czwartek, 5 stycznia 2012

Miedzy drutem, a szydełkiem



...między obiadem, a zakupami, czytam, czytam i wciąż czytam. Lektury lekkie i szybkie, jak seria "The mortal instruments"Cassandry Clare

Za sobą mam już "City of bones"...



(Miasto kości - jak widać, okładka pod nastolatki:)) 

...oraz "City of ashes"



(Miasto popiołów) 


...na półce czeka część trzecia "City of glass"



(Miasto szkła). 


Trafiłam na nie zupełnie przypadkiem w charity, a ponieważ kiedyś, na merlinie, czytałam recenzję, postanowiłam spróbować. 

Akcja wartka, to trzeba przyznać, a jeśli miałabym porównywać z bardzo reklamowaną "Fallen", to ta druga odpada w  przedbiegach, to znaczy już po pierwszym rozdziale.

Żałuję ogromnie, że nie mam kolejnej części "City of fallen angels"


(Miasto upadłych aniołów)

...ale może to i dobrze, bo w tym roku w maju wychodzi kolejny tom "City of lost souls"(Miasto zagubionych dusz), a w kolejnym roku "City of heavenly fire"(Miasto niebiańskiego ognia). Może kiedyś w przyszłości trafię na komplet? 
Nie wiem czy przez wszystkie tomy uda się autorce utrzymać tak dobre tempo akcji i tak zaciekawić czytelnika, nie przesadzając z nadmiernym poplątaniem losów głównych bohaterów:) Zobaczymy.

wtorek, 3 stycznia 2012

I w końcu jest!!!






Nowy rok zaczęłam, a w zasadzie stary skończyłam, bardzo pozytywnie, jeśli idzie o robótkowanie. Przeszyłam ostatni szew w narzucie na kanapę. 

DWA LATA TO TRWAŁO! Szycie, mam na myśli. I  w końcu jest:




Widać tą małą migawkę spodu? Mam na myśli ten kwiatowy wzór. Cały spód to takie kwiaty, trochę w stylu angielskim. Miałam tego materiału sporo, więc został wykorzystany do tego projektu.

Niestety, moja praca jako narzuta się nie sprawdza. Przynajmniej taka na kanapę, której oryginalne pokrycie jest wykonane ze śliskiego materiału. Wszystko zjeżdża w przeciągu pięciu minut.





Kolorystyka bardzo mi się podoba...





...cieszę się, że spróbowałam uszyć patchwork...





...a chyba najbardziej cieszę się, że skończyłam tę pracę. 




Nawet jeśli nie sprawdziła się na kanapie, to zawsze może zostać użyta jako narzuta na łóżko. 


Ku końcowi zmierza też mój projekt zazdrostkowy - ten pobił rekord, bo miał być oddany 5 lat temu. Już wkrótce przedstawię gotowy.
hrabina.ee, wtorek, 03 stycznia 2012 

I w końcu jest




Nowy rok zaczęłam, a w zasadzie stary skończyłam, bardzo pozytywnie, jeśli idzie o robótkowanie. Przeszyłam ostatni szew w narzucie na kanapę. 

DWA LATA TO TRWAŁO! Szycie, mam na myśli. I  w końcu jest:




Widać tą małą migawkę spodu? Mam na myśli ten kwiatowy wzór. Cały spód to takie kwiaty, trochę w stylu angielskim. Miałam tego materiału sporo, więc został wykorzystany do tego projektu.

Niestety, moja praca jako narzuta się nie sprawdza. Przynajmniej taka na kanapę, której oryginalne pokrycie jest wykonane ze śliskiego materiału. Wszystko zjeżdża w przeciągu pięciu minut.





Kolorystyka bardzo mi się podoba...





...cieszę się, że spróbowałam uszyć patchwork...





...a chyba najbardziej cieszę się, że skończyłam tę pracę. 




Nawet jeśli nie sprawdziła się na kanapie, to zawsze może zostać użyta jako narzuta na łóżko. 


Ku końcowi zmierza też mój projekt zazdrostkowy - ten pobił rekord, bo miał być oddany 5 lat temu. Już wkrótce przedstawię gotowy.

sobota, 31 grudnia 2011

Witaj Nowy Roku!



I obyś był lepszy niż Twój poprzednik!


Tego życzę Wam Wszystkim


Jeszcze raz powtórzę: niech szczęście towarzyszy Wam przez kolejne dni Nowego Roku 2012

środa, 28 grudnia 2011

Świąteczna wycieczka


Zgadnijcie gdzie? Do Emo!

Nie był to najcieplejszy dzień, ale ok.12 stopni się utrzymywało przez cały czas. Tak, w tym roku jest zdecydowanie lepiej, jeśli idzie o pogodę. W domu mamy już w chłodne dni 15 stopni ciepła, a nie 9-10, jak to bywało rok temu. Oczywiście ogrzewanie mam włączone, z tym, że ustawione na niską temperaturę, ale działa, a w zasadzie działało, całą dobę. Wszyscy już chyba przyzwyczailiśmy się do takich temperatur w domu i kiedy wizytujemy kogoś, już po pierwszych minutach odczuwamy to nadmierne ciepło. Ale wracając do wycieczki...


Iza pojechała w swojej wizytowej spódnicy i nowym płaszczyku:






Czasem wędrowała trzymając mnie za rękę:





Monika weszła w nowy etap: pozowania z głupimi minami:





To jedno z wielu "zaliczeń gleby" przez najmłodszą. Jednak nie to najbardziej widowiskowe, kiedy aż brodą zaryła w ziemię. Nie płakała ani razu, wstawała, otrzepywała dłonie i szła dalej. 




Czasem trzeba było coś tam poprawić...




Niekiedy Izabela poważnie rozważała skok z wysokości. Na rozważaniach się skończyło:




Oczywiście stały punkt programu - jezioro, kaczki i łabędzie, których wtedy nie było:




I po godzince powrót do domu:

wtorek, 27 grudnia 2011

Wszystkiego po trochu




Tuż przed świętami nabyłam włóczkę Romance po promocyjnej cenie: 50 centów za motek. Wzięłam wszystkie, bo urzekł mnie piękny, błękitny kolor. Do tego ta wyjątkowa miękkość. Miałam w planach wydzierganie szala, więc nawet dwa razy się nie zastanawiałam. 7 ostatnich motków stało się moją własnością. 

I zaczęłam dziergać... to znaczy szydełkować, bo najpierw wymyśliłam szalik z dropsa - ten najbardziej popularny, kwiatuszkowy. Po zrobieniu 15 oczek łańcuszka początkowego zarzuciłam plany na jakikolwiek szalik z tej włóczki, robiony szydełkiem. Najgładsze szydełko nie pomogło, bo chwytało wszystkie puchy z sąsiadujących nitek. 
Przerzuciłam się na druty i tu już wybrałam wzór najłatwiejszy. Poszło! Całe szczęście, że miałam 7 motków, bo robiłam z podwójnej nitki. Nabrałam chyba ze 40 oczek - żeby wyszedł szal, jak należy. Oto co powstało:




długość - 2,5m szerokość - 45cm




druty chyba 5, jesli dobrze pamiętam




Lekki i wyjątkowo puszysty, cieplutki... aż mi żal, że powędrował:(


W międzyczasie skończyłam włóczkę pstrokatą i powstał niezbyt długi - szkoda - ale też mięsisty i ciepły szalik. Ten został w domu. Włóczka wyrobiona prawie do końca. Zostało ok. 40cm






W kolejnym międzyczasie kończyłam ścianę przy drzwiach wejściowych:




Kwiat był malowany dwa razy. Pierwszy nie został zaakceptowany przez siostrę i zamalowywałam go chyba 4-roma warstwami żółtej farby! Druga wersja rośliny została przyjęta:)
Dodam jeszcze w tym akapicie, że całość holu już pomalowana na żółto. Poradziłam sobie nawet z kilkumetrową ścianą(mam na myśli wysokość), bo zamocowałam pada na kiju od szczotki. Sprawdziło się idealnie. Dopóki pad miał czystą obudowę, nie brudził sufitu, kiedy malowałam na styku ściana/sufit. Nie musiałam odklejać nic taśmą malarską. Dla mnie super sprawa!


Potem już były święta, a w zasadzie czas na przygotowywanie jedzenia:





Szynka według przepisu irlandzkiego. Dobra, ale nie rewelacyjna. Robiona na bulmersie, który dla mnie jest obrzydliwy w smaku. Dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy podlałam nim szynkę i wstawiłam do piekarnika. Po upieczeniu nie było AŻ TAK ŹLE, ale nie było też zachwytów. Nic to. Pierwszy i ostatni raz.

Zrobiłam też Missisipi mud cake  i tego nie żałuję. Jeśli ktoś lubi, podkreślam LUBI, gorzką czekoladę, to to ciasto jest idealne. Wilgotne, ciężkie, mocno czekoladowe. W sumie nic dziwnego. Do środka wpada prawie całe opakowanie kakao i duża czekolada, do tego druga na polewę. Artur go nie lubi, moja siostra i ja kochamy.





