wtorek, 31 sierpnia 2010

Furtka



W sobotę zeszlifowałam warstwę starego lakieru z drzwi frontowych i pomalowałam je od nowa, ale tylko raz. Potrzeba będzie jeszcze około 2 powtórzeń. Kolor - ciemny orzech. 
Zakupiona litrowa pucha lakieru prawie nie zmieniła swej objętości, zatem, mając w perspektywie nawet dwukrotne jeszcze znęcanie się nad drzwiami, nie podejrzewam, żeby lakieru znacząco ubyło. Dlatego dzisiaj szlifowałam furtkę do naszego ogrodu. Drewno było zabezpieczone przed wpływem deszczu czy czego tam jeszcze, ja jednak postanowiłam nadać mu kolor. Siostra natomiast uwieczniła to na zdjęciach:)



Kolor przed malowaniem był jasny, po - jak widać - nabiera mocy, choć tutaj nieco przekłamany odcień przez zbyt mocne słońce. 


Krzesło, na którym siedzę, też wymaga lakierowania, bo póki co to surowe drewno i dzieci już potraktowały je mlekiem na przykład. Tyle, że jeszcze nie dopasowałam koloru. Musze znów poszwędać się po sklepie.






Wczoraj natomiast byliśmy w ikei i zakupiliśmy szafki na książki i płyty. Wybraliśmy białe meble, przez co koncepcja mojego pokoju dziennego uległa kompletnej zmianie. Dlaczego białe? Ponieważ z ciemnego brązu nie było wszystkich szafek, jakie chciałam, a kupować dwa lub trzy odcienie... to już nie dla mnie. 
Poza tym jestem w szoku, ponieważ Artur zmontował od razu trzy z pięciu szafek! Mam nadzieję, że pozostałe dwie też wkrótce "wyskoczą" z pudełek, jako że leżą na środku pokoju. Zawadzają nieco, zatem maja szansę. W końcu poupycham książki! Tak, poupycham, a nie poukładam, bo na piękne stanie na półkach nie mają szans - za dużo ich.

Skoro jestem przy książkach... Skończyłam czytać serię "True blood" i właśnie znalazłam w internecie, że w tym roku wyszedł 10 tom - "Dead in the family". Ciekawe czy jest w  chapters? Dodam jeszcze, że "A touch of dead" jest zbiorem luźnych opowiadań, gdzie bohaterką jest Sookie. Nie jest natomiast kontynuacją serii. Nie przeczytałam tej książki; przeleciałam pobieżnie wzrokiem dwa opowiadania i tracić czasu na nie nie będę. 


Widzicie teraz, że robótkowanie, to będzie gdzieś, kiedyś, przy okazji. 

sobota, 28 sierpnia 2010

Dysk czy nie dysk?



I nie o twardy dysk mi chodzi. 


Tydzień temu, późnym popołudniem poczułam ogromne, ale to ogromne, zmęczenie. Położyłam się na chwilę - daję słowo, na chwileczkę! Budzi mnie siostra i trzyma telefon w ręku: Artur dzwoni - mówi, wręczając mi słuchawkę. Ja od razu trzeźwieję po drzemce. 
 - Co się stało?! - drę się do słuchawki, nie zważając na moje śpiące dziecko. Jestem w szpitalu - odpowiada mój mąż. Niby normalne, pracuje w psychiatryku, jest w miejscu pracy... ale coś w głębi mówi mi, że to nie to. 
Artur, co się stało?! - drę się dalej. 
Nic wielkiego - odpowiada mój mąż - byłem w pracy, wstałem z krzesła i poczułem taki ból, że upadłem i już nie podniosłem się. Jestem w  szpitalu w Dublinie, czekam na doktora... 


 To wszystko miało miejsce tydzień temu. Dziś na szczęście wszystko jest w porządku. Ale w tamtych dniach... Najpierw byłam przerażona, co mogło mu się stać - może dysk mu się wysunął? Potem mój małżonek przedstawił mi plan mojego przyjazdu samochodem do Dublina, w nocy! Tak... Dublin i w dodatku nocą. Nigdy nie jeździłam w dużych miastach,a już nigdy, nigdy nocą!!! Pewnie musiałabym sobie poradzić, ale wybawił mnie Plunket - Artura przyjaciel. Odebrał żonę z pracy i razem przyjechali z Arturem do Portlaois, do szpitala, gdzie ja już czekałam.


