poniedziałek, 27 grudnia 2021

Z życzeniami noworocznymi...

...i opowieścią, opowiastką może:) Z życzeniami świątecznymi nie zdążyłam, więc choć takie przynoszę....



Wszystkim odwiedzającym moj blog, życzę aby Nowy Rok był wypełniony dniami pełnymi radości, spełnionych marzeń, realizacji założonych planów; życzę, aby otaczali Was dobrzy, tak zwyczajnie życzliwi, ludzie. 


W tym roku zabrakło mi czasu na blogowanie. Nawet ozdób własnych nie robiłam, nie dziergałam, nie szyłam; jedynie książki czytałam w wolnej chwili. 


Oprócz pracy, która zajęła mi mnóstwo czasu, doszedł nam mini remont kuchni i pokoju najmłodszej. 

U niej mieliśmy zmienić tylko wykładzinę i postanowiliśmy to zrobić sami. Zakup był czynnością najprostszą, choć Młoda niezwykle długo podejmowała decyzję co do jednego z miliona odcieni szarości. W końcu ta decyzja zapadła, ku naszej uldze. 

W trakcie rozkładania wykładziny rozpadła się szafa Młodej. Ile bluzgów poleciało z ust mojego ślubnego, to tylko ściany wiedzą(sąsiedzi na szczęście języka nie znają). Tak więc, będąc postawionymi pod ścianą, pojechaliśmy następnego dnia na oglądanie szaf. I znowu wybieranie, wybieranie, decydowanie, suwanie drzwiami, klikanie szufladami, zgłębianie wnętrz... Koniec końców szafa została wybrana, opłacona łącznie z dostawą i czekaliśmy....

Dodam, że w tym samym już czasie czekaliśmy na zamówione w październiku szafki kuchenne. Po latach życia w prowizorce, zdecydowaliśmy, że robimy tę kuchnię teraz, albo nigdy. Zatem szafki stojące, szafki wiszące....


Wszystko przyszło w jednym tygodniu, dzień, po dniu, kiedy i ślubny i ja pracowaliśmy całe dnie. Tutaj jednak szczęście nam sprzyjało, bo nasz sąsiad stolarz - niezwykle zajęty człowiek i zabookowany na kolejne miesiące nowego roku - znalazł dla nas czas. I to aż dwa dni! Jakiś klient mu wypadł z listy, więc zaczął pracę u nas. Wyszukał i dokupił blat w kolorze, wszystkie inne potrzebne pizdrygały, a po dwóch dniach po prostu rozliczyliśmy się z nim i mogliśmy cieszyć się nową kuchnią. Zatem o remoncie kuchennym mogę spokojnie powiedzieć: poszedł gładko.

Zdjęcia wstawiam chyba najbardziej dla mojej rodziny, żeby mogli w końcu obejrzeć efekty. 



Z szuflad jestem ogromnie zadowolona. wkońcu nie trzeba przegrzebywać głębi szafek, żeby znaleźć coś małego na końcu.



Szafki wiszące standardowe, a uchwyty zakupione u sprawdzonego dostawcy. 



Czy wspominałam już, że uwielbiam kryształ?:) Uchwyty to potwierdzają;)



Po 12 latach mieszkania w tym domu, kuchnia doczekała się oświetlenia pod sufitem; do tej pory wisiała tam goła żarówka.



Tylko remont zniknął z horyzontu, pojawił się projekt Moniki na historię.

Musiała znaleźć jakieś powiązania swojej rodziny z historią. Na szczęście nauczycielka była tak "wyrozumiała", że nie kazała Monice szukać naszych związków z historią Irlandii:) Pozwoliła nam wybrać Polskę.

Projekt rodził się w bólach, przy udziale rodziny w kraju.

 


Tematem stało się Powstanie Warszawskie '44 i moja rodzina.


Opisaliśmy trochę powstanie, walkę, udział ludzi....



...a potem udział naszej rodziny w tym wydarzeniu.



Bardziej osobistych zdjęć, z kolejnej strony już nie dodaję. Napisze tylko, że w jednej ze szkół podstawowych wmurowana jest tablica upamiętniająca członka naszej rodziny, lekarza, żołnierza, powstańca, który zginął w walce o Warszawę, we wrześniu 1944 roku.



W tym wszystkim toczyły się przygotowania do świąt. W zasadzie nie toczyły się, nawet nie pełzały.

Jak pomyślałam o choince, to w irlandzkich sklepach już była wyprzedaż jodły za bezcen. Zdecydowałam się na żywe drzewko w tym roku, bo wiedziałam, że trzymane były na dworze, a nie w pomieszczeniu. 
Oczywiście nie mieliśmy stojaka do takiej choinki. We wszystkich sklepach tylko uśmiechali się na moje pytanie, miłosiernie nie komentując mojego "zapłonu". W końcu dorwałam ostatni, z zaplecza, nie działający do końca, ale ślubny naprawił i mamy.

Pierwszy raz w Irlandii mamy żywe drzewko! Stoi przy balkonie, z którego zawiewa zimnem, więc trzyma się dobrze.









Do tego wszystkiego, kiedy ja szukałam rzeczy na święta, trafiłam na wyprzedaże prawie poświąteczne, bo o tej porze to tutaj wszystko się już przecenia i składa. Nie ma więc tego złego....



Kartki pojawiały się systematycznie...



...od rodziny, sąsiadów, znajomych...


W Wigilię dziewczyny szybko ogarnęły stół. Wyjęły nasze "srebra", choć w zasadzie nie powinnam tego nawet pisać w cudzysłowiu:)
To taka nasza tradycja, że święta i duże imprezy są obsługiwane naszą najlepszą zastawą. Sztućce to prezent ślubny od moich byłych pracodawców.


Dzieciaki ubrały i ustawiły stół, i o 16 już zaczęliśmy kolację wigilijną. Te kielichy wydały im się najlepsze na soki:)


Moja sąsiadka, bardzo dobra koleżanka, może prawie przyjaciółka, podarowała nam w tym roku taki piękny kryształowy świecznik. Ucieszyła się ogromnie, kiedy potwierdziło się, że uwielbiam kryształ.



Jak wspomniałam, zagłębiałam się w wolnych chwilach w książki. Miedzy innymi Kydryńskiego o Afryce:



Czy też historiami o duchach, rzeczach nadprzyrodzonych, niewytłumaczalnych, które kupiłam na wyprzedaży totalnej(likwidują najwspanialsze miejsce w Dublinie - księgarnię Chapters!)


Pochwalę się jeszcze kwiatami w domu, tymi, które zostały nam po przyjaciołach "wyjechanych do Polski". No właśnie, to był kolejny punkt: pożegnanie po tylu latach... 

Nie spakowali już tej szklarenki i została u mnie, razem ze skrzydłokwiatami:


Stoi na parapecie kuchennym i chyba rośliny już zadomowiły się, po przeżytym szoku. 


Mam od nich jeszcze piękną Calateę i skrzydłokwiat gigant, ale im należy się lepsze zdjęcie i osobny wpis.

Hoja różowa zaszalała ostatnio:

Podwiesiłam ją na ścianie, ale teraz już trzeba mocować wzdłuż ramy


W pokoju dziennym mam drugą, która właśnie w tym miesiącu też zaczyna szaleć. Myślę, że w przyszłym roku obie zakwitną.


Sparwdzałam mój ogród, który już powoli zaczyna się budzić.... Dni coraz dłuższe, pąki wychylają się z ziemi.... idzie nowe:)