sobota, 20 września 2014

Jeżynobranie



Już tradycyjnie, jak co roku, wybrałyśmy się z dziewczynami na jeżyny. Najpierw było ich tylko trochę, każda jak na wagę złota, a później corz więcej i więcej... W pewnej chwili wszystkie trzy zaangażowały się w zbieranie i po jemnik zapełniał się całkiem szybko.






Niektóre jeżyny były już czarne jak smoła, kiedy inne dopiero rozwijały pąki:




Ścieżka prowadziła wśród wysokich paproci:



Izabela nawet miała "moment", kiedy chętnie zapozowała:



Mimo zieleni, która wciąż nas otacza, widać oznaki nadchodzącej jesieni...




Rośliny rozsiewają nasina...




...zaczątki nowego życia...






czwartek, 18 września 2014

Powojnikowa niespodzianka



W ogrodzie już jesiennie, coraz mniej kwiatów i kolorów. Mój ogród z tyłu wciąż jeszcze trochę daje z siebie:






Wciąz kwitna lwie paszcze, powojnik i wiciokrzew. Ten ostatni rozsiewa miodowa woń rankami; tym bardziej wyczuwalną, bo zawieszoną w porannej mgle.





Wiciokrzew zdobią tez intensywnie czerwone owoce; na szczęście, w tym roku, nie muszę się bać, że dzieci zaczną je próbować.




Tymczasem, wśród kwiatów fioletowego powojnika, wypatrzyłam cos nowego...


Jak się okazało, zakwitł mi w tym roku - po raz pierwszy! - powojnik 'Jan Paweł II'



Całe lato jego pędy przerastały fioletowego...




...aby nas teraz zaskoczyć!



Z przodu domu produkuja się fuksje:


...ich kwiaty, jak wiszące lampiony, przyciągają uwagę wszystkich dzieci.




Zaczyna też kwitnąć aster, a obok, dołączyła do niego żółciutka chryzantema.



Mam nadzieję, że niedługo będą cieszyć nasze oczy kaskadami kwiatów.



piątek, 12 września 2014

Slieve Bloom Mountains po raz kolejny



Niby to samo, a jednak nie. Wybraliśmy trochę inny szlak, prowadzący nad wodospady oczywiście, ale jakby od drugiej strony. 


Pierwszy etap to drewniana ścieżka ciągnąca się na podmokłych terenach:



Tutaj wszystkie drzewa pokrywała gruba warstwa mchów. W świetle popołudniowego słońca wyglądało to czarownie:



Czasem trzeba było wspiąć się trochę pod górę...



Niekiedy, w prześwitach między drzewami, widoczne były polanki zalane słońcem:



Rodzinka dzielnie maszerowała, a ja robiłam zdjęcia:



Gra światła i cienia...



Jak już wspomniałam, poduchy mchów rozciągały się wszędzie i pokrywały niemalże wszystko:







Mimo wspinaczki - trasa zaczęła prowadzić w górę - dzieciaki dzielnie pokonywały kolejne kilometry:



Prawie osiągnęliśmy szczyt i już z tego miejsca widaczne było zbocze drugiego wzgórza:



A tymczsem dołem płynęła leniwie rzeka Barrow:



...tworzyła malownicze zawijasy i spadki:



Woda lśniła w promieniach słońca:



I tak doszliśmy do wodospadów w Dolinie Barrow:




Niekiedy mijaliśmy malownicze pnie, połamane drzewa...



...a w dole woda lśniła brunatno-czerwonym kolorem:




I kolejny przystanek - w skalnym korycie rzeki:



...gdzie udało mi się zrobić ładne zdjęcie najstarszej:



Żeby zbytnio nie zanudzić, żebyście nie czuli przesytu, na tym dziś kończę relację, choć wycieczka jeszcze trwała...

poniedziałek, 1 września 2014

Koniec wakacji




W tym wpisie brak bedzie polskich znakow, poniewaz wciaz nie znalazlam polskiej klawiatury, a pracuje na linuxie. Windows narazie poszedl sie wakacjowac :) Czekam na plyte, zeby od nowa zainstalowac system, a poki co...


Zaczal sie rok szkolny. Juz 28 sierpnia dziewczyny poszly do szkoly. Troche tak dziwnie, bo w czwartek i piatek zaliczyly pierwsze zajecia, a potem znowu weekend, ale moze to i lepiej? Po dwumiesiecznej przerwie trzeba powoli wdrozyc sie w szkolne zycie i szybszy rytm.
Wczesniejsze wstawanie.... to bedzie prawdziwe wyzwanie dla najmlodszej, ktora kocha sobie pospac. Ona zaczyna przedszkole dopiero 3 wrzesnia, wiec jeszcze wszystko idzie bez pospiechu, tym bardziej, ze sasiadka z osiedla odwozi moje dziewczyny do szkoly. Dzieki temu, rankiem, mam ponad 15-20 minut czasu ekstra.  W zamian za to, ja odbieram jej corke po zajeciach.

Szkola polska rusza od 1 wrzesnia(dzisiaj) dla czwartych klas, czyli Magosi, i we wtorki dla pierwszych, czyli Moniki. W tym roku dwa dni zasuwam do Portlaoise i zostaje tam na cale popoludnie.
Monika jest podekscytowana nowa szkola, Gosia srednio szczesliwa... ja natomiast ciesze sie, ze beda miec zajete dwa popoludnia na cos sensownego.

Czuje ogromna ulge, ze te wakacje juz sie koncza! Mielismy w tym roku bardzo niemila atmosfere na podworku, a wszystko za sprawa nadwrazliwej mamy, w opinii ktorej, tylko jej dzieci sa w porzadku. A skad to przekonanie? Skoro wrzeszczy na nie kazdego dnia, to na pewno sa dobrze wychowane i tak zachowuja sie na zewnatrz. One natomiast wyladowuja cala agresje na dzieciakach z okolicy.
Nasz parking byl miejscem, na ktorym spotykaly sie dzieci z polowy osiedla, bawily sie, spedzaly wspolnie czas. W tym roku nie ma tutaj prawie nikogo, bo nikt nie chce przychodzic. Jesli juz, to po to, by sprawdzic, co sie dzieje i leciec dalej, na osiedle. Zatem naprawde ciesze sie, ze wakacje juz za nami. Ja nauczylam sie czegos nowego o sasiadach, o ktorych, jak sie okazalo, mialam bledne wyobrazenie. Znajomosc z nimi uwazam za zamkniety rozdzial...

W czsie, w ktorym nie pisalam, odbylismy mnostwo wycieczek. Od momentu, kiedy Artur przestal pracowac w weekendy, kazdego tygodnia gdzies jechalismy, a jesli pogoda dopisywala, nawet dzien po dniu. Zdjec mam mnostwo, do opowiadania jeszcze wiecej, ale czasu brakuje i oczywiscie mojego, w pelni sprawnego, laptopa.

Dziekuje ze zaglądaliscie tutaj, dziekuje za mile slowa, jakie tutaj padly. Mam nadzieje, ze za jakis czas znowu rusze z wpisami o wycieczkach i nie tylko.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Przesiadka na większy rower



Na początku lata proponowałam Izabeli, żeby spróbowała jazdy na trochę wiekszym, poważniejszym rowerku, niż jej trójkołówka. Artur dołożył stabilizatory, wyjęłam gotowy rower w szopy i... Izabela wsiadła, bujnęła się raz na bok i tak się przestraszyła, że już nie chciała więcej próbować.
W tym tygodniu zaproponowałam rowerek jeszcze raz. Najpierw dziecko było źle nastawione do sprzętu, ale po zapewnieniu, że będę ją trzymać, dała się namówić. Bała się troszkę tego kołysania na boki, jakim odznaczają się rowerki z dodanymi kółkami; kiedy jednak zauważyła, że nie spada, że rower nie jest w stanie się przewrócić, zaczęła chętniej ćwiczyć. I oto efekty:



Gosia dzielnie pomagała w nauce...



...a chwilę poźniej: we włosach wiatr, a w oczach łzy... Taka prędkość!!!!






Izabela oświadczyła, że swój trójkołowy rowerek odda jakiemuś malutkiemu dziecku, bo ona już jest duża i będzie jeździć tylko na różowym.


Jedno z lepszych ujęć małej skręconej psotnicy:



W moim ogrodzie natomiast, po raz kolejny w tym roku, kwitnie hippeastrum:



Ja tymczasem skończyłam książkę " The distatnt hours" Kate Morton (polski tytuł "Milczący zamek") i mogę powiedzieć, że podobnie, jak poprzednia pozycja - "The forgotten garden"(polski: "Zapomniany ogród"), wciągnęła mnie bez reszty. Podczas lektury, czytelnik porusza się w czasie: przeszłość wciąż i wciąż splata się z teraźniejszością. Trochę to denerwujące na początku, zanim człowiek odnajdzie się w akcji i bohaterach. Tajemnica z przeszłości świetnie wkomponowana w teraźniejszość, jeden wątek plącze się z drugim i kolejnym, aby na końcu nas nieco zaskoczyć ostatecznym rozwiązaniem.
Poza tym na moich półkach zostały odhaczone pozycje Anity Shreve "Historia pewnego lata" - tym razem w wydaniu polskim na moim czytniku i "Where or when" - nie wiem pod jakim polskim tytułem została wydana.

Teraz czeka na mnie "The Secret Keeper" kolejna książka K. Morton.



środa, 30 lipca 2014

Wakacyjne muszle...




...i co można z nich zrobić? Na przykład zawieszkę, która na wietrze wydaje miłe dla ucha dźwięki; bardzo delikatne i dość ciche.



Połączyłam muszle sznureczkiem, umocowałam na długiej wykałaczce i zawisiłam na dworze.

Niektóre muszle miały już zrobione otwory:



Inne dało się zawiesić bez dziurawienia...



...a w jeszcze innych wywierciłam dzirki nożem:



Muszelkowe wspomnienie wakacyjnych wyjazdów wisi koło tarasu i delikatnie dzwoni. Ja natomiast oddaję się przyjemności czytania:


niedziela, 27 lipca 2014

Plaża w Duncannon, Co. Wexford



W tym tygodniu mieliśmy zupełnie inne plany na weekend. Wczoraj wyjechaliśmy rano na spacer w góry, ale po przejechaniu około 20-25km zaczął siąpić deszczyk. Akurat tam miało być słonecznie!, stąd nasza wczesnoranna decyzja. Zatrzymaliśmy się na poboczu i po bardzo krótkiej naradzie, zawróciliśmy do domu. Żeby nie był to tak zupełnie zmarnowany dzień, poszliśmy z dziećmi do centrum rozrywkowego, które mieści się pod dachem.

Dzisiaj za to wybraliśmy się na plażę. W naszym miasteczku i okolicy - bliższej i dalszej - zanosiło się na deszcz, za to w hrabstwie Wexford pogoda dopisała. Tylko na początku było lekko pochmurnie i chłodnawo, co wspomagał dość silny wiatr.



Kiedy przybyliśmy na miejsce, morze cofnęło swoje wody bardzo daleko, odsłąniając około kilometra pięknej plaży.



Miejsca było dość sporo, mimo że zjawiliśmu się po 12; do tego, pełnia szczęścia - można było zaparkować na plaży, co nam, rodzicom, bardzo ułatwia życie. Nie trzeba dźwigać ton potrzebnego ekwipunku przez pół kilometra, z najbliższego parkingu!



Dziewczyny od razu z samochodu wyskoczyły z okrzykiem: pływanie! Silnik jeszcze nie zaczął stygnąć, kiedy ruszyły w kierunku wody:



Chłodny wiatr ostudził trochę nasz zapał do pływania...



Póki chmury krążyły po niebie, ja zajęłam się zdjęciami, a dzieciaki, zbieraniem muszli:


W pewnej chwili zrobiło się naprawdę zimno, ale po wejściu do wody, okazało się, że jest ona zaskakująco ciapła! A może to już nasza skóra była tak zdrętwiała z zimna?



Piasek układał ciekawe wzory na całej odsłoniętej powierzchni:



...ukazywał bogactwo dna Morza Celtyckiego:









W pewnej chwili zaczęło się przejaśniać i to zachęciło nas do totalnego zanurzenia.




...a kiedy zrobiło się naprawdę ciepło, przyjemnie było bawić się z falami. Niestety, nie mogłam wejść na głębszą wodę, bo ratownicy cały czas krążyli i zawracali wszystkich ze względu na przypły, który właśnie się zaczął, a także na bardzo silne prądy, których tam nie brak.




Mimo wszystko udało się nam - tylko dziewczynom, popluskać w morzu. Artur, jako jedyny, nie zanurzył się w wodzie. Zamoczył jedynie nogi trochę powyżej kolan.



Przypływ następował dość szybko i zalewał coraz większe powierzchnie...



Kiedy odjeżdżaliśmy, woda prawie osiągnęła swe pierwotne miejsce na plaży.



 Oprócz muszli i kamyków, tym razem przywieźliśmy tonę piasku w samochodzie. Wiatr bezlitośnie podrywał całe chmury drobnego pyłu i ciskał nam w oczy, usta, zacinał po nogach... Zaczęłam się domyślać, jak straszna może być burza piaskowa, skoro tutaj było to naprawdę nieznośne! Piach był w jedzeniu, piciu, na kocach, wciskał się przez najmniejsze szczeliny auta, a kiedy otworzyło się drzwi, wpadał całymi tumanami. Po raz pierwszy mam namiastkę plaży w środku samochodu, który od sufitu do podłogi pokryty jest żółtoszarymi drobinkami!