piątek, 11 grudnia 2009



Od jakiegoś czasu milczę na blogu, bo wciąż walczymy z przeprowadzką. Dzięki pomocy mojego Taty, który był tu kilka dni, większość mieszkania jest już spakowane i przeniesione. Zostały tylko największe meble i rzeczy, które są nam niezbędne do funkcjonowania.
Na pewno wszystko poszłoby jeszcze sprawniej, gdyby jednocześnie nie było miliona innych spraw do załatwienia. Na szczęście największy stres chyba za mną. 
W poniedziałek umówiliśmy się z naszym agentem na zamknięcie rachunków w starym mieszkaniu, wypłacenie kaucji, itd. Ponieważ jest naprawdę sensownym facetem, wszystko powinno pójść szybko i sprawnie.

Nie udało mi się jednak zrobić USG - pierwszego, a jestem już w połowie 5 miesiąca - i nie zrobię tego wcześniej niż w styczniu. Trudno. Nie potrafię się rozerwać. Skoro ciąża "idzie" sprawnie i bez komplikacji zakładam, że nic złego się nie dzieje. Najważniejsze, że jedną wizytę u prowadzącej pielęgniarki miałam:))



Póki co, przedstawiam Wam nasz dom - pierwsze, mało udane zdjęcie. Przemykający samochód zasłonił dół, ale większość widać.  






Korytarz i wejście na górę. Na lewo skręca się do pokoju dziennego.







W pokoju dziennym mamy "kominek" - niestety nie prawdziwy, tylko jego gazową atrapę. 







A tu przejście między pokojem dziennym i jadalnią.







Widok na kuchnię - nie jest ogromna, za to jasna i taka, jak mi odpowiada.







Z jadalni wychodzi się na ogródek:





I tu nasz "ogromny" ogród. Na pewno nie poszaleję w nim, bo nie ma takich możliwości, ale dzieciaki już mają swoje miejsce zabaw. Furtkę wykonał mój mąż z pomocą taty i już w trakcie pracy wywołali zachwyt sąsiadki - Irlandki, która do tej pory mieszka bez takiego udogodnienia.





To tak pokrótce nasz nowy dom. Wszędzie jest wszystko, bałagan i stojące kartony, ale powoli jakoś sobie z tym poradzimy. Nie mam ciśnienia, żeby wszystko dopiąć w ciągu 2-3 tygodni i wprowadzić się do wykończonego zupełnie domu. Mogę mieszkać i dopracowywać resztę.


Zapewne wkrótce będziemy już przełączać linię telefoniczną, więc nie będę mieć internetu aż do powrotu z wakacji(chyba, że mnie zaskoczą, czego nie podejrzewam). W związku z tym, już teraz...




... Życzę Wam wspaniałych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Niech spełnią się Wasze marzenia, a radość napełni Wasze serca. Życzę, aby Nowy Rok 2010 był dla Was i dla nas dobrym rokiem. 



Anna

wtorek, 1 grudnia 2009

Jeszcze tylko spakować mieszkanie...




...i przenieść je w nowe miejsce. Potem spakować walizki i można lecieć na urlop. 

Sprzęty AGD kupione(będą w sobotę); łóżka, podłogi, stół i krzesła i inne potrzebne "drobiazgi" również wybrane i zapłacone - jutro mają przyjechać. 

Zaczęłam pakować nasze mieszkanie. Idzie mi ciężko; po trzech latach tak trudno rozstać się z tym miejscem. Wrosłam w nie, znam wszystkich sąsiadów - bliskich i dalszych, znam okolicę. Teraz ponownie musimy się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Dobrze, że to wciąż to samo miasteczko. 


Samochód opanowałam już całkowicie. Nie było wyboru i jeździłam nim do oporu. Sprawuje się dobrze, nawet bardzo dobrze. Mimo swych rozmiarów(4.6m długości) i wagi jest niesamowicie zwrotny i lekki w prowadzeniu. Cieszę się, że go kupiliśmy. Teraz sprawdzimy jego ładowność:))

środa, 25 listopada 2009

Niespodzianka




Wczoraj po południu podpisałam umowę, wpłaciłam zaliczkę i dostałam klucze do domu. Mogę zacząć się przeprowadzać. Aż mi się wierzyć nie chce, że to już

sobota, 21 listopada 2009

...



Wczoraj leżałam wieczorem i czytała książkę. W pewnej chwili maleństwo w brzuchu zaczęło harce. To już nie były tylko "plumkania", jak we wcześniejszej fazie. Czułam, że ono tam nieźle się kręci. Nie dawało mi spokoju przez około godzinę, w końcu usnęło, a przynajmniej się uspokoiło. 
Dziś wstałam rano i muszę powiedzieć, że mój brzuch zaczyna mieć małe uwypuklenie. Niby nic dziwnego, w końcu wchodzę w 5 miesiąc, niemniej jednak muszę znowu przyzwyczaić się do mojej, zmieniającej kształt, sylwetki. 

Gosia czasem podchodzi, głaszcze mi brzuch i rozmawia z dzidziusiem. Monika jeszcze tego nie rozumie. Też poklepuje brzuch, ale tylko dlatego, żeby naśladować Gosię.

czwartek, 19 listopada 2009

Plany planami, a życie, życiem




Życie modyfikuje nasze plany i założenia. Miał być instruktor, miało być ileś spokojnych przejażdżek po naszym miasteczku, potem dalej... Miało być. Niestety, nie było.

Dziś byłam zmuszona pojechać do Portlaoise - jakieś 15 mil od nas - żeby zapłacić ubezpieczenie. Pojechaliśmy. Nie było mi łatwo, kurczowo trzymałam się lewej strony, blisko pobocza. Do tego dość mocny deszcz, kałuże. Spanikowałam kilka razy, kiedy nagle samochód wyjechał zza zakrętu i pruł środkiem drogi. Oni tak lubią, ja mniej. Wracając byłam spokojniejsza. Artur namówił mnie jeszcze na dalszy wyjazd po zakupy, a po południu do marketu budowlanego.

Przyznam, że z mężem jeździ mi się fantastycznie. Jest spokojny, nie pokrzykuje, nie kieruje mną, nie próbuje nacisku. Czasem coś podpowie... 


Oczywiście, żeby nie było tak różowo, to zaliczyłam pierwsze lusterko - "skosiłam" facetowi, bo bałam się przeciskać obok ciężarówki. Efekt jest taki, że musimy mu zapłacić, jak już naprawi auto. Wszystko jednak odbyło się w zupełnym spokoju. Skasowane. Ok. Będzie naprawione i będzie ok. 
To mnie trochę nauczyło jazdy przy samym środku drogi, choć wciąż mam obawy.

środa, 18 listopada 2009

Oswajam samochód




Wiem, że ostatnio jestem monotematyczna, ale tyle zmian, tyle przeżyć... 

Największe obawy wiążę z samochodem. Jeździłam po parkingu, starałam się "wyczuć" jego rozmiary. Już jest dobrze. Powoli, po 7 latach przerwy, wraca to, co pamiętam. Parkuję tyłem całkiem nieźle - zawsze wolałam ten sposób niż wjazd przodem. Oczywiście na pewno miałabym jeszcze obawy na zatłoczonym ciasnym parkingu, ale wiem, że wprawa przyjdzie. Potrzebuję czasu(a tego akurat mało), tylko tyle i aż tyle. 
Wczoraj zabrałam męża i dzieciaki na przejażdżkę po osiedlu. Zaliczyłam rondo. Artur nawet mnie pochwalił i stwierdził, że nie wie skąd u mnie ten strach, bo dobrze mi idzie. 
Następna przejażdżka już niedługo - po paliwo, bo już widzę, że jest lepiej także na ulicy(tutaj akurat moja długoletnia przerwa przydała się - jadę lewą stroną z uczuciem, że tak powinno być). Cieszę się ogromnie, bo to takie moje małe zwycięstwo nad strachem, obawami. 
To, co mnie tutaj uspokaja, to flegmatyczność kierowców. Nie trąbią na kogoś, komu zgasł samochód tuż przed wjazdem na rondo, czy na skrzyżowaniu. Po prostu czekają. Nie popędzają, nie pokazują wiadomych "znaków". 