Poniżej prezentuję czapki wydziergane dla moich córek przez sąsiadkę Kristine:



Kiedyś wpadłam do niej i zobaczyłam jak dzierga jedną z wielu; powiedziała, że ma wiele ich do zrobienia, bo wszystkie wnuki chce nimi obdzielić. Jak widać, moje dzieci też się załapały:

I prezentacja czapek na ulubionym stworku Izabelki:





Dziś na byłoby na tyle:))
hrabina.ee, wtorek, 27 grudnia 2011

niedziela, 25 grudnia 2011

Pierwszy dzień świąt za nami



Upłynął na leniuchowaniu i odpoczynku, jeśli tak można nazwać pobudkę o 6 rano - Izabela pod tym względem nie uznaje świąt ani wszelkich wakacji, a zaraz potem, bo po 7-ej, zejście na dół i rozpakowywanie prezentów. Na szczęście dla mnie, Artur zajął się tą radosną częścią. Ja mogłam poleżeć w łóżku całe - UWAGA! - 15 minut dłużej. Mój cudowny małżonek zostawił włączone światło na korytarzu, a ja byłam na tyle leniwa, że nie wyszłam z łóżka, żeby je zgasić. Za to po upływie rzeczonych 15 minut nie miałam cierpliwości znosić wrzasków z dołu i zeszłam do kuchni. W "liwinrumie" zastałam stosy papierów, rozognione spojrzenia Gosi i Moni, rozanielonego Artura i pijącą ze stoickim spokojem mleko - Izabelę. Jej to całe zamieszanie jakby nie dotyczyło. Ona miała swoją butlę, mleko i bajeczkę z piękną muzyką i zerową akcją, czyli wszystko, co rankiem jest jej potrzebne do szczęścia.


Poziom zadowolenia Artura znacznie spadł, kiedy nastąpił moment montażu zabawek(mój za to wzrósł, bo miałam w ręku kawę i perspektywę spokojnego jej wypicia). Kiedy dzieci już miały to, co najważniejsze, maż przygotował śniadanie. Siostra zwlokła swe "truchło" z góry i dołączyła do posiłku. A później.... zabawa, zabawa.


Oto rowerek Izabelki:



Lekki, mały, ale z możliwością powiększenia, kiedy maluch podrośnie, co na pewno kiedyś nastąpi. Jak widać właścicielka zadowolona; no, może na tym zdjęciu tego nie widać, ale generalnie była szczęśliwa.


Gosia wróciła do książek, jako że nawet w święta nie wolno marnować czasu i trzeba się uczyć! Taka jest moja zasada. Żartuję:)) Dziewczyny zajęły się książkami z naklejkami; do zabawy włączyły tatusia, który swoimi drobnymi, zgrabnymi paluszkami mocował elementy wielkości pół centymetra:) 





Jak widać wszyscy są niezwykle przejęci i zaangażowani w pracę, przepraszam, zabawę:)





Monika nawet nie zauważyła, że robię jej zdjęcia.




W salonie ekspozycja z nadesłanych i otrzymanych kartek. Jeszcze kilka doszło, bo zdjęcie zrobione w piętek:




I nasza choinka:



Troszkę roztrzepana, ale to zasługa najmłodszej i ogólnie ich zabaw w tym pokoju. W sumie to nawet dziwię się, że nadal stoi. Iza nagminnie zdejmuje ozdoby i bawi się nimi cichutko w kątku za fotelem. Poza tym drzewko przetrwało wyciąganie paczek! Te kilka, to początek, bo potem dziewczyny dostały prezenty od naszych sąsiadek i znajomych. Wszystko czekało do dzisiejszego poranka.


I na koniec kilka naszych tegorocznych nabytków:



...szklana balerina - tak, wisi w połowie wysokości choinki...




...kolejna szklana panienka i też wysoko zawędrowała...




... i taki gołąbek, też szklany i też wysoko lata.


A na parapecie, jak w zeszłym roku: ostrokrzew(ała, ła - to nazwa nadana przez najmłodszą, chyba wiecie dlaczego? dodam, że świetny strażnik pozostałych ozdób; nic nie zostało dotknięte od momentu pierwszego pokłucia), koraliki, latarenka, szyszki i świeczki:





i jeszcze pochwalę się moim prezentem. Książki z merlina już czekają w PL na przesłanie do nas, a póki co małżonek w ukryciu zakupił mi...




Zapach, który pół roku temu upatrzyłam i ukochałam. To drugi, który jest tym szczególnym. Pierwszym było pure poison Diora. Artur wiedział, że też go uwielbiam i nawet chciał mi dokupić w zestawie z kolejną torebką, na szczęście siostra doradziła mu coś nowego:)

Artur dostał swojego windowsa 7, a moja siostra wciąż na nic się nie zdecydowała. Nic to. kiedyś coś dostanie, bo lepiej później, niż szybko i na siłę.