poniedziałek, 30 marca 2015
Coraz więcej kolorów
...w naszym ogrodzie.
Kwiaty chłoną każde ciepło i każdą kroplę wody i rosną....
Hiacyntów woskowe kwiaty roztaczją przepiękny zapach
Szafirki już zaniebieściły się przy furtce i tworzą tam piękny kolorystyczny akcent.
Nowa odmiana żonkili dopiero rozkwitnie....
I znowu hiacynty; mam ich w ogrodzie całkiem sporo, jedne dopiero rozchylają pierwsze kwiaty, inne wychylają pąki z liści...
I fiołki w ogrodzie na tyłach domu. Już tam purpurowo od nich i tylko szkoda, że ostatnie dwa dni tak się ochłodziło. Nawet z domu nie wychodzimy...
niedziela, 29 marca 2015
Szycie na szybko
...wpadło mi w grafik zupełnie niespodziewanie. Miałam całkiem inny plan na drugą część tygodnia! Zaczęłam plecenie koszyków dla dziewczyn, kończyłam szycie podkładki-gwiazdy i nagle...
Trzeba przygotować prezent lub dwa. Co wymyśleć? Ponieważ akurat przekładałam szmatki, wpadły mi w ręce próbki haftowanych płócien zasłonowych. Coś zaświatało w głowie, przgrzebałam szybko resztę pudeł i decyzja zapadła. Będę coś wymyślać z tego, co właśnie wyciągnęłam.
Od pomysłu do szycie droga jednak daleka, bo próbki nie są zdekatyzowane. Wrzuciłam je do pralki na szybkie pranie, potem czekałam kiedy wyschną, żeby ostatecznie walczyć żelazkiem z zagnieceniami. W końcu materiał poszedł pod nóż.
Przyznaję, że pomysł rodził się w trakcie pracy i zmieniał chyba ze trzy razy, żeby ostatecznie przybrać takie kształty:
Ten na górze już zeszyty w całość, a ten poniżej, przygotowany do zszycia.
Docelowo mają być patchworkowymi obrusami na stół/łąwę. Do kompletu - do jednego z nich(prawdopodobnie tego na dole) powstają 4 podładki:
Teraz czeka mnie trudne zadanie: wybranie materiału na spód. Nie wiem czy decydować się na delikatny, pasujący do wierzchu, czy kontrastowy, w mocniejszych kolorach?
Podkładka też posunęła się do przodu, bo jedyne, czego jej brakuje, to lamówka:
Myślę, że zrobię ją w kolorze mocnej czerwieni, żeby ożywić trochę całość. Następną taką gwiazdę będę szyła z jaśniejszch materiałów i, przede wszyzstkim, płótna, a nie śliskiej satyny! Myślę, że to nieco ułatwi pracę i przyspieszy cały proces.
sobota, 28 marca 2015
Co.Clare, cześć druga
Pisząc o naszj ostatniej wycieczce, wspominałam o pikniku i placu zabaw.
Dzieci naprawdę cieszyły się możliwości skorzystania z "siłowni na powietrzu", spędziliśmy sporo czasu wędrując wzdłuż ścieżki i korzystając z poszczególnych sprzętów.
Izabela skutecznie "pomagała" tacie w ćwiczeniach:
...a czasem tylko obserwowała; tu z miną: czy aby na pewno tata gdzieś dopłynie?
Monika wszędzie znajdzie przyjaciół, nawet bawiąc się z labiryncie. Tutaj oswoiła kota i siedziała z nim przez dłuższy czas, dopóki zwierzę nie znużyło się grą. Na zdjęciu kot jest akurat mało widoczny, bo schował się w dołku, z którego wyskakiwał, kiedy Monika machała gałązką:
Podczas pikniku nad jeziorem, młoda miała bardzo ważne sprawy do obgadania z ojcem. Widać, jak pogrążeni są w swoich sprawach:
Kiedy wracaliśmy, próbowałam robić zdjęcia kwitnącego Kolcolistu zachodniego(Ulex europaeus). Teraz jest jego czas, czas słonecznej żółci...
...i zapachu kokosu w powietrzu. Taki właśnie zapach wydzielają te krzaki, a zbocza autostrad są nimi porośnięte w dużej części:
I na koniec wiatraki... tak kontrowersyjny tamat w Irlandii w ostatnich latach. Bardzo dużo Irlandczyków jest przeciwnych wiatrakom, woli elektrownie, jako lepsze dla środowiska!
środa, 25 marca 2015
WDiC
...z Maknetą.
Moje plany dziergalniczo-szyciowe uległy ostatnio zupełnej zmianie. Przez ostatnie dwa tygodnie nie doszyłam niczego, ponad to, co zrobiłam wcześniej; dziergałam z doskoku, a wszystko, za sprawą budowania biblioteczki w pokoju najstarszej córy i dokręcaniu miliona półek na jej drobiazgi. Teraz jeszcze czeka mnie malowanie!
Wracając jednak do tematu posta:
Książka nowa - co nie znaczy, że przeczytałam "Prezenterki" - H. Mankell "The eye of leopard". Dziś dopiero zaczynam czytać, więc swoich wrażeń jeszcze nie opiszę, ale znając autora, nie powinnam się zawieźć. Nie jest to seria z komisarzem Wallenderm, ale za to jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych, jak reklamują na okładce.
Młody Szwed wyjeżdża do Afryki z osobistą misją, chowaną w sercu od lat. Krótki wyjazd przeistacza się w coś zupełnie innego. Zostaje na kontynencie, w kraju zupełnie różnym od tego, do którego przywykł od dzieciństwa. Dwie dekady spędzone w Północnej Zambii, w pracy, potem na prowadzeniu własnej farmy, na walce z żywiołami tak różnymi od tych w Skandynawii pokazują, że nie zawsze człowiek jest w stanie zrozumieć postępowanie i zachowania tubylców, nawet jeśli z nimi mieszka, pracuje, żyje między nimi.
Mam nadzieję, że książka będzie dobra.
Róbótki... Na górnym zdjęciu widać postęp w szyciu, który nastąpił dwa tygodnie temu. Na razie podkładka pozostaje w tej formie. Szycie jednego okrążenia to około 30-40 minut.
Nic też nie wskazuje na to, że się za nią zabiorę, bo mąż podrzucił mi kilka par spodni mudurowych do wykończenia kieszeni, a przy tym jest sporo zabawy.
Na zdjęciu niżej postępy w szydełku - pozostało mi połączenie jednego rzędu sześciokątów i złączenie tego w twór, który ma być torebką. Zobaczymy. Oczywiście dopiero teraz zobaczyłam, jak śmiesznie układają się kolory...
I serweta, w której przybyło kilka okrążeń, aczkolwiek teraz praca nad nimi postępuje coraz wolniej.
niedziela, 22 marca 2015
Ballina/Killaloe, Co. Clare
Zaczęliśmy dziś sezon wycieczkowy. Pojechaliśmy do wschodniej części hrabstwa Clare, na zachodzie Irlandii.
Pogodę mamy piękną już od Św. Patryka, dziś było chyba z 15 stopni, miejscami może trochę więcej. Niebo błękitne, białe obłoczki i umiarkowany wiaterek. Jednym słowem, żal zostać w domu. Szybkie pakowanie, dzieciaki zabezpieczone na drogę w urządzenia "uspokajające":
...zatem ruszamy.
Niedzielny ranek jest raczej spokojny na autostradach i trasę 120km przebyliśmy szybciutko.
Artur wynalazł wczoraj atrakcję dla dzieciaków - labirynt w maluteńkim miasteczku(na stronie irlandzkiej określonym nawet mianem wsi) Mountshannon, położonym nad jednym z największych jezior w Irlandii - Lough Derg. Położone jest na rzece Shannon, ma długość około 39km i szerokość 1-13km.
Zanim tam jednak dotarliśmy, zatrzymaliśmy się w miasteczku Ballina, położonym w hrabstwie Tipperary, nad brzegiem rzeki Shannon. Na drugim jej brzegu leży miasteczko Killaloe i ono już znajduje się w hrabstwie Clare. Oba miasteczka bardzo często opisywane są jako jedna atrakcja turystyczna: Ballina/Killaloe.
Na brzegu rzeki jest mini przystań - jedna z wielu zresztą.
Z parkingu powędrowaliśmy wąskimi uliczkami nad wodę:
...i zeszliśmy na pomost:
Dzieciaki były zachwycone, a Artur zastanawiał się, co zrobimy, jak któreś wpadnie tutaj do wody i się wykąpie? Wszak ubrań na zmianę nie wzięliśmy. Na szczęście nic takiego się nie stało.
Spacerując pomostem mieliśmy okazję podziwiać architekturę na drugim brzegu:
Oba miasta są wizytówką turystyczną Irlandii, wszak w Killaloe urodził się w 941r Brian Boru - jeden z królów Irlandii i on uczynił je(za czasów swojego panowanie) stolicą Irlandii.
Niebagatelną sprawą jest również usytuowanie lotniska Shannon, niecałe 40km od obu miast.
Killaloe i Ballina "spięte" są mostem, którym można przejechać na drugi brzeg rzeki. Most ten, jak mówią, nie tylko łączy brzegi i miasta, łączy też dwa hrabstwa: Tipperary i Clare. I to nim właśnie pojechaliśmy w dalszą podróż, po wcześniejszym pikniku i spędzeniu czasu na okolicznym placu zabaw.
Widok z drugiego brzegu Shannon:
Nad brzegiem usytuowane są wspaniałe domy, wielkie, z własnymi, małymi przystaniami:
Lokalne puby też mają dojście do wody i popołudniami zapełniają się tłumami ludzi. Teraz, w końcówce marca, jest jeszcze spokój, ale i tak już można wyczuć początki sezonu:
Przy dzisiejszej pięknej pogodzie na drogach spotykaliśmy samochody ciągnące łodzie, na brzegu gorączkowo kręcili się ludzie, a na jeziorze i rzece ścigały się skutery i motorówki.
