sobota, 21 lutego 2009

***




Moje robótki leżą i dosłownie nic się nie dzieje. Nie mam ochoty nawet ich wyjmować. Może to jeszcze pourlopowy leń? A może coś innego?
Wiem, że powinnam dokończyć top Isabelle - został już tylko dekolt, zeszycie i wykończenie ramion. W końcu wiosna już puka do drzwi i niedługo może się przydać nowa bluzeczka.
Poza tym motylkowy bieżnik leży i wciąż czeka na lepsze czasy, a tu już czas zabrać się za jakąś serwetkę do wielkanocnego koszyka - ta z zeszłego roku "pofrunęła" do PL.

Zajęłam się książkami - ale niewiele, bo jednocześnie usuwam zdjęcia z fotosika. Na blogu muszę wstawiać to samo, tylko do zasobów. Przybyło mi zatem pracy. Z fotosika usunę wszystkie albumy i to już niedługo i zlikwiduję konto.

Z życia w Eire: negocjujemy twardo cenę wynajmu. Chcemy aby opuścili nam równo stówę. Nasz agent zadzwonił wczoraj i zapytał czy satysfakcjonuje nas 25 euro? Śmiech na sali! Dziś już opuścił 75. Zobaczymy, co powie w poniedziałek, bo wisi nad nim widmo utraty klientów, a teraz nie tak łatwo o nowych.
Nie uśmiecha mi się przeprowadzka w nowe miejsce, całe to zamieszanie z pakowaniem, a potem zmianą adresów i wszystkich innych rzeczy(Tu przenosi się telefon, internet, konto gazowe, elektryczne, i nie wiem co tam jeszcze) ale jeśli będziemy zmuszeni, to jakoś to zorganizujemy.


Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak...

Przy tym wszystkim optymizmem napełnia mnie wiosna, którą już tu czuję! Dni już są o wiele dłuższe - jest 17-ta, a tu wciąż słońce na niebie! 

Luty



Połowa lutego już dawno za nami, a co za tym idzie i urodziny Gosi. Wypadły jej dokładnie w dniu naszego powrotu do Irlandii. Obchodziła je zatem troszkę wcześniej, jeszcze w Polsce. W zasadzie to jej pierwsze urodziny obchodzone w Polsce!

Był tort:




... który trzeba było dwa razy zapalać, bo Monika nie mogła pojąć, że to Gosia zdmuchuje świeczki. 

W końcu dało się wszystko ułagodzić; tata zapalił świeczki kolejny raz i już obie dmuchały:





Tuż przy suficie fruwało sporo balonów:





...które wywołały okrzyki radości u Moniki:






Chwytała za wstążki, szarpała, ciągnęła, krzyczała, a  nawet piszczała z radości, że już je prawie ma w ręku... Biegała z nimi po domu, nieomalże zrywając żyrandole, za które zaczepiały się wstążki. Radości nie było końca.


A Gosia, jak typowa 4-latka, która uwielbia zmieniać stroje, prezentowała się w dwóch kreacjach:


Ta akurat była " suknią dzienną"


Małgosia ma 4 lata(sama nie wiem, kiedy ten czas tak ucieka, bo pamiętam, jak uczyłam się przewijania; pamiętam swoją rozpacz, kiedy dziecko płakało, a ja nie wiedziałam dlaczego) i z każdym tygodniem widać, jak bardzo się zmienia z dziecka, które nie rozumie zwrotu " za chwilę", w dziewczynkę, która spokojnie czeka na obiecaną rzecz. 
Słyszę, jak zmienia się jej słownictwo, staje się coraz  bogatsze; Gosia używa coraz trudniejszych zwrotów i co najważniejsze - potrafi je zastosować w odpowiedniej sytuacji.
Uwielbia słuchać bajek, które się jej czyta czy też opowiada; sama często siada i Monice, misiowi lub samej sobie wiernie odtwarza zasłyszane historie. 
Lubi słuchać piosenek śpiewanych przez "Fasolki", jak też tych z "Akademii Pana Kleksa"; chętnie też sama je śpiewa. Najczęściej w repertuarze pojawia się "Kaczka dziwaczka" i " Na wyspach Bergamutach". 
Najczęściej wybiera wszystko co się błyszczy i mieni kolorami tęczy, świeci złotem lub srebrem, czasem jednak stwierdza nagle, że skarpetki nie pasują do bluzeczki czy do spodni. Zatem powoli zaczyna uczyć się dobierania kolorów.

Jest jeszcze wiele, wiele rzeczy ale trudno o wszystkim napisać.

wtorek, 17 lutego 2009

***




Wróciliśmy do domu i powoli wszystko wraca do starego rytmu. Powoli, bo dzieci są rozpuszczone wakacjami, a poza tym to wciąż końcówka choroby.

Dziękuję Wam za wszystkie dobre słowa, rady, jak z tego wyjść. 


Myślę, że tegoroczny urlop będzie pamiętnym urlopem, tak dla nas, jak i dla naszej rodziny w Polsce. Udało nam się stworzyć dwa szpitale: najpierw w Warszawie, a następnie u moich rodziców. Dzięki zakupionym lekom moglibyśmy otworzyć małą aptekę. Nieźle też zarobił sklep, w którym ciągle były kupowane chusteczki higieniczne - zużywane w ilościach dwóch opakowań dziennie(a w każdym opakowaniu 80 sztuk!)

Chcieliśmy żeby nasze dzieci zobaczyły prawdziwą zimę i udało się - zobaczyły, tyle, że przez okna. 

I tak minęły 2 tygodnie...


A dziś Polska żegnała nas śniegiem, a Irlandia powitała piękną, wiosenną pogodą. I oby tak dalej!!!

sobota, 7 lutego 2009

Wakacje



Sama nie wiem czy to wakacje. Źle było już w Irlandii, a w Polsce zaczął się jakiś koszmar! 

Chorujemy wszyscy od dnia przylotu i to nie jest jakiś kaszelek, nie. Dzieci i mąż mają zapalenie oskrzeli - u starszej w dodatku poważne. Ja ostre zapalenie zatok. Udało się nam stworzyć mały szpital w domu rodziców Artura. Dziś po raz pierwszy siadłam przy komputerze, ale nawet nie wchodzę do Was. 

Podsumowując: moje dzieci jeszcze nigdy nie chorowały tak poważnie, a ja chyba od podstawówki. Czasem myślę, że to jakiś zły sen, z którego niedługo się obudzę.  

niedziela, 1 lutego 2009

Zakończone, zapakowane






... co takiego? Zobaczcie sami:



Wyjątkowo w trzech kopiach - różnica w kolorach, szerokości i długości - całe szczęście!


Wzór podoba mi się niesamowicie, można dziergać niemalże bezmyślnie. Dzięki czterem szalikom(jeden biały powędrował do Ellen i nawet w nim chodzi:)) obejrzałam kilka filmów, pogadałam sporo z siostrą i rodzicami na Skype, itd....

Ponieważ jestem prawie zakochana w tym wzorze, umieszczam jeszcze kilka zdjęć:










Dół wykończyłam rządkiem półsłupków, a potem... nie wiem czy to są oczka rakowe, czy nie, ale robiłam je w odwrotną strone - też 1 rządek:





Szaliczki są zrobione z przeznaczeniem na prezenty i w ciągu kilku dni pójda w świat.








hrabina.ee, niedziela, 01 lutego 2009

sobota, 31 stycznia 2009

Przedwyjazdowo




Walizki spakowane już od dwóch dni, a jedna nawet wczoraj wyjechała z domu. Już tak mamy, że przynajmniej jeden duży bagaż wozimy do przechowalni na lotnisko 1-2 dni wcześniej. To znaczy Plunket wozi, nie my:)
Dzięki temu nie mam obaw, że o godzinie 4.30 rano, kiedy podjedzie taksówka, okaże się, że wejdzie albo walizka, albo wózek. 

Pakowanie poszło sprawnie - godzinka lub mniej i wszystko było na miejscu. Mam nadzieję, że "suweniry" nie zostaną zniszczone. Opakowałam je w kilometry folii ochronnej ale z bagażami różnie bywa...

Natomiast wczoraj udałam się z obiema dziewczynkami do lekarza - obie chore, a na dokładkę ja też. Także lecimy do PL z antybiotykami i z chorobą. Kto jest delikatniejszy, raczej nie powinien się z nami spotykać.


Jutro postaramy sie położyć wcześniej, choć położyć, to nie znaczy usnąć. 

A od poniedziałku zaczynamy nasze wakacje. Musimy nazbierać sił, bo po powrocie czeka nas - być może - kilka zmian w życiu. Poważnych zmian.

wtorek, 27 stycznia 2009

***




Nasz sąsiad z piętra przeszedł do lepszego świata. Od prawie roku walczył z rakiem. Lekarze zapowiadali mu, że nie doczeka Bożego Narodzenia, a on nawet Nowy Rok przywitał...

Mam nadzieję, że teraz już jest szczęśliwy.