Co powiedział mi Plunket? Otóż dzwoni do niego Artur... I takim strasznie dziwnym głosem(zbolałym, smutnym) mówi, że chyba ma problem z dyskiem. Plunket myśli: pewnie stracił wszystkie dane, albo jeszcze coś gorszego! Może padł mu twardy dysk? Pyta więc, co konkretnie się stało? I dopiero wtedy Artur oświecił go, że jest w szpitalu. Wtedy przynajmniej z tego mogliśmy się pośmiać, czekając  w A&E(accident & emergency).


Teraz pytanie: dlaczego Artur wylądował na pogotowiu? Otóż przećwiczył się. Chciał dużo i szybko. Miał dużo szczęścia, że skończyło się tylko na uszkodzonych mięśniach kręgosłupa. 




Z zupełnie innej beczki. Czytam dziewiąty - przedostatni - tom serii "True blood". I porównując do emitowanego serialu - nijak się ma on do książki. Może już wspominałam o tym? Książkę i serial łączą jedynie ci sami bohaterowie i niektóre wątki, ale też nie w całości. 
Następne w kolejce do czytania są "Pamiętniki wampirów", tylko muszę zamówić to w naszej bibliotece.    
  

wtorek, 24 sierpnia 2010

Nie mam już grobu przed domem



Pamiętacie mój "grób" przed domem? Otóż w ciągu dwóch kolejnych dni uporałam się z nim, bo przecież nie mogłam żyć ze świadomością, że przed moim domem jest taki bałagan. Przekopałam wszystko do końca, wyciągnęłam kolejną tonę kamieni i gruzu, wyrównałam wszystko, wstawiłam border i posiałam trawę. Wyglądało to mniej więcej tak:



Teraz już jest inaczej, bo trawa wzeszłą i ma już wysokość 2cm, tyle, że na razie jest rzadka. 



Po ścianą domu wstawiłam własnoręcznie zrobioną podpórkę dla powojnika:


Podpórka potrzebuje jeszcze tylko polakierowania. Były oczywiście gotowe kratki, ale tak topornie wyciosane z dość grubych deseczek, że dałam sobie spokój. Skoro mam płacić niemałą cenę za coś, co będę szlifować przez tydzień... Dziękuję.


Powojnik powoli sobie rośnie:



 

niedziela, 22 sierpnia 2010

Slieve Bloom Mountains po raz trzeci


Tydzień minął od naszej ostatniej wizyty w górach, ale dopiero dziś mam czas na pisanie.

 Tym razem Artur postanowił, że pojedziemy od innej strony. Włączyliśmy gps i ruszyliśmy. W trakcie okazało się, że trasa została zamknięta, ze względu na przebudowę mostu. Droga była tak wąska, że nie było opcji zawrócenia. Musieliśmy jechać tylko do przodu. Za chwilę okazało się, że zabraknie nam benzyny. Fajnie, w środku "niczego", z trójką dzieci i bez paliwa... Na szczęście dojechaliśmy do najbliższej stacji, zatankowaliśmy i ja, szczerze mówiąc, skłonna byłam wrócić do domu. Artur jednak postanowił jechać dalej, żeby znaleźć ten wjazd w góry. Po trzech godzinach jazdy bezdrożami - takimi jak ta trasa - dodam, że jedna z większych dróg, zwana N81(zdjęcie poniżej)...




...zaczęliśmy piąć się w górę. My, to znaczy samochód. I tu kolejna niespodzianka. Po pół godzinnej jeździe serpentynami pod górę, samochód zaczął tracić moc. Pięknie! - pomyśleliśmy. To jeszcze gorzej, niż poprzednio, bez benzyny. Teraz byliśmy w górach, w totalnej pustce, z dziesięcioma kanapkami i 3 litrami wody:) Zatrzymaliśmy się na jednym z zakrętów, wyłączyliśmy silnik i zaczęliśmy piknik na skraju, nad przepaścią. 
Po chwili nadjechał samochód z gór. Zatrzymał się i ludzie pytali, czy wszystko w porządku, czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy? Zapewnili, że jeszcze kawałek brakuje nam do osiągnięcia szczytu, a tam... czekają nas piękne widoki. 
Odpaliliśmy samochód i ruszyliśmy. Na szczęście nasz renault chyba potrzebował chwili oddechu po wspinaczce, poprzedzonej 3 godzinną jazdą, bo pojechał już normalnie.

