sobota, 12 maja 2012

Wytrzymałość wszystkiego kiedyś się kończy...




...następuje zużycie materiału i koniec. 



W tym tygodniu, po prawie 7 latach użytkowania(bardzo intensywnego), moje żelazko padło. Nawet nie tak do końca pewnie, bo po prostu zaczęło coś śmierdzieć palonym plastikiem, więc wyłączyłam sprzęt, potem odkręciłam tylną klapkę i okazało się, że izolacja jednego z kabelków zaczyna się nadpalać. Być może można by było to jakoś ratować, ale ja nie jestem specem od elektrycznych rzeczy, nie miałam czasu, bo pranie czekało i musiało być gotowe - w sensie uprasowane, więc mój małżonek poświęcił się i pojechał aby kupić wybrany przeze mnie model. 

Będąc na studiach miałam philipsa - to prawie najprostsze, jedno z najtańszych parowych żelazek. Wytrzymało studenckie pożyczanie, potem pracowało w naszym domu, kiedy urodziła się Małgosia(kto ma maluchy wie, jak intensywnie się prasuje), potem służyło mojej siostrze na studiach(przetrwało!) i wylądowało w domu moich rodziców, jako awaryjne. Nie wiem czy nadal tam jest, ale wydaje mi się, że i tak wiele przeszło.

W Irlandii kupiłam sobie też philipsa, nieco lepsze, z trochę wyższej półki, aczkolwiek nie jakieś wyczesane. Przeżyło tyle lat, kolejna dwójkę maluchów i chyba ze trzy upadki na podłogę. Nie pękło, nie ciekło, odkamieniało się samo i teraz dopiero jakby wysiadło. 

Kilka dni temu kupiłam kolejnego philipsa:

 
philips azur - zdjęcie z amazon.

Kto ma ochotę poczytać tutaj jest mały opis, z którym się zgadzam, przynajmniej w tej chwili. 
Prasuje się idealnie! Poprzednie było bardzo dobre(miało stopkę ceramiczną, więc po tylu latach nie było na niej ani jednej rysy, a jechałam równo po suwakach, guzikach), a to jest jeszcze lepsze. 
Ogromnym plusem jest 2,5m kabel, jego waga - niezbyt ciężkie, ale też i nie leciutkie, siła pary - duża(uwielbiam takie), moc też. 

Z całego mojego wpisu wynika jasno, że jestem fanką jednej firmy. Tak. Jestem. Nie zawiodłam się jeszcze na ich sprzęcie, a miałam już i depilator(mam go nadal) i czajnik i żelazka. Pewnie sa inne, dobre firmy, ale ja jestem przywiązana(głęboko) do tej jednej. I mam nadzieję, że to, kupione niedawno, zostanie z nami na parę ładnych lat. 

I to tyle na dziś.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Niebieskie szaleństwo






...trwa już u nas jakiś czas.

To ta pora roku, ten miesiąc, tylko pogoda się troszkę popsuła. a może wiosna zapomniała o nas? Ostatnie dni były iście zimowe: deszcze, zimne wiatry przeszywające do szpiku kości... Mimo to natura powolutku działa i oto co tworzy: 




Zdjęcia są z wczorajszego spaceru, kiedy słońce świeciło pięknie, tylko czasem naciągając chmury na twarz; za to wiatr nie próżnował, a temperatury też nas nie rozpieszczały. 





Dziewczyny szalały w Emo - tak, to kolejna wyprawa do tego parku.




Ja robiłam zdjęcia.





Podobne dywany, całe niebieściutkie, można spotkac w tutejszych lasach. 




Kwiaty te są wszechobecne na Wyspach i teraz jest ich czas.





Hyacinthoides non-scripta znany czasem jako Scilla non-scripta; w Polsce: cebulica 




Tutaj nazywany jest Blue bells




Czyż te kwiaty nie są piękne?


A w kolejnym poście, a może postach - drzewa... bo lubię im robić zdjęcia.

hrabina.ee, niedziela, 29 kwietnia 2012

Niebieskie szaleństwo







...trwa już u nas jakiś czas.

To ta pora roku, ten miesiąc, tylko pogoda się troszkę popsuła. a może wiosna zapomniała o nas? Ostatnie dni były iście zimowe: deszcze, zimne wiatry przeszywające do szpiku kości... Mimo to natura powolutku działa i oto co tworzy: 




Zdjęcia są z wczorajszego spaceru, kiedy słońce świeciło pięknie, tylko czasem naciągając chmury na twarz; za to wiatr nie próżnował, a temperatury też nas nie rozpieszczały. 





