białe też nieśmiało dążą do słońca:



Żonkile miniaturki też już rozkwitają:





A na koniec moja tegoroczna próba donic do zestawiania:



Ciekawy pomysł, można zbudować wieżę i "podnieść" kwiaty w górę. Zakupiłam cztery, dwie wykorzystałam, ale dochodzę do wniosku, że najlepiej spełniłyby się na patio, czy też  w takiej części ogrodu, gdzie widziane byłby z każdej strony. Tutaj część kwiatów jest schowana. 
Na pewno jest to świetny pomysł na kwiaty o zwisających pędach(ja tutaj widzę lobelie) albo na zioła.  
hrabina.ee, czwartek, 14 lutego 2013 , O nas w Irlandii/ All about us in Ireland Komentarze (11)

wtorek, 12 lutego 2013

Wrześniowa wycieczka do Lullymore






Wrześniowa pogoda była piękna i jak najbardziej nadawała się na wyprawę, ale ogród, który był zrekonstruowany niedaleko miejsca piknikowego, stracił dużo na swej atrakcyjności. Niemniej jednak wstawiam kilka zdjęć.


Ogród podzielony jest na kwatery. Ta część jest nowsza, ale w innym miejscu, grządki wyznaczają okorowane bale. Wygląda to świetnie, niestety, z roślin pozostały pozbiorowe resztki i zdjęcie nijak nie chciało "wyglądać". 




W tle pergola, nie mam pojęcia dlaczego pusta. Nie miałam nawet czasu podejść i się przyjrzeć, czy to kwestia braku roślin, czy np. ich wymarznięcia. Na głównym planie konstrukcja dobra zarówno dla wszelkiego rodzaju groszków, fasolek, jak i kwiatów umieszczonych wysoko:  


Bardzo podoba mi się ten pomysł, gdybym miała miejsce, zrealizowałabym go w swoim ogrodzie.


Kolejna rabatka z... no właśnie, z czym? Urokliwa bardzo; wrażenie psuje straszliwie sztuczna sikorka umieszczona na czubku, którą widać dopiero z bliska. Z daleka całość wygląda jednak ładnie, może poza brakiem roślin(niestety, jesień):



Wychodzimy z ogrodu i wąską dróżką(może nie taką wąską) kierujemy się do kolejnego, ślicznego zakątka:



Cóż to za miejsce? Zakątek elfów:


Możliwe, że dla wielu z Was wyda się to po prostu głupie, dziecinne, naiwne. Dla moich dzieci było to duże przeżycie. Nie mogły się oderwać od tego miejsca. A i ja, zwolenniczka fantasy, spędziłam tam dużo czasu.  

Zaraz na początku witają nas stosowne strofy:



Potem można już tylko oglądać, napawać się widokiem miniaturek i liczyć na pojawienie się elfa:))




Przeróżnych domków była cała masa; bardzo podobały mi się te ukryte w zboczach. Trochę hobbitowskie, tyle, że bez okrągłych drzwi. 



Wieża i schodki wkoło niej biegnące - cacko.



Zamek zbudowany z kory...



...i prowadzący do niego wiszący most.



W torfowym zboczu, z drugiej strony tej "wystawy", kolejne wejścia do domków schowanych w ziemi. Tym razem widać sporo mchu, który dodaje scenerii jeszcze więcej uroku. 





I to by było na tyle, jeśli idzie o część drugą.

czwartek, 7 lutego 2013

Wrześniowa wycieczka do Lullymore, część pierwsza






Pewnej wrześniowej niedzieli, a może soboty, już nie pamiętam, wybraliśmy się do pobliskiego(ok. godziny jazdy) Lullymore, znanego jako "Heritage and Discovery Park". Jest to popularne miejsce wycieczek szkolnych, zaliczane w klasie juniorków: Gosia była tam ponad 3 lata temu, a Monika pojedzie w tym roku. 

Miejsce oferuje wiele rozrywek, ma dość bogate zaplecze turystyczne(są miejsca na piknik, restauracje, oczywiście toalety, parking dla samochodów i autokarów). Atrakcji dla dzieci sporo, więc spokojnie spędziliśmy tam cały dzień i moglibyśmy zostać jeszcze dłużej. Dla osób bez dzieci, wstęp może wydać się dość drogi. My zapłaciliśmy ok. 30-35 euro za bilet rodzinny. Wszelkie atrakcje są już dostępne bezpłatnie(poza jedzeniem oczywiście).



Lullymore jest specyficzne przez swe położenie wśród torfowisk. Ponieważ sama nigdy nie spotkałam się z tym w życiu, torfowisko samo w sobie, jest dla mnie atrakcją.


Dziewczyny jeszcze w samochodzie, cieszące się na wycieczkę:


Jak widać, było dość ciepło. Wybraliśmy się Artura autem, stąd ta ograniczona przestrzeń(Artur, pewnie będziesz wkurzony, że tak oczerniłam twój samochód, ale... sam wiesz, jak jest).


Pierwsza rzecz, która przyciągnęła uwagę moich córek:


Nie da się ukryć, że spora i nie dało się jej obejść nie zauważywszy:) 


Szlak prowadził przez mały las, bardziej wyglądający jak lasek, zagajnik... gleba uginała się pod naszymi stopami, sprężynowała wręcz i to nie ze względu na naszą wagę:) Kiedy stąpnęło się mocniej, dawała głuchy, stłumiony odgłos:



Tu już widać lepiej kolor torfowej ziemi:



 I oczywiście wrzosy... wszędzie wrzosy, choć u nas to już nędzna końcówka kwitnienia.


W takiej scenerii stał dom:



Nie mam pojęcia prywatny, czy należący do parku, ale na pewno robiący wrażenie(I wish I had one...).


Wszędzie stały tablice z informacjami, kto ciekawy, mógł sporo wynieść(nie w kieszeniach, a w głowie)




Torfowisko jest dość stare - ukształtowane ok. 7 tys. lat temu i jak w każdym podobnym miejscu, pełno zachowanych skarbów z przeszłości, takich jak choćby świetnie zakonserwowane szczątki ludzkie, ozdoby, naczynia i wiele innych.



Rekonstrukcja pierwszych chat:




A w środku, wyglądało to tak:





Kolejna rekonstrukcja:



Dom z "czasów głodu" zbudowany z błota(prawdopodobnie gliny, bo takie tu mamy podłoże, głównie gliniaste), trawy, sitowia i sierści zwierząt. W środku niesamowicie ciasno.



Kuchnia serwująca "zupę głodową":




Część prywatnych "kuchni" serwowała zupę w piątki, z wkładem mięsnym; przeznaczona ona była dla tych z katolików, którzy w zamian za jedzenie zrzekali się swej wiary i przechodzili na protestantyzm. Inne "kuchnie", które żywiły ludzi, rozdając zupę każdego dnia, miały duży wkład w ocalenie wielu istnień. Była to jednak kropla w morzu potrzeb.


A tutaj już sceneria:




Bluszcze, które są naszymi nieodłącznymi towarzyszami w Irlandii. Tutaj zwieszały się całymi welonami, obrastały drzewa i tworzyły malownicze przejścia.


Przejażdżka kolejką:




Ilość przejażdżek nieograniczona, zależna od cierpliwości rodziców. 




Nasze starsze córki popisały się śpiewem(po angielsku, więc pozostali pasażerowie mogli uczestniczyć we wspólnym śpiewaniu) i zaintonowały piosenkę stosowną do podróży pociągiem. Zebrały oklaski "publiczności", jako że nie ograniczały swych wokalnych możliwości.


Kolejny punkt programu: golf



Każdy dostawał kijek stosowny do wieku i szło się wyznaczonym szlakiem. Przyznam, że po raz pierwszy poczułam, że gra w golfa może wciągać. Teraz już w jakimś stopniu rozumiem te spacery wśród łąk w poszukiwaniu piłeczki:)




Każda z nich starała się jak najlepiej uderzyć. Skupienie malowała się na każdej twarzy, tym bardziej, że był to nasz pierwszy raz.



Izabela oczywiście podchodziła do tego najbardziej beztrosko. Dla niej najważniejsze było wybicie piłki, a w którym kierunku... to już najmniej istotne.




Starsze próbowały za wszelką cenę zaliczyć dołek.




Iza trochę "pomagała" szczęściu i precyzji:) Coś takiego jak zasady, nie istniało dla niej.


Dla tych, co nie mają pojęcia o "farmingu", mała lekcja, opatrzona stosownymi "obrazkami" w postaci żywych zwierząt:




Na koniec jedzenie - po tym, które było na samym początku wycieczki w strefie piknikowej i zabawa w... no właśnie, gdzie? W PL znane są takie miejsca jako kulkownie na przykład. Baseny z piłeczkami, zjeżdżalnie, przejścia, liny, drabiny pod sufit i wiele, wiele więcej atrakcji. Moje córki bawiły się tam chyba z godzinkę, a my mieliśmy chwile odpoczynku między kolejnymi poszukiwaniami jednej, drugiej, bądź trzeciej. 


