czwartek, 5 marca 2015

Zimowe zaskoczenie i ostatnia czapka




Zima zaskoczyła nas w niedzielę po południu. Chociaż może trudno mówić tu o zaskoczeniu, bo zapowiadali, że sobotni wiatr przyniesie śnieg. I tak też było. 




Począwszy od niedzieli, co 2-3 godziny zaczynał padać śnieg, żeby za chwilę stopnieć, wszak tempