piątek, 11 lutego 2011

Znowu się nazbierało



Pisania oczywiście.


Z tym naszym zdrowiem, to niby jest lepiej, ale i tak jeszcze wczoraj(czwartek) mieliśmy kłopoty. 

Wysoka temperatura wciąż utrzymywała się u Gosi, do tego doszedł ból głowy i całkiem zablokowany nos i dodatkowo - żeby nie było za pięknie i za łatwo - krwawienie z nosa i to dość spore. Wczoraj, po południu, Artur pognał z Gosią do Seana na kolejną wizytę - już trzecią. Ten skierował dziecko do szpitala. Napisał list, w którym poprosił o przebadanie krwi. Przedstawił historię choroby.
 
Do szpitala, na pogotowie dziecięce, już ja pojechałam, bo Artur nie wyrobiłby się przed pracą. Gnałam jak szalona, bo w domu została moja siostra, którą też dopadła choroba. W szpitalu spędziłam kilka godzin: od 16 do 20.30. Krwi nie zbadali, a jedynie próbkę moczu. Obejrzało Gosię dwóch lekarzy. Każdemu opowiadałam historię choroby; oprócz tego historię całego życia Małgosi, moich porodów i chorób Artura. Pierwsza pani doktor(z Indii) zapisała sobie cztery kartki papieru A4, wyrysowała wykres naszej rodziny, wysłała nas na zdjęcie płuc, żeby wykluczyć zapalenie. Potem stwierdziła, że skonsultuje się z drugim lekarzem, który pytał mnie prawie o to samo, porobił swoje notatki, obejrzał dziecko pod kątem wysypki i jakichś innych śladów. Zalecił podanie mieszanki nurofenu i calpolu, po czym stwierdził, że to prawdopodobnie wirus(dlatego nie działają antybiotyki) i pozostało mi zbijać gorączkę i obserwować Gosię. Zbadał dwukrotnie puls, gorączkę i... wysłał nas do domu. 

Przyznam się Wam, że z ulgą wychodziłam z tego oddziału. Wizyta nie wniosła dosłownie nic. Można nas było szybko przebadać i odesłać do domu, a nie trzymać tyle godzin, zapisując notatki o rodzinie. Tym bardziej, że w poczekalni płakało co najmniej troje niemowląt, którym pomoc chyba szybciej by się przydała. 

Dziś już jest o niebo lepiej. Gosia nie krwawi z nosa, ma niską temperaturę, taki bardziej stan podgorączkowy i ogólnie widać, że czuje się lepiej. Może to w końcu będzie za nami? Chyba, że teraz przyjdzie moja kolej, bo odzywają mi się zatoki i generalnie jestem zmęczona okrutnie. 


Ale dość o takich sprawach. Teraz będę się chwalić, a w zasadzie chwalić swoje dziecko.


Wczoraj, w tym czasie, kiedy Artur był z Gosią u lekarza, ja zabrałam Monikę i Izabelę i poszłam na tzw. wywiadówkę do szkoły. Spotkałam się z Małgosi nauczycielką. Przekazała mi wspaniałe informacje. Otóż jest niesamowicie zadowolona z Małgosi, która świetnie czyta, liczy i generalnie nie ma różnicy w nauce między nią, a dziećmi irlandzkimi. Język nie jest tu absolutnie żadnym problemem. Zdecydowanie poprawiło się pisanie. Przyjaźni się z wieloma dziećmi z klasy, współpracuje i chętnie pomaga. 
Oprócz tego muszę powiedzieć, że Gosia zaczyna czytać po polsku. Składa literki i zaczyna rozpoznawać wyrazy. Czasem nazywa niektóre litery po angielsku, ale tu ją poprawiam. Jeszcze ma kłopot z polskimi znakami i dźwiękami takimi jak: sz, cz, dź, dż, itp. ale myślę, że trochę ćwiczeń i będzie ok. 

Jestem bardzo, bardzo zadowolona! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz