sobota, 16 czerwca 2012

Nie mam siły, żeby oglądać ten mecz



Muszę zatem zająć głowę zupełnie czymś innym. I nie to, że jestem jakąś szczególną fanką sportu, czy piłki nożnej. Tylko cała ta sytuacja powoduje wzrost ciśnienia, no bo jak inaczej może być? 




Odrywając się od mistrzostw, przeglądam zdjęcia. Znalazło się kilka takich, które może zainteresuja rodzinę?


Nasza wczesnowiosenna wycieczka. Ciepło, ale liści i zieleni jeszcze mało:





Monika sprawdza zawartość plecaka.




Dwie siostry





Izabelka wlecze się za nami.





Chwila odpoczynku.




Izabelka wybrała samotność.





Moja siostra zrobiła nam obu zdjęcie:)





Na koniec, trzeba było nieść Monikę...




...i Izabelkę. Czyżby spacer był zbyt długi?


I jeszcze jedno z Moniką:




I wszystkie trzy z tatusiem:




Na dysku jest jeszcze trochę zdjęć, które muszę posegregować. 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Jeszcze jedna poduszka



...ale na tym już koniec.


Monika przygarnęła "syrenkową" poduchę, ale cały czas buczała, że chce coś z różowym i że ten fioletowy to był jej, itp...

Zabrałam się więc za pracę i wykończyłam trzecią poduszkę:





Wyszła spod mojego szydełka jako ostatnia, mimo że przód powstał jako pierwszy. Potem zawsze czegoś brakowało: a to chęci, a to włóczki, a to chęci i jeszcze chęci.

Tył dostał to "muśnięcie" różem:




Może więcej niż muśnięcie, ale tak w tej chwili musi być. Dziewczyny są na etapie różu i koniec. Małgosia już mniej, ale Monika... 



Kiedy już okres poduszkowy gdzieś za nami, czas na coś nowego.



Uszyłam pokrowce na kanapę - drugi bok, który składa się z trzech złączonych poduch. Pozostała tylko część środkowa i kanapa będzie jak nowa. Pod warunkiem, że upiorę to, co pobrudziło się przez kilka miesięcy użytkowania. 

Przy okazji wizyty maszyny do szycia na naszym stole, ukończyłam to, co było przypięte szpilkami od... pół roku? Wystarczyło tylko przejechać zwykłym ściegiem, bądź ściegiem do dzianin. Praca krótka, ale wymagająca tyle mojego wysiłku i samozaparcia.


Zaraz po maszynie szydełko poszło w ruch. Powstało sześć takich pięciokątów: 





Wszystkie mniej więcej równe. 




Teraz szydełkują się kolejne elementy w odcieniu mięty:) ale na nie jeszcze przyjdzie troszkę poczekać.





Tutaj musi zostać wpisane coś, co poruszyło moich sąsiadów po raz drugi:

Po miesiącu od pierwszego mycia auta, umyłam go po raz drugi!

Sama. 

Trwało to ponad godzinę(tylko, bo tym razem nie wczułam się zbytnio), ale ostatecznie mój kombiak jest troszkę więksiejszy niż inne auta, to i czasu potrzebuje więcej. 

Dziś zaopatrzyłam się w odpowiedni sprzęt do mycia - na następny raz. 

Podziwiam sama siebie, a mój renault pewnie zadziwiony jeszcze bardziej. W ciągu jego 2,5 rocznego pobytu u nas, nigdy jeszcze nie była tak często szorowany; raz na pół roku, raz na trzy miesiące i to w myjni - całe 10 minut.

Teraz jeszcze dostał takie coś w spray'u na czarne listwy i inne plastikowe części. Sama wcierałam i polerowałam, więc muszę nadmienić:) 

Wygląda młodziej o parę lat. 


piątek, 8 czerwca 2012

Kwieciście



Dziękuję za wszystkie Wasze słowa i życzenia powrotu zdrowia skierowane do mojego Taty. Jest dobrze i oby tak dalej!



Skoro sytuacja już nie przygnębia, pokażę to, co około miesiąca temu pojawiło się w ogrodzie. Pojawiło się i kwitnie cały czas.


Widok ogólny:






Lwie paszcze/wyżliny - jak kto woli, przezimowały w gruncie i teraz, po ostrym przycięciu, kwitną szalenie. 






Tylko dwa egzemplarze: biały i czerwonoróżowy; zastanawiam się nad dokupieniem jeszcze dwóch?






Geum coccineum - Kuklik szkarłatny:




Wstawiam dwa zdjęcia, bo nie wiem, które lepsze. Roślinka mała w tej chwili - dopiero posadziłam, ale świeci czerwienią kwiatów. Świecił, to chyba lepsze określenie, bo padający od dwóch dni deszcz, wymłócił kwiaty doszczętnie.




Duma moja największa - powojnik wielkokwiatowy o pełnych kwiatach, w dodatku niebieskich(a to mój ukochany kolor)




Dumna jestem tym bardziej, że pierwszej zimy przemarzł totalnie. Wszystko to, co było nad ziemią, padło. Wiosną przycięłam i czekałam. Odbił, rósł przez całe lato, ja go konsekwentnie przycinałam, on się rozgałęział i oto jest! To pierwsze kwiaty, a w zanadrzu kolejne.





Na tyłach mojego domu już nie jest tak kolorowo. Panuje tam cień, cień i jeszcze raz cień. Mimo wszystko rośliny pną się w stronę słońca i oto efekty:




Wiciokrzew - wyrósł tak w ciągu jednego sezonu. Teraz zaczyna szaleć ponownie. W dolnej części ogołocony z pędów i kwiatów - zasługa mojej najmłodszej ogrodniczki - Izabelki. Mimo jej starań, wiciokrzew kwitnie.

Wieczorem roztacza nieziemsko słodki zapach:




W rogu - najbardziej nasłonecznionym - powojnik z polskiej hodowli - 'Polish spirit'. Ciężko przeszedł przedostatnią zimę, ale po kolejnym sezonie odbija i powoli sie rozrasta. Teraz jest nawet sporo większy.




U stóp powojnika stokrotki i pietruszka. Ta rozrasta się pięknie, nieważne gdzie się ją umieści:




I ostatnia ściana:



Powojnik górski. To przyrost tylko z tego sezonu, a roślina dopiero się rozpędza. Miał całe mnóstwo pąków, które - co do jednego - usunęła Izabelka. Rozwinął się tylko jeden kwiat, którego nie dosięgnęła. Cóż... urok posiadania dziecka - ogrodnika.



Jest szansa, że za rok już nie straci kwiatów:)


Nie pokazałm tu jeszcze dwóch powojników, ale wszystko w swoim czasie.

wtorek, 5 czerwca 2012

Tak...



...dziś mój tata zrobił nam "niespodziankę" i wylądował w szpitalu. Niespodzianka była wielka, bo po prostu zupełnie, ale to zupełnie, nie spodziewałabym się tego po nim. Wydaje się człowiekiem niezniszczalnym... 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy tak daleko i nic nie możemy zrobić. Tylko dzwonić albo czekać na telefon. 

Czekanie... najgorsze chwile i godziny. 


Tata jest już po badaniach, ale zostanie w szpitalu na obserwacji. Nie wiem, jak on to przeżyje, bo już przez komórę wydaje rozporządzenia dla tych, co zostali w domu:)


Różne myśli plączą się mi po głowie; trudno coś napisać. Mam nadzieję, że wyniki będą dobre, że wszystko dobrze się skończy.




niedziela, 3 czerwca 2012

Poniedzielnie




Dzisiejsza niedziela upłynęła pod znakiem ciasta-tortu migdałowo kawowego.

Zaczynam wypróbowywać przepisy przed uroczystością, która gdzieś tam przyszłościowo się kroi. Chcę mieć sprawdzone ciasto, w zasadzie tort, który nie byłby przekładany masą śmietanową, kremem na bazie budyniu, jednym słowem tort, który nie musi stać w lodówce. Będzie ona wtedy przepełniona jedzeniem - pachnącym mocno i bynajmniej nie ciastowo.

Ze względu na powyższe, wczoraj powstało to ciasto:





Przepis zaczerpnęłam z książki Anieli Rubinstein - "Kuchnia Neli". Jest to tort migdałowo kawowy i powiem Wam, że kawowy to on jest naprawdę! Migdały nadają ciastu specyficzną konsystencję i wilgoć.


Ciasto opiera się na jajkach, zmielonych migdałach, mielonej kawie i cukrze. Brak mąki, proszku do pieczenia. Na całej wysokości jest jednakowe, nie ma problemu z zakalcem. Krem z kolei to masło, cukier puder i kawa.




Wierzch pokryty jest polewą kawową - a jakże! - bardzo twardą, która tworzy niemalże szklistą powierzchnię. Na pierwszym zdjęciu widać okręgi w jakich zastygła, kiedy tylko wylałam ją na ciasto. To, co zdążyło spłynąć po bokach, zastygło w "kolumienkach".


Tort jest niesamowicie słodki; wystarczy jeden cieniutki plaster tortu(ok.1,5cm szerokości) żeby się zasycić - tak też opisała go autorka. Po raz pierwszy widziałam Artura, który nie wziął dokładki! Ja sama zjadłam dwa dość spore kawałki i od rana do 16-tej nie tknęłam niczego.

Dziewczyny zachwyciły się tym ciastem. Gosia i Monika zjadły po dwa kawałki w ciągu dnia. Izabela też spałaszowała jeden. Jak na moje córki, jest to przypadek niezwykły, bo one zwykle ciast nie jadają. Zwykle. Niektóre torty im smakują. Jak widać kawowy jest tym dobrym.

Co jeszcze?

W czasie wyrabiania ciasta jedyna trudna rzecz to wymieszanie bardzo gęstej, wręcz stałej, masy migdałowo cukrowej z ubitą pianą z białek. Robiłam to partiami i bardzo, bardzo powoli udało się.

Na pewno upiekę go jeszcze raz, żeby być pewną, że wyjdzie w przyszłości i że nie będzie żadnych niespodzianek. Muszę przemyśleć też koncepcję ubrania wierzchu. Polewa zastyga w ciągu 2-3 minut, więc pozostają jakieś pisaki lukrowe lub coś w tym stylu.

Póki co... jest jeszcze czas.
hrabina.ee, niedziela, 03 czerwca 2012

sobota, 2 czerwca 2012

Pogoda nam dopisała..



...więc byliśmy zajęci niesamowicie, stąd moje milczenie. 

W jednym tygodniu objechaliśmy Emo, Heywood Gardens, Slive Bloom Mountains i Brittas Bay. Każde inne i każde w swoim rodzaju. O wszystkim tym pisałam - w bocznej szpalcie są odnośniki do poszczególnych miejsc. 


Dziś jeden z wypadów - Heywood Gardens.


Wycieczka odbyła się 13 maja; mimo pięknego słońca było całkiem chłodno:dziewczyny w sweterkach, Iza nawet czapkę sobie zażyczyła:)


Zieleń jest niesamowita. 





Para łabędzi budowała gniazdo. Ptaki przyzwyczajone do ludzi, bo gniazdo usytuowane było w trzcinach, przy brzegu, wzdłuż którego biegnie ścieżka spacerowa:





Tutaj byliśmy pierwszy raz - dziewczyny są starsze i można było wybrać się na dłuższy spacer. 





Widok na rzeczkę i wzgórza w tle:



Miejsce, do którego dotarliśmy, to coś na kształt tarasu widokowego, albo maleńkiej przystani:




Opis w dwóch językach: angielskim i irlandzkim. 




Małgosia świetnie wykorzystała podest. Najpierw podziwiała wodę, a potem rozciągający się widok.




Nie obyło się bez "specjalnych" zdjęć.




Monika wyjątkowo nie chciała pozować.




 I powrót... Iza z Arturem wspinają się po schodach prowadzących na duży taras widokowy.




Jeszcze raz zieleń, która mnie niesamowicie porywa:



I gałąź, która porastała mchem przez lata, żeby teraz wyglądać jak miękkie siedzisko; zaprasza wprost żeby usiąść i odpocząć w cieniu 




I jeszcze nasz trójka: