środa, 19 września 2018

Rok szkolny się rozkręcił



...czyli wszystko wraca na właściwe tory.

Izabela właśnie zaczyna nowy kurs pływania - kolejny stopień. Była troszkę niepewna, jak sobie ze wszystkim poradzi, ale myślę, że będzie w porządku.
W tym roku jej nauczycielka to dość sroga w obejściu kobieta. Moja najstarsza miała ją, będąc w trzeciej klasie. Co myśmy wtedy przeżyli... to nasze. I nie chodziło tu o dyscyplinę na lekcji, czy zbyt dużą ilość pracy domowej. Chodziło o niesprawiedliwe traktowanie.
Skończyło się to naszą wizytą w szkole i rozmową z nauczycielką i dyrektorką. Sytuacja uspokoiła się, ale nie była już nigdy dobra, a zaledwie poprawna.
Gdy tylko doszło do mnie, że ta sama osoba będzie mieć Izabelę, aż mi się słabo zrobiło ze względu na dziecko.  Sytuacja na razie jest stabilna, zobaczymy co będzie dalej.

Izabela zakochała się w drożdżowych racuchach. Smażę je i smażę... puste, bez wkładów owocowych. Tło może mało estetyczne, ale nasza płyta elektryczna już przeszła swoje i zaczyna powoli się poddawać. Krążki rdzewieją, obręcze pękają, ale póki działa, to ją eksploatuję.
Zastanawiłam się nad indukcyjną płytą, ale oprócz takowej, musiałabym wymienić cały sprzęt, w sensie garnki, patelnie, nawet kawiarkę! Koszt kosmiczny, biorąc pod uwagę kupno wszystkiego.



Monika, jak to nasza Monika, nigdy nie zawodzi. Zaczął się rok szkolny i zaczęła narzekać, jaka szkoła jest głupia i wcale niepotrzebna. Po długich rozmowach stwierdziła, że w ostateczności może być, bo z koleżankami się spotyka i jest ciekawie, ale ta praca domowa - to już przesada! Co tydzień ta sama śpiewka: nienawidzę pracy domowej!

Patrząc na moje średnie dziecko z innej strony, nie tylko szkolnej, zauważam ogromną zmianę, jaka w niej nastąpiła po wakacjach. Stała się spokojniejsza, złagodniała i wyciszyła się wewnętrznie. Może dorosła? A może wyjazd Gosi tak ją zmienił? Nagle jest najstarsza w domu.
Stara się opanować swój bałaganiarski charakter i to już dużo. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie dobrze i coraz lepiej.

Wyciągnęłam stary przepis(a w zasadzie siostra przesłała mi go z rodzinnej książki przepisowej) na metrowiec. Wiem, że w sieci można znaleźć ich milion, ale właśnie dlatego, tego nie lubię. Który z miliona jest taki, jak nasz?
Zdążyłam tylko zrobić zdjęcie pokrojonych ciast... i to wszystko. Po zrobieniu i schłodzeniu, metrowiec zniknął w milisekundzie:)



Gosia w Polsce radzi sobie coraz lepiej. Oprócz szkoły ogarnia rzeczywistość, która nie jest dla niej taka prosta. Co innego sobie rozmawiać po polsku z rodziną, co innego iść na lekcje. Powoli wszystko wchodzi na dobry tor, dzięki intensywnej pomocy rodziny i pracowitości Małgosi. Ostatnio nawet zauważyłam w jej głosie radość; to dobry znak.
Została pochwalona przez nauczyciela biologii, który stwierdził, że jest najlepsza w klasie. Tego potrzebowała, takiego pierwszego sukcesu! Wiem, że będzie jeszcze wiele razy płakać, zmagać się z trudnymi sytuacjami, ale kto z nas nie musi? Wierzę w to, że wszystkie te doświadczenia ją zahartują.

Na nieszczęście, jakby nowej szkoły i kraju było za mało, Małgosia złamała rękę - lewą, więc choć pisać może. Nie ułatwia to sytuacji, ale jak widać, Młoda daje radę.



I jeszcze kilka wspomnień z wakacji i szaleństw, jakie tam miały miejsce.


Ogniska


Robienie waty cukrowej

Niezwykła wieczorna zabawa z odblaskowymi farbami:








Tymczasem ja cichutko pracuję nad haftem. Ponieważ czasu mało, to i bieżnik przyrasta powoli.


Niedługo będzie połowa... Potem to już z górki.

W ogrodzie mamy jesienne nagietki:



Laur, który pięknie się rozrósł przez lato:



Gościmy też kotkę sąsiadki:



...któa traktuje nasz ogród, jak własny:






Oczywiście nie może brakować wycieczek do koni:






czwartek, 13 września 2018

Wielka zmiana




Nie piszę i nie udzielam się na blogu, bo próbuję ogarnąć swoje myśli, dom... przyzwyczaić się do zmiany, która nastąpiła.

Nie było to nic nieoczekiwanego, wyskakującego nagle z pudełka, jak pajacyk na sprężynie. Do myśli miałam czas się przyzwyczaić, ale rozważać w głowie, przygotowywać się wewnętrznie to nie to samo, co doświadczyć na własnej skórze.


Cóż jest ową zmianą?

Moja najstarsza córka zaczęłą szkołę w Polsce. Wyjechała. Nie ma jej z nami.....




W domu jest dziwnie.


Odwiozłam ją w połowie sierpnia. Na lotnisku w Dublinie żegnały ją Monia i Iza. Monika płakała tak strasznie, jakby nigdy już miała nie zobaczyć siostry. Kiedy Artur odjeżdżał autem, przez Moniki szybę nie dało się już nic zobaczyć, a szloch było słychać na zewnątrz. Dobrze, że nie zatrzymaliśmy się na parkingu. Długie pożegnanie byłoby jeszcze straszniejsze.

W Polsce to Gosia żegnała mnie. Nie chciała jechać na lotnisko, nie chciała płakać przy ludziach. Pożegnałyśmy się  w mieszkaniu. Dusząc łzy wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Jeszcze w windzie, tata Artura powiedział: nie martw się, zaopiekujemy się Gosią. Wiedziałam to wtedy, wiem teraz, ale nie zmniejsza to bólu rozstania. Zostawiłam przecież moją niespełna 14-letnią córkę. Pierwsze dziecko...



Gosia kończy drugi tydzień nauki. Powoli oswaja trochę inny świat. Już czuje się nieco lepiej, ale było trudno i pewnie jeszcze będzie. Jej było na pewno trudniej niż nam. W końcu została sama. Z rodziną, ale sama. Jedynym pocieszeniem jest to, że decyzję o szkole podjęła ona. Chciała uczyć się w Polsce, więc uczy się. Osiągnęła to, o czym marzyła na tym etapie swojego życia.

Jak trudna decyzja to była dla nas... dla mnie... tego nie jestem w stanie opisać. Nawet chyba nie chcę próbować.


I to tyle...