Tymczasem my skierowaliśmy się do Mountshannon; po drodze zatrzymaliśmy się tylko na chwilę nad brzegiem jeziora:
Panowałą taka cisza i spokój, że żal było wsiadać do auta... ale przecież gdzieś tam, całkiem niedaleko, na odkrycie czekał labirynt.
O labiryncie i szaleństwach na placu zabaw, napiszę w kolejnym poście.
środa, 18 marca 2015
Gdzie to ciepło???
...niby zimno, niby wietrznie, w nocy czasem przymrozek zaskoczy, rano szyby w autach skrobiemy, ale kwiaty radzą sobie nieżle.
W tej chwili mój ogród "żonkilami stoi", dokładnie miniaturami, które prezentują się naprawdę świetnie w większych grupach. Mój trawnik jeszcze nie skoszony, więc trawa i chwasty wchodzą trochę w kadr:
Pierwsza grupa, tuż przy ogrodzeniu, na tle czarnego płotu, kwitnie już od tygodnia:
...druga, na tle ściany, w pełni rozkwitu:
Wiciokrzew zaczyna rozwijać pąki liściowe; do jego kwitnienia jeszcze mnóstwo czasu, ale masę zieloną już zaczyna tworzyć:
A tuż pod płotem, przy murze, fiołki...
...na razie małe, nieśmiało rozchylają płatki. Czekam na więcej fioletu i na niezapomniany zapach...
Żagwin już gotowy do kwitnienia. W tamtym roku zakupiłam malutką kępkę - może 5cm średnicy; w tym roku mam już rozrośniętą poduchę!
Szafirki na razie małe, ale w tej chwili ich pąki prezentują się świetnie z małymi, jasnymi plamkami gwiazdeczek:
I hiacynty... niebieskie lubię najbardziej. Ten nie będzie miał "ubitego" kwiatostanu, bo w ubiegłym roku został przesadzony do ziemi po zimowym pędzeniu. Za rok mam nadzieję na większy kwiat.
wtorek, 17 marca 2015
Zielono, patrykowo...
....wesoło.
W ciągu ostatniego tygodnia wszystko kręciło się wkoło parady z okazji dnia Św. Patryka. Izabela koniecznie chciała wziąć udział w marszu, więc ją zapisałam. Oczywiście rodzice szli razem ze swoimi dzieciakami, a ponieważ małżonek pracuje, musiałam zabrać ze sobą też dwie starsze.
Najstarsza zapierała się rękami i nogami, że nie będzie maszerować razem ze mną przez miasto, bo to obciach! Od wczoraj, a w zasadzie od niedzieli, przekonywała Izabelę, żeby ta została i tylko obejrzała paradę jako widz, a nie próbowała brać w niej udział. Iza prawie dała się przekonać, ale dziś poszłyśmy do przedszkola na spotkanie i... jakoś tak wyszło, że zanim Gosia się zorientowała, już szła ulicą :) Szczęśliwa nie była, ale jakoś to przełknęła.
Tymczasem co ja przygotowałam?
Ze strony Candy skorzystałam ze wzoru na koniczynkę i wyszydełkowałam całą naręcz zieleniny:
To ciemne zielone to łąńcuch /naszyjnik koniczynkowy do omotania na szyję, zarzucenia na płaszcz... niestety, nikt mnie w tym nie uwiecznił.
Jasny łąńcuszek upięłam Izabeli w formie opaski:
I nawet wytrzymał całą imprezę w niezmienionej postaci i na miejscu
Wzór jest na tyle przyjemny i prosty, że zrobiłam to wszystko w trakcie oglądania jakiegoś programu.
Monika i Gosia dostały wydziergane róże i koniczynki na spinkach:
...jako że też musiały być przystrojone na zielono:
I w końcu parada ruszyła...
...a my z przedszkolem czekaliśmy na uboczu...
...żeby w stosownym momencie dołączyć do reszty:
Dzieciaki maszerowały dzielnie, trzymały szyk i w oczach Izabeli, parada była bardzo udana!
Potem zostałyśmy jeszcze chwilę, żeby obejrzeć tych, co maszerowali za nami:
Gosi i Moniki szkołę:
kobziarzy:
i mnóstwo koni:
powozów różnego rodzaju:
Dwa ostatnie konie szły bokiem, z lekka przebierając nogami, jak w tańcu. Uroczo!
Szczerze powiedziawszy zaskoczona jestem pozytywnie, bo szłam do miasta z myślą, że kolejny raz obejrzę taki sam pokaz. Tylko rodzicielski obowiązek mnie do tego nakłonił i samozaparcie Izy.
Po paradzie zabrałam dziewczyny do lokalnej(dziś okropnie zatłoczonej) kafejki, na lody. Teraz siedzę w domu i rozkoszuję się ciepłem, bo choć ranek był niezwykle pogodny i - zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem - ciepły, to potem temperatury spadały i spadały... dobrze, że choć wiatr nie wiał!
Subskrybuj:
Posty (Atom)