środa, 27 września 2017

Ardgillan Castle


Ardgillan Castle znajduje się w hrabstwie Dublin, na północ od miasta. Zwane jest, jak wiele tutejszych miejsc, "ukrytym klejnotem" Irlandii. Położenie tego miejsca jest po prostu fantastyczne. Można stąd zobaczyć odległe Mourne Mountains na północy czy też Zatokę Lambay na południowym wschodzie. Z terenów parkowych roztacza się widok na Morze Irlandzkie.

Już stojąc na parkingu, mamy przed sobą wody Irish Sea...

W oddali, jeśli dobrze zlokalizowałam, widoczne są: Red Island z zatoką, Colt Island i St. Patrick Island - wysunięta najdalej.

Cały teren to nie tylko zamek, czy ogrody. Można tutaj pospacerować po parku, wypocząć na licznych trawnikach, zrobić sobie piknik.





Rozległe tereny parkowo-leśne są miejscem schronienia dla wielu dzikich gatunków zwierząt, które wypierane są ze swych siedlisk przez okoliczne rolnictwo.






Najmłodsi - i ci troszkę starsi - znajdą plac zabaw usytuowany prawie nad wodą :) tak to przynajmniej wyglada, bo do linii brzegowej jest jeszcze daleko.



Kiedy dzieciaki skaczą i biegają, my możemy posiedzieć w takim otoczeniu:


Przed nami, wspomniane wcześniej, Morze Irlandzkie.



Po zabawie, kierujemy się do ogrodów, ale najpierw kilka zdjęć :)









Jeszcze jedno ujęcie na trawę i wodę:






Niestety, jak zawsze kiedy podróżujemy z naszymi przyjaciółmi z Dublina, przyjeżdżamy za późno i część - duża część! - ogrodów jest już zamykana.


Przed kawiarenką - zamkniętą oczywiście - rosła przepiękna, wiekowa araukaria czilijska - Araucaria araucana.



Na szczęście ogród różany był jeszcze otwarty. Do niego więc skierowaliśmy nasze kroki.



Tutaj, robieniem zdjęć, zajęły się dziewczyny.









Zamknięty był również tzw. walled garden, czyli ogród za murem - w moim swobodnym tłumaczeniu. Dlatego nie pozostało nam nic innego, jak spacer alejkami i powolny powrót na parking....

Po drodze uwieczniłam jeszcze rabatę bylinową:




...i przepiękną alejkę starych cisów:




Dziewczyny, te młodsze, szalały na trawnikach; biegały, turlały się i tarzały w trawie....



My pożegnaliśmy zamek ostatnim spojrzeniem....



...no może dwoma lub trzema spojrzeniami, bo widok był wspaniały:


piątek, 22 września 2017

Kwiaty ogrodu letniego


....czyli malwy. W tym roku zakwitła u nas pierwsza. Poprzednie zginęły w "szczękach" żarłocznych ślimaków.





W czasie wakacji jakoś zapomniałam o tych zdjęciach. Dopiero teraz, przeglądając dysk, natknęłam się na nie.



Bardzo lubię malwy za ich łatwość w obsłudze. Same sobie radzą, czasem wymagają lekkiej podpory, żeby się nie położyć na ziemi....i w zasadzie tyle.





Kolorów wśród malw jest całe mnóstwo; do tego odmiany puste, pełne.... wysokie, średnie... osobiście wolę te wysokie.




Nasturcje... kolejne królowe ogrodów i przy okazji świetne pułapki na mszyce :) które po prostu ciągną do ich kwiatów, tym samym oszczędzając inne rośliny.



Wnętrze kwiatu malwy;



Jak lato, to i liliowce.... w swoim ogrodzie mam już trzy odmiany.



W tym roku lawenda zakwitła obficie. Dwa razy zbierałam kwiaty.



I nasze poziomki, które owocowały jak szalone. Monika była zachwycona tym, że co kilka dni zbierała sobie owocki.