Dziewczyny szalały w Emo - tak, to kolejna wyprawa do tego parku.




Ja robiłam zdjęcia.





Podobne dywany, całe niebieściutkie, można spotkac w tutejszych lasach. 




Kwiaty te są wszechobecne na Wyspach i teraz jest ich czas.





Hyacinthoides non-scripta znany czasem jako Scilla non-scripta; w Polsce: cebulica 




Tutaj nazywany jest Blue bells




Czyż te kwiaty nie są piękne?


czwartek, 26 kwietnia 2012

Tyle dni juz minęło...




...od pierwszego krzyku Izabelki w szpitalu, we wczesnych - 6.55 - godzinach rannych. 



Dwa lata - 2 LATA! - minęły 20 kwietnia, czyli już prawie tydzień temu.


Nie było wielkiej imprezy. Ciasto ,w kształcie serca, które przypadło Izabelce do gustu, dwie kartki ze wschodniej Polski... i tyle. Najmłodsza jest jednak jeszcze na tyle mała, że nie o imprezy jej chodzi:) i ten szczególny dzień przeżyła bez fochów, za to w spokoju i z uśmiechem. I oby tak dalej!!!










wtorek, 24 kwietnia 2012

Kolorowych kwadratów ciąg dalszy




...czyli co robię w wolniejszych chwilach.


Już pokazywałam zaczątek poduszki dla Moniki. Oczywiście, jak należało się tego spodziewać, Małgosia natychmiast wyraziła chęć posiadania podobnej. Zatem, kiedy tylko skończyłam szydełkować przód poduchy dla Moniki, zaczęłam następna produkcję, a w międzyczasie jeszcze jedną - dla siebie:) Dzięki temu nie nudzę się, bo wciąż przeskakuję między kolorami. 


Ta ma być dla Gosi:



Już jest skończona, bo zdjęcie robione było wczoraj.


Ta z kolei może dla mnie, może dla Izabelki? Zobaczymy.



Kolory takie bardziej moje, w niebieskości uderzające, ale nie jest wykluczone, że spodobają się najmłodszej.


I ostatnie zdjęcie: 



Zaczął się produkować tył jednej z poduch. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zainspirowana przez...






...Joankę-Z zrobiłam moim dziewczynom takie bransoletki:




Ta fioletowa jest pierwsza, robiona z drewnianych koralików i szarej włóczki bawełnianej. Kolejne zrobiłam z muliny. 




Nie ma tam splotów makramowych, bo są one dla mnie jakąś magią. Niby wiem, niby rozumiem, ale kiedy zaczynam sama przeplatać... wychodzi NIC.




Niebieski to mój ulubiony kolor i akurat miałam takież koraliki, więc przeplotłam jedną więcej, dla siebie?:)



Dziękuję Joanko za podpowiedź, jak robic takie cudeńka. Moje córki są zachwycone.
hrabina.ee, poniedziałek, 23 kwietnia 201

sobota, 21 kwietnia 2012

Podstawy pod lampki już mam



Nie wiem jeszcze czy będą to lampki z przeznaczeniem do pokoju dziennego czy naszej sypialni. Najpierw jednak muszę poszukać abażurków. Skąd to zdrobnienie? Stąd, że to są małe lampki, o takie:






Dwiadzieścia centymetrów, może dwadzieścia pięć mierzą ich nóżki;





Są niemożebnie ciężkie, jeśli porównać to do wysokości.

Znajoma kobietka ze sklepu SH przyniosła mi to z zaplecza mówiąc, że czekała na mnie, bo wie, że tego typu rzeczy lubię. I nie myliła się. Najpierw stwierdziłam, że nie będą pasować, ale po przemyśleniu wszystkiego doszłam do wniosku, że przecież w pokoju dziennym mamy lampy z okuciem w takim kolorze. Do sypialni też pasowałyby, bo tam króluje ciemny orzech i ciemne złocenia. Nie ma za to miejsca, żeby je postawić. Poza tym nie mam stosownych abażurów, których wygląd będzie zależał od miejsca przeznaczenia:)
Za nabytek zapłaciłam całą ósemkę. Aż nie wierzyłam w swoje szczęście:) Teraz będę powolutku szukać abażurów.