Z innej beczki. 

Monika wczoraj oglądała odtwarzacz CD i nagle pyta mnie o to, co jest w środku. Mówię, że płyta z muzyką, której ona lubi słuchać. Moje dziecko na to:

- Aha, loziumiem - i pokiwało mądrze głową. 

poniedziałek, 16 listopada 2009

Co zrobic, żeby się rozerwać...



...i być w kilku miejscach jednocześnie? Tak byłoby najlepiej.


Ponieważ przed nami wiele nowego, w najbliższym czasie nie będę prawdopodobnie zajmować się robótkami. Moje myśli opanował teraz dom. Co prawda nie mamy aż takich możliwości, żeby jeździć wszędzie i wybierać to, co nam się zamarzy, ale tuż przed urlopem musimy kupić najpotrzebniejsze sprzęty. 
Wczoraj już siedziałam godzinę nad katalogiem i wybrałam łóżka, stół i panele do całego domu, a także sprzęt AGD. Oczywiście wybrałam na papierze. Teraz wszystko może wziąć w łeb, jeśli okaże się, że wymiary mi nie pasują - a to sprawdzę dopiero w ciągu najbliższego tygodnia. 
Ponieważ jednak ogranicza nas ilość kasy, musimy wybierać sprzęty i meble w możliwie jak najmniejszej ilości miejsc, bo u nas transport nie jest wliczony w cenę. Płaci się za każdy kurs, a nie wszystko jestem w stanie przywieźć naszym autem, bo to w końcu nie ciężarówka. W dodatku zamówienie realizują do 2-3 tygodni, a nie od ręki.
Najbardziej zależy nam na łóżkach bez których, wiadomo, trudno spać. 
Po powrocie z Polski, powolutku, będziemy urządzać dom. Jakieś wyobrażenie o tym, jak ma to wyglądać mam, ale wszystko może ulec zmianie. 
Mąż pozostawił mi wolną rękę zastrzegając, że nie chce tylko domu w czerni, jak i w samej bieli. Reszta - wedle mego życzenia. 

Myśląc o domu, o meblach, nastawiałam się na sklep Ikea, bo lubię styl skandynawski. I tutaj ogromne rozczarowanie. To, co prezentują w Irlandii, to jakiś mały koszmar, a poza tym ceny są OGROMNE. 
Zaczęłam już przeglądać strony z używanymi meblami i prawdopodobnie uda się tam znaleźć to, co nas interesuje. To jednak dopiero po powrocie, bo teraz nie jestem w stanie się rozerwać. A przecież przy tym wszystkim muszę przy okazji "obsłużyć" ciążę. Jakiś skan, wizyta... byłyby mile widziane przez naszego lekarza. Tak, mi się wydaje:)


Dziękuję osobie prowadzącej blog "Inspiracje..." za zgromadzenie wielu ciekawych pomysłów w jednym miejscu. Wielokrotnie przeglądałam zasoby i wciąż to robię.

sobota, 14 listopada 2009

I już...



Wczoraj samochód stanął pod naszym domem, podpisaliśmy umowę i teoretycznie mogłam jechać. 

Przyznam, że miałam ogromne obawy co do jazdy po lewej stronie. Okazało się, że to nie jest żaden problem. Nawet się nie zastanawiałam nad wyborem właściwej, bo przyszło to naturalnie. Największy problem, to rozmiar wozu. Czuję się, jakbym prowadziła wagon. Mam wrażenie, że jego tył nigdzie się nie kończy. Poza tym inna marka... To wszystko powoduje, że czuję obawy. Wiem jednak, że wyboru nie mam. Samochód nie jest kupiony dla zaspokojenia naszej potrzeby posiadania, czy dla jakiegoś chwilowego kaprysu. Jest potrzebny już od zaraz i moje stresy, obawy muszą odejść w kąt. Muszę zacząć jeździć i koniec. 
Nawet myślę nad wykupieniem jednej lub dwóch godzin z tutejszym instruktorem, który pojeździ ze mną moim samochodem - to uważam jest genialne rozwiązanie, bo pomoże mi wyczuć i oswoić auto. I zapewne z tego skorzystam, bo przecież będę wozić swoje dzieci. 

Życzcie mi powodzenia, bo czasu mam naprawdę mało.

piątek, 13 listopada 2009

Loreena McKennitt



... i jeden z jej utworów: 


                "The highway man"


The wind was a torrent of darkness among the gusty trees
The moon was a ghostly galleon tossed upon the cloudy seas
The road was a ribbon of moonlight over the purple moor
And the highwayman came riding, riding, riding,
The highwayman came riding, up to the old inn-door.

He'd a French cocked hat on his forehead, a bunch of lace at his chin,
A coat of claret velvet, and breeches of brown doe-skin;
They fitted with never a wrinkle; his boots were up to the thigh!
And he rode with a jewelled twinkle,
His pistol butts a-twinkle,
His rapier hilt a-twinkle, under the jewelled sky.

Over the cobbles he clattered and clashed in the dark innyard,
And he tapped with his whip on the shutters, but all was locked and barred;
He whistled a tune to the window, and who should be waiting there 
But the landlord's black-eyed daughter,
Bess the landlord's daughter, 
Plaiting a dark red love-knot into her long black hair. 

"One kiss, my bonny sweetheart, I'm after a prize tonight, 
But I shall be back with the yellow gold before the morning light; 
Yet if they press me sharply, and harry me through the day, 
Then look for me by the moonlight, watch for me by the moonlight, 
I'll come to thee by the moonlight, though hell shall bar the way. 

He rose upright in the stirrups; he scarce could reach her hand
But she loosened her hair in the casement! His face burnt like a brand
As the black cascade of the perfume came tumbling over his breast;
And he kissed its waves in the moonlight,
(Oh, sweet waves in the moonlight!)
He tugged at his rein in the moonlight, and galloped away to the west.

He did not come at the dawning; he did not come at noon,
And out of the tawny sunset, before the rise o' the moon,
When the road was a gypsy's ribbon, looping the purple moor,
A red-coat troop came marching, marching, marching
King George's men came marching, up to the old inn-door.

They said no word to the landlord, they drank his ale instead,
But they gagged his daughter and bound her to the foot of her narrow bed;
Two of them knelt at the casement, with muskets at their side!
there was death at every window, hell at one dark window;
For Bess could see, through the casement,
The road that he would ride.

They had tied her up to attention, with many a sniggering jest;
They had bound a musket beside her, with the barrel beneath her breast!
"now keep good watch!" And they kissed her.
She heard the dead man say
"Look for me by the moonlight, watch for me by the moonlight
I'll come to thee by the moonlight, though hell shall bar the way!"

She twisted her hands behind her, but all the knots held good!
She writhed her hands till her fingers were wet with sweat or blood!
They stretched and strained in the darkness and the hours crawled by like years!
Till, now, on the stroke of midnight, cold, on the stroke of midnight,
The tip of one finger touched it! The trigger at least was hers!

Tlot-tlot! Had they heard it? The horses hoofs ring clear
Tlot-tlot, in the distance! Were they deaf that they did not hear?
Down the ribbon of moonlight, over the brow of the hill,
The highwayman came riding, riding, riding!
The red-coats looked to their priming!
She stood up straight and still!

Tlot in the frosty silence! Tlot, in the echoing night!
Nearer he came and nearer! Her face was like a light!
Her eyes grew wide for a moment! She drew one last deep breath,
Then her finger moved in the moonlight, her musket shattered the moonlight,
Shattered her breast in the moonlight and warned him with her death.

He turned; he spurred to the west; he did not know she stood
bowed, with her head o'er the musket, drenched with her own red blood!
Not till the dawn he heard it; his face grew grey to hear
How Bess, the landlord's daughter, the landlord's black-eyed daughter,
Had watched for her love in the moonlight, and died in the darkness there.

And back, he spurred like a madman, shrieking a curse to the sky
With the white road smoking behind him and his rapier brandished high!
Blood-red were the spurs in the golden noon; wine-red was his velvet coat,
when they shot him down on the highway, down like a dog on the highway,
And he lay in his blood on the highway, with the bunch of lace at his throat.

Still of a winter's night, they say, when the wind is in the trees,
When the moon is a ghostly galleon, tossed upon the cloudy seas,
When the road is a ribbon of moonlight over the purple moor,
A highwayman comes riding, riding, riding,
A highwayman comes riding, up to the old inn-door.


czwartek, 12 listopada 2009

Klamka zapadła




Samochód kupiony i jutro przyjeżdża do Portarlington. 



Teraz musimy tylko zmienić nasze prawa jazdy na irlandzkie, ubezpieczyć samochód i... zacząć jeździć. 

Cieszę się niezmiernie, że ten zakup za nami, bo za chwilę przeprowadzka, więc tak naprawdę koszt auta będzie się zwracał od samego początku. 

Największe ciśnienie zeszło ze mnie. Uspokoiłam się zupełnie, przeprowadzka mi nie straszna.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Głowa mi pęka





Od dwóch dni przeglądam ogłoszenia z autami. Za mną jakiś milion obejrzanych samochodów - na obrazkach oczywiście. 
Najpierw nie mogliśmy się zdecydować jaki, potem wyszło tego za dużo - bo aż trzy marki brane pod uwagę, a ostatecznie decyzja zapadła. Dziś ustaliliśmy konkrety i mam nadzieję, że wkrótce tę jedną pozycję uda się wykreślić z naszej metrowej listy zakupów "tylko najpotrzebniejszych rzeczy". 

czwartek, 5 listopada 2009

...




Wybrałam się w końcu do lekarza - 13 tydzień, pomyślałam, czas najwyższy. Na miejscu okazało się, że wcale nie 13, tylko niespełna 16, i że w zasadzie co najmniej tydzień temu powinnam mieć pierwsze usg. Nic to. Skoro wszystko idzie dobrze, to pośpiech nie jest aż taki konieczny. 
Przy okazji zabrali mi trochę krwi na sprawdzenie różnych różności.
Do tego dostałam informację, że od dwóch tygodni jestem w strefie podwyższonego ryzyka, jeśli idzie o świńską grypę i właśnie dziś mam możliwość zaszczepienia się. Waham się. Akurat w te szczepionki nie wierzę. Nigdy ich nie brałam i choć wkoło ludzie chorowali, mnie to omijało. 
Mąż naciska, ja oponuję. 

Podobnie z dziećmi. Nie wiem, czy to dobry pomysł podać im tę szczepionkę. Słyszałam już różne opinie na ten temat. 

Póki co zamierzam wybrać się do health shop i zakupić tran. 

poniedziałek, 2 listopada 2009

Druty też poszły w ruch



Moja szydełkowa dłubanka nie posunęła się zbyt daleko od ostatniego wpisu. Doszło tylko 3 kwiatki, ale coraz bardziej mi się podoba.




Choć te małe kwiatuszki robi się szybko, samo przyłączanie ich do dwóch kawałków materiału zabiera sporo czasu. Jest to jednak zajęcie, przy którym wszelkie złe, niepokojące myśli odlatują, bo trzeba się skupić na liczeniu oczek i nawinięć, żeby nie naciągnąć materiału. 


Zaczęłam też szalik z włóczki Gucio opus w kolorze koralowym:



Wzór chyba powszechnie znany - bardzo prościutki ażurek, nad którym praktycznie nie trzeba myśleć podczas pracy.



Będzie to prezent dla Charlotte, a muszę się z tym pospieszyć, bo w sumie zostało mi około miesiąca czasu na wszystko, tzn. na przygotowanie prezentów dla naszych przyjaciół Irlandczyków. 



Dlaczego mam tak mało czasu? 

W tym roku spędzimy święta w Polsce - będzie to pierwszy raz po 4 latach. Stąd nie mam presji na przygotowywanie ozdób świątecznych do własnego domu, bo już 16 grudnia wylatujemy. 
Teraz zaczynamy się zastanawiać, jak rozwiązać sprawę choinki. Chyba złamiemy nasze zasady i ubierzemy ją z początkiem grudnia, bo nie wyobrażam sobie powrotu do domu bez choinki. 

sobota, 31 października 2009

Sukienka



Dziś skończyłam sukienkę:








Nie obyło się bez małych problemów, ale uporałam się z nimi. Przede wszystkim zakładki, które były oryginalnie na górze sukienki, nie współgrały z marszczeniem, które zrobiłam na dodanym, jasnym materiale. Wszystko brzydko odstawało. Zaszyłam więc zakładki. Dzięki temu, że się nie rozchylają, dół sukienki układa się o wiele ładniej. 

piątek, 30 października 2009

Była sobie sukienka



Kiedyś dostałam sukienkę dla Moniki. Jakoś tak się zdarzyło, że nie nałożyła jej w odpowiednim czasie i sukienka zrobiła się za mała. Ponieważ bardzo mi się podobała, postanowiłam teraz coś z niej zrobić. 


W oryginale wyglądała tak:



Rozmiar: 1,5-2 lata.



Po mojej małej przeróbce, będzie wyglądać tak:





Na razie jest tylko sfastrygowana i czeka na zeszycie, co zapewne dziś nastąpi. 

Odcięty dół też będzie wykorzystany, tylko muszę zebrać potrzebne materiały, bo pomysł już mam. 

poniedziałek, 26 października 2009

Jednak ruszyło



Wyjęłam szydełko. Jakoś do tego "narzędzia" mam największe przekonanie. Sięgnęłam po obrobione słupkami kwadraty materiału i postanowiłam zacząć wstawkę z kwiatków. 


Kiedyś zobaczyłam taki bieżnik/serwetkę i zachorowałam na nią:




Postanowiłam, że zrobię coś podobnego, tylko w większym formacie - obrus. Ponieważ mam jakieś blade pojęcie o kolorystyce naszego przyszłego pokoju dziennego, przegrzebałam swoje zasoby materiałów i zaczęłam. 
Jakiś czas temu - dość odległy - raczyłam Was wpisami o cięciu, obrębianiu i obszydełkowywaniu kwadratów. Teraz nadeszła chwila, żeby zająć się tymi kwiatuszkami w środku. 
Dziś zrobiłam i przyczepiłam pierwszy, łącząc tym samym dwa kawałki materiału:





Przede mną pracy ogrom - jakiś milion kwiatuszków, ale też nikt mnie nie pogania, bo nasz własny dom nie zmaterializuje się już w ciągu kilku dni. Zatem, bez zbędnego pośpiechu, a dla przyjemności raczej, będę sobie dłubała te drobinki.


I jeszcze jedno - nasze dziecko dało dwa dni temu pierwszy, namacalny znak swojej obecności. To nie są ruchy oczywiście, ale takie "plumkanie" w brzuchu - tak ja to określam. 

piątek, 23 października 2009

Wymuszona przeróbka



Choć nadal nie mogę szydełkować ani szyć, wczoraj musiałam przezwyciężyć wstręt. Małgosia przymierzyła sukienkę na dzisiejsze przebieranie w szkole. Okazało się, że suknia za krótka chyba około 15cm. 

Zaczęłam szukać czegokolwiek podobnego w moich zasobach materiałowych. Znalazłam złocisty szal z szyfonu. Pocięłam go na pół i przyszyłam do spodniej warstwy sukienki. Efekt nawet zadowalający:




Gosia w każdym razie zadowolona i nie świeci łydkami:))


Może to inauguracja powrotu do robótek? Choć nie podejrzewam.

poniedziałek, 19 października 2009

Nadal bez robótek



Kolejny wpis o tematyce innej niż robótki ręczne. Czas płynie dość szybko i za chwilę umknie mi z pamięci to, co miałam opisać tygodnie temu. 