Na koniec 4-letni krzaczek bratka. Rośnie cały czas w tym samym miejscu i kwitnie ciągle i ciągle na nowo:


niedziela, 17 września 2017

Irish National Heritage Park, Co. Wexford



Kolejny nasz wyjazd do skansenu irlandzkiego w Wexford.

Bagna, rzeki, jeziora, czyli wszystkie miejsca związane z wodą, były w dawnej Irlandii uznawane za święte. Tutaj składano ofiary(z ludzi, zwierząt, czy cennych przedmiotów) w nadzieci na wyproszenie łask. Obecny zwyczaj wrzucania monety do fontanny czy studni, to według tutejszych historyków, pozostałośc po ofiarach dla "bogów wodnych".




Nową budowlą jest okazała wiata. Podobne znajdowały się w portach Wikingów; korzystano z nich także we wczesnym średniowieczu. Były to miejsca pracy ówczesnych stolarzy. Wikingowie wykorzystywali je do budowy swych łodzi.
Zbudowana w tutejszym skansenie wiata, będzie miejscem prowadzonych kursów, takich jak kowalstwo, rzeźbienie w drewnie, kamieniu, tworzenie łuków i wielu innych. Wiata ma w ostatecznej formie być budowlą ze ścianami, pokrytą gontem- czyli takim schronem. Zarząd parku ma nadzieję na szybką realizację projektu.




Młyn wodny...



Piec do suszenia ziarna




I jesteśmy na terenie dawnego zakonu... Domki zakonników małe, skromne, niemalże wtopione w naturę.




Figury woskowe bardzo realistyczne. Kiedyś stałam przez dłuższą chwilę, intensywnie wpatrując się, czy mnich jest żywy, czy nie :)





Ten spory budynek to ówczesny refektarz...



... z przepięknym dachem:






Gosia unikała zdjęć jak ognia; uchwyciłam ją - prawie - w wejściu kościoła:



Średniowieczna betoniarka :) obsługiwana przez 3 ludzi. Dwie osoby kręciły belkę,a  trzecia dosypywała zaprawę i wlewała wodę.








W forcie spędziliśmy troszkę czasu. Posiedzieliśmy na ławeczce, kiedy dzieciaki dorwały się do mojego aparatu i porobiły trochę zdjęć.











Na terenie parku paliło się kilka ognisk. Tu, w forcie, też było jedno. Snujący się dym dodawał klimatu otaczającym nas budynkom.






Dziewczyny w kamiennym kręgu odprawiają rytuały przywołania słońca.... żartuję :)



Schroniska budowane "na szybko" z dostępnych materiałów. Umiejętność taka była ważna ze względu na częste przemieszczanie się ówczesnych ludzi.



Crannog - osada(fort) na wodzie.









W osadzie Wikingów zrobiłam kilka fotek Monice i wodzie :)











Później udaliśmy się do twierdzy Normanów. Gosia wędrowała z tatą; widok już rzadki...



Z okolic okrągłej wieży, zrobiłam zdjęcie łodzi Wikingów, zakotwiczonej daleko na wodzie.



Aparat oparłam na ogrodzeniu, żeby przybliżyć obraz. Jednak ogrodzenie, to nie statyw...



I tak dojechaliśmy do końca wycieczki. Potem zaliczyliśmy jeszcze obiad, który zjedliśmy tuż przez zamknięciem obiektu :)
Wrzesień jest już czasem, kiedy w skansenie zamiera życie rękodzielnicze i rzemieślnicze. Nie ma strzelania z łuku - A. i dzieciaki rozczarowali się niepomiernie!; w osadzie Wikingów panowało jeszcze chyba największe ożywienie: trwał tam kurs tworzenia grotów strzał i włóczni z krzemienia. Nie jestem pewna, ale chyba prowadził go Polak:), a w kolejnej chacie panie przędły wełnę na  -wzorowanych na dawne - kołowrotkach.
Pani w restauracji powiedziała nam, że wrzesień to koniec sezonu, przynajmniej takiego intensywnego. Nic to... pewnie za rok wybierzemy się tam ponownie.