niedziela, 29 lipca 2018

Mały remont...




...ciągnie się i ciągnie.
Mieliśmy tylko pomalować pokój Moniki i Izy, ale przy okazji poodczepialiśmy półki, których nie używają, więc było gipsowanie ścian. Potem likwidowanie grzyba na suficie, po czym ruszyłam szpachelką silikon przy ramie okiennej i zaczął odstawać, więc zdjęłam go całościowo i oczywiście zasilikonowałam od nowa. Wszystko to, to takie mniejsze prace, ale na tyle upierdliwe, że malowanie się przeciąga. Za każdym razem trzeba odczekać, dać wyschnąć preparatowi, albo farbie.... już po cichu mam tego dość. Pociesza mnie tylko myśl, że przynajmniej będzie zrobione wszystko porządnie.

Kiedy mam wolną chwilę, której nie przeznaczam na czytanie, zabieram się za kolejne małe projekty.

Odnowiłam lustro do łazienki:


W oryginale było ciemno złotego koloru. Musiałam położyć 3 warstwy farby, żeby ładnie pokryć całą powierzchnię.


Zdjęcia robione jeszcze przed warstwą ostateczną.

W tym roku lawenda kwitnie mi jak szalona. Już mam sporo jej zebranej i ususzonej.:



Nie lubię, kiedy tak się przewraca; nie planuję żadnych kompozycji kwiatowych z jej udziałem, więc trzeba uszyć woreczki.



Znalazłam, na początek, dwa kawałki materiału wsypowego. Leżały tak u mnie bez sensu, więc wykorzystam je właśnie na lawendę.


Wymyśliłam sobie, że kwiaty wyszyję po swojemu. Pierwszy to była porażka, ale dzięki niemu zaczęłąm sobie powoli przypominać to, co lata temu przecież umiałam. Zadziwiło mnie ogromnie, jak człowiek wychodzi z wprawy!

Kiedy już grzebałam w materiałach, w ręce wpadło mi płótno, a w zasadzie jego resztka. Zrobiłam sobie z niego wprawkę z haftu richelieu. Chwalić się w tej chwili nie mam czym, bo wszystko to, co prezentuję, to prace przypomnieniowe:) Od czegoś jednak trzeba zacząć, wracając do technik, których przez lata się nie używało.


niedziela, 22 lipca 2018

Glendalough, Co.Wicklow



Wycieczka w góry, tym razem bez dzieci.

Cóż mogę tu opisywać, skoro wiele razy już pokonywaliśmy tę trasę? Dodam tylko, że wczoraj weszliśmy na szczyt, który zawsze pozostawał poza zasięgiem ze względu na zniechęcenie dzieciaków. Dziewczyny, na krótko przed wejściem na samą górę, chciały wracać, a było to tym łatwiejsze, że w tamtym miejscu odbijała ścieżka zawracająca w dół.

Zapraszam na kilka zdjęć. Mało, bo raczej cieszyłam oczy widokim i chłonęłam otoczenie.











Ścieżką, widoczną na poniższym zdjęciu, zawsze wędrowaliśmy z dzieciakami.






Poniżej widoczna jest ścieżka do wioski górników:




Góry już kwitną wrzosami:















Jeszcze przed szczytem...



I już na miejscu




Wycieczka udana, aczkolwiek turystów całe mnóstwo. Glendalough jest niezwykle komercyjnym miejscem i w czasie wakacji spokoju się tam nie znajdzie. Trzeba wybierać inne trasy, trudniejsze, bardziej wymagające, na które turyści się nie porywają.

W drodze powrotnej jeszcze kilka ujęć owiec, które pasą się wprost przy drogach i oczywiście maszerują sobie gdzie chcą.







czwartek, 19 lipca 2018

Urlop, urlop i po urlopie





Wróciliśmy z PL. W zasadzie wróciliśmy już ponad tydzień temu, ale jakoś nie miałam weny na pisanie. Może dlatego, że dzieciaki zostały w Polsce?
Są z rodziną i zażywają wakacji, a przy okazji ćwiczą język. W domu tymczasem pustka.... Oczywiście miałam zaplanowane wszystko i zaraz po przylocie, po ogarnięciu bagaży, zabrałam się za odnawianie. Z jednej strony kiedy nie ma dzieci, wszystko idzie szybciej i człowiek nie stresuje się, że jeszcze obiad nie ugotowany, czy że wiadro z farbą stoi na środku korytarza. Z drugiej jednak, dom zieje kompletną ciszą, brakuje tych młodych ludzi pętających się koło ciebie.

Jeszcze przed wyjazdem ukończyłam dwie rzeczy:

 Woreczek na zapakowanie prezentu dla dziewczynki.



I wykombinowałam pudełko, żeby ładnie zapakować - i dowieźć - komplet serwetek:


Czas na urlopie tak nam szybko przeleciał, że nie zrobiłam wielu zdjęć.

Córki zachwycone swoim malutkim bratem - synem mojego brata, który akurat podczas naszego pobytu skończył 2 latka.



Trochę przyrody:











W przeważającej części czasu, chodziłam bez aparatu. Po prostu byłam tam. Nie logowałam się na mediach, nie sprawdzałam wiadomości.

W Irlandii trwała susza. Moje kwiaty w pojemnikach jakoś przetrwały, ale reszta ogrodu to nędza.






Zimowane w domu fuksje, teraz zaczynają pokazywać swe piękno:



Imbir zaczyna rosnąć; u dołu wybija kolejny pąk:



A drzewko laurowe też pięknie rośnie. Miało ciężką zimę, w czasie której było leczone. Roślinę kupiłam w markecie i wiadomo, nie dość, ze zagrzybiona, to system korzeniowy zalany.  Na szczęście po przycięciu, bardzo ostrym i wystawieniu na zewnątrz wiosną, wszystko się poprawiło.