We wrześniu mieliśmy małą imprezę w Portarlington. Ludzie wylegli na główną ulicę. Były tam przygotowane przez szkoły i kluby prezentacje tańca i muzyki irlandzkiej, pokazy akrobatyczne; było rękodzieło wszelakie, reklamowały się sklepy i sklepiki, robiły małe wyprzedaże. Na placu zabaw przygotowano kilka atrakcji dla dzieci i oczywiście nieśmiertelne malowanie twarzy. 
Gosia, jak zwykle, zażyczyła sobie motylka, natomiast Monika wyszła jako tygrysiątko:




We wrześniu, a nawet teraz, w październiku, wciąż dopisuje nam pogoda. Co prawda częściej już pokropi, nawet spadnie dość mocny deszcz, już noce są zimne, ale mimo wszystko bywają piękne, słoneczne i ciepłe dni.

Małgosia szaleje na hulajnodze:





Oto ranek, kiedy Monika odprowadza siostrę do szkoły:






Monika poczyniła ogromne postępy w samodzielnym jedzeniu łyżką czy też łyżeczką. Cały czas chce sama i sama. Różne są tego efekty ale najczęściej już całkiem dobre.







Ostatniej soboty mieliśmy małą imprezę. Koleżanka z Małgosi klasy - Abby - miała urodziny. Pojechaliśmy do pobliskiego Portlaoise. Tam, w specjalnie przygotowanych salach, dzieciaki miały sporo atrakcji. Polegało to głównie na bieganiu, zjeżdżaniu, wspinaniu się po siatkach, drabinach z lin, zabawach w basenie z piłeczkami, huśtaniu na linach, pomykaniu tunelami, itp. Po 90 minutach szaleństw dzieciaki dostały posiłek i tort. 
Do domu wróciliśmy wieczorem. Wszyscy byli zadowoleni: dziewczyny i ja. Monika i Gosia wyszalały się z koleżankami, a ja spędziłam czas w miłym towarzystwie. 
Przyznam, że zaskoczyła mnie Monika. Była tam najmłodsza, za towarzystwo miała tylko irlandzkie dziewczynki, a mimo to od pierwszej chwili podała rączkę jednej z dziewczynek(której nie znała wcześniej) i poszła się bawić. Przez półtorej godziny nie miałam dzieci. 

Tuż przed imprezą obie moje córki łaskawie dały się uczesać, a nawet pozwoliły zrobić sobie kucyki.













Z ostatnich wypowiedzi najmłodszej chyba najciekawsze jest to, jak wstaje ciut świt, wygląda z łóżeczka i pyta mnie:

- Mamo, jeszcze nie dopiero? 

albo: 

- Mamo, jeszcze nie godzina? - oba zdania mają oznaczać, że jeszcze nie nadeszła pora wstawania. 


Czasem się pomyli i mówi, że "najdobrzej" jej smakuje coś tam.



Małgosia poznaje kolejne literki, uczy się je pisać, nawet polubiła pracę domową od kiedy znalazłam na nią sposób. Na pracę, nie na Gosię:)

Dzieciaki w "juniorach" dostają tu we wtorki zeszyt z wklejonymi kartkami, na których opisana jest literka i towarzyszy jej rysunek. Praca domowa polega na napisaniu po linijce danych literek. Zadana jest od razu na 3 dni(3 kartki z literkami) a w piątek dziecko odnosi zeszyt do szkoły. Nauczycielka zabiera, sprawdza i przygotowuje kolejne prace. 
Kontakt z nauczycielem mamy za pomocą pisanych kartek, tzn. jeśli coś nas interesuje to piszemy i wkładamy kartkę do teczki. Nauczycielka sprawdza teczki i wkłada do nich wszelkie informacje dla nas. Tak to wygląda w sprawach prostych. Jeśli rodzice mają życzenie, mogą się umówić telefonicznie na konkretną godzinę i wtedy poruszyć dręczące ich problemy.  


Nie twierdzę, że taki system funkcjonuje w całej Irlandii, we wszystkich szkołach. Tak jest u nas. Jak na razie mnie to zadowala.