A w górze było już to:




I zbocze z wrzosami:




A wśród wrzosów jagody. Dziewczyny zaczęły je zbierać:




...i zbierać...



... a potem ręce wyglądały tak:



Dojechaliśmy do granicy dwóch hrabstw:



Ja podziwiałam ogromne świerki:


Ich falujące na wietrze gałęzie, przypominały mi drzewa w Norwegii. Tak samo wielkie i piękne. I kiedy stałam tak pośród nich - tych w Norwegii i tych tutaj - czułam, jak mali i niepozorni jesteśmy my, ludzie.

Podsumowanie wizyty w górach: tam, gdzie można dotrzeć w ciągu 30-40min, my jechaliśmy ponad 3 godziny:) Co prawda zobaczyliśmy sporo więcej, przeżyliśmy małe ataki serca, ale było fajnie. Teraz Artur planuje podróż do Glendalough - Doliny Dwóch Jezior.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Turlanie i "szpadlowanie"


Dwa dni temu Iza po raz pierwszy przekręciła się na brzuch. Za tydzień skończy 4 miesiąc, więc póki co, zaczęła robić to najszybciej spośród moich dziewczyn. 


Co poza tym? 

Nadszedł czas na zmiany. Zmiany w ogródku. 
Przyznam, że miałam ogromną satysfakcję, kiedy przechodnie wyrażali słowa podziwu dla moich kwiatów, zachwycali się efektem, który osiągnęłam na tak małej powierzchni. Jeden z naszych sąsiadów - tych dalszych - powiedział, że chodzi tędy z psem na spacer i zawsze lubi oglądać mój ogród. 


Dwa dni temu przed domem zaszła zmiana. Tym razem trochę zszokowałam ludzi, którzy przechodzili obok niego. Dlaczego? Otóż zlikwidowałam cały groszek pachnący i wszystko inne obok, a po drugiej stronie usunęłam nasturcje. Zrobiło się pusto. Nagłość tej decyzji poraziła niektórych.


Zapewne wszystko rosłoby sobie jeszcze jakiś czas w stanie niezmienionym, ale zakupiłam powojnik i koniecznie musiałam go wsadzić do ziemi. Żeby to zrobić, trzeba było usunąć całą trawę i chwasty. W tej chwili pozostało mi jeszcze do "przerobienia" około pół metra zbitej ziemi, pełnej gruzu i kamieni. A to, co zrobiłam wygląda tak:




Siostra stwierdziła, że teraz mam piękny grób przed domem. Nawet ma odpowiednio usypany bok. Wszystko dlatego, że chcę wstawić tam border, który zabezpieczy wypływanie ziemi z ogródka na chodnik. Do tego jednak potrzebuję przekopać pozostały pasek ziemi, a dziś się na to nie zanosi - zaczęło padać. 
Oczywiście ziemia zostanie wyrównana w odpowiednim czasie. 


Druga strona na razie też wygląda biednie, bo kwiaty - lobelie - dopiero co włożyłam i muszą one ochłonąć, zanim zaczną "wyglądać". 



 


Generalnie jestem zadowolona z efektu. Tym bardziej, że nie spodziewałam się, że uda mi się przekopać ten pas ziemi. Nie wyobrażacie sobie, jak była twarda! Wbijałam szpadel i skakałam na niego, żeby choć trochę się zagłębił. Doprowadzenie do porządku tego malutkiego kawałeczka zajęło mi ponad dwie godziny ciężkiej pracy. I wiem co mówię, bo nie takie obszary przekopywałam szpadlem. Kiedy sobie pomyślę, że druga strona to około 5-6 razy tyle... Nie wiem kiedy podejmę ryzyko:) 

Natomiast w chwilach, kiedy dzieci śpią, czytam książkę H. Mankell'a "Faceless killer"



Na robótki na razie szkoda mi czasu, który mogę spędzić na zewnątrz. Próbuję wykorzystać pogodę, póki jest.  

piątek, 13 sierpnia 2010

Brittas Bay, Co. Wiclow






Hrabstwo Wiclow nazywane jest ogrodami Irlandii. Jest piękne. W większości porośnięte lasami. W tej chwili, w sierpniu, zakwitają wrzosowiska i już a chwilę góry przybiorą ich barwę. 

W poprzednią niedzielę wybraliśmy się na wyprawę do Brittas Bay. Jest tam piękna, piaszczysta plaża. W porównaniu do Tramore, jest naprawdę piaszczysta. Pojechaliśmy dłuższą drogą, przez Góry Wiclow i tamtejszy park narodowy. Minęliśmy po drodze Glendalough(irl. Dolina Dwóch Jezior)  - piękne miejsce i początek wielu tras spacerowych. Nie zatrzymywaliśmy się tam ze względu na nasze małe dzieciaki i to, że celem była plaża w Brittas. W czasie drogi zrobiliśmy tylko kilka zdjęć, bo trudno było zatrzymywać się na krętych, wąskich drogach, kiedy za nami jechał sznur samochodów. Do domu wracaliśmy już autostradami, żeby było szybciej. Teraz zapraszam do oglądania:




Wrzosy dopiero zaczynają kwitnąć, więc jeszcze nie ma tak dużo tego charakterystycznego dla niech koloru.



Towarzyszyła nam zieleń w najprzeróżniejszych odcieniach.




Szumiały górskie potoki:



Drogi wiły się jak wstążki:










Na plaży Małgosia zachwycała się rozgwiazdami i meduzami:



Obie dziewczyny miały od początku niesamowitą frajdę wspinania się na wydmy i brodzenia w głębokim, gorącym piasku:


hrabina.ee, piątek, 13 sierpnia 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

Szycie...



Teraz zabrałam się za to:






Najpierw musiałam pociąć, żeby teraz móc zszywać:)



A to moje miejsce pracy: stół w kuchni, dwie deski - miarki i nożyczki(wiem, mogę sobie kupić odpowiednią linijkę i nóż do cięcia, ale na razie nie mam na to kasy). 

niedziela, 1 sierpnia 2010

Tramore



Cały wczorajszy dzień spędziliśmy na plaży w Tramore. Choć warto było przejść się po miasteczku, nie zrobiliśmy tego, ze względu na dzieci. One jeszcze nie doceniają takich wycieczek, a taplanie w piasku i wodzie było największą frajdą tego dnia.
Pogoda była średnia - dlatego nie kąpaliśmy się, zamiast tego brodziliśmy wśród fal, a kiedy odpływ odsłonił ogromną połać plaży, dziewczyny zaczęły szukać muszelek, kamyków, a od czasu do czasu mogły podziwiać meduzy.

Tramore leży w hrabstwie Waterford, na południowo-wschodniym wybrzeżu Irlandii. Mieliśmy zatem możliwość pomoczenia nóg w Morzu Celtyckim - części oceanu atlantyckiego. Jak to wszystko wyglądało? Zobaczcie sami:




Podobno jest szlak na klify, ale tym razem tego nie sprawdzaliśmy. Oglądaliśmy je tylko z daleka.




Morze było spokojne, fale małe...



...a plaża piaszczysta, z dużym dodatkiem kamieni...




Kiedy zaświeciło słońce, woda wyglądała ślicznie.




Nawet Iza przyszła trochę poplażować.




Dziewczyn nie można było odciągnąć od wody...



... choć przez pierwsze 15min nogi w niej zamoczone zamarzały...




A potem odpływ odsłonił plażę...







Zobaczcie sami, jak daleko można było wejść:




Izabela preferowała drzemki w zaciszu leżaczka:



Fale pozostawiły piękne wzory z jasnego i ciemnego piasku:




Kiedy o 18 wracaliśmy do domu, dzieci padły. Ja zrobiłam jeszcze kilka zdjęć podczas jazdy autostradą:





Nie udało się przy tej prędkości jazdy uchwycić wyrzeźbionych zboczy, które otaczały wstążkę autostrady, ale zapewniam Was, że było na co popatrzeć.