 
Jak widać Artur załapał się na fotę i to taka dynamiczną:) 


Reszta atrakcji w kolejnym odcinku.

  

poniedziałek, 4 lutego 2013

Kolejne projekty





Miałam napisać o wydarzeniach minionych dni, ale nie mam weny; miałam napisać o naszym wyjeździe do Lullymore, który miał miejsce we wrześniu, ale też jakoś nie mogę się zebrać. Tym bardziej, że jest to temat na dwa wpisy. Musze koniecznie zdążyć przed wiosną, bo uważam, że jest to doskonałe miejsce dla rodzin z dziećmi. Atrakcje na cały dzień zapewnione! A może to tylko nasze dzieciaki takie niezbyt wymagające, cieszące się najprostszą rzeczą?


Teraz robótki.

Otóż pomysł na moher z poprzedniego wpisu się pojawia, ale jeszcze nie krystalizuje. Mam jakieś niejasne pojęcie, co bym chciała, ale tylko tyle. 


Tymczasem na szydełku się dzieje! 


Pokazywałam Wam jakiś czas temu próbkę z białej bawełny. Mam już tego całkiem sporo, w zasadzie zbliżam się do końca. Wczoraj były ostatnie przymiarki, a dziś wychodzę na ostatnią prostą. O czym mowa? O takiej kupce białego nieszczęścia:




Nieszczęście będzie w tej formie jeszcze chwilę, a potem zamieni się - mam nadzieję - w pełnię szczęścia. 


Bardzo podoba mi się faktura tego wzoru:



Z kordonka w kolorze ecru powstaje serwetka. Jakiego rozmiaru? Jeszcze nie wiem. Ostatnio stwierdziłam, że muszę zapełnić mój "tajemny kuferek" serwetkami szydełkowymi, które później, w najmniej oczekiwanych momentach, są nagle potrzebne! Zatem szydełkuję: 



W samochodzie, na szkolnym parkingu, powstaje szal dla mnie. Na przyszłą zimę, a może jeszcze na kolejną? Włóczka niebieska jest cieniowana; obie zaś należą do tzw. włóczek skarpetkowych. Ponieważ nie przekonałam się jeszcze do dziergania skarpetek, a może nie zaraziłam?, wykorzystuję nici do szala:



I kolejny projekt, tym razem leży i kwiczy. Dlaczego? Otóż założyłam, że takie "dziurawe" bolerko zrobię z jednego dużego motka. Przeliczyłam się. Już w trakcie pracy - gdzieś tak w połowie - czułam, że będzie krucho. Dziergałam dalej, bo byłam pewna, że tę włóczkę dostanę w sklepie i... niestety. Nie ma białych ze srebrną nitką. I być może nie będzie.


Kolejna porażka przy tym projekcie, to główka rękawa. Czy ja już wspominałam, że nienawidzę główek rękawów? Jeszcze bardziej nienawidzę robótki wkoło, która niby jest taka prosta. Korzystałam z opisów polskich, ale każdy, kto próbuje wyłożyć łopatologicznie nie trafia do mnie. Jakbyśmy mówili zupełnie o czymś innym. Po cichu próbowałam już wielu opisów i nic. Spróbuję jeszcze po angielsku, może ten będzie łatwiejszy? W każdym razie... w tym projekcie skopałam główkę i to jakby przeważyło szalę. Odłożyłam do koszyka i prawdopodobnie pójdzie do prucia. Chyba... chyba że spróbuję metody, którą zastosowałam przy wyrabianiu główki rękawa w innym projekcie. Zobaczymy. 


W głowie mam planów sto, a czas nie chce się rozciągnąć. 1 lutego zaczęła się u nas wiosna, dość chłodno nas przywitała, ale już czuję, że "lepsze" nadchodzi.

piątek, 1 lutego 2013

Próbka






...tym razem na drutach.


Zamówiłam dodatkową białą włóczkę, którą mam zamiar "podstawić" za kremowy moher. Włóczka jest niemalże tak samo pajęczynkowo cienka, a jednocześnie bielutka. 
Kupując tę jedną, białą, nie oparłam się pokusie, skoro w promocji znalazł się śliczny moher. Zakupiłam go z myślą o dziewczynach. Zrobiłam już próbkę:




może na tym lepiej widać kolory:




Kolory podobają mi się się szalenie, ale nie jestem pewna co do tych maziajów... zobaczymy. Póki co musze doprowadzić do końca mój śnieżnobiały(pierwszy śnieżnobiały) projekt, żeby nie zszarzał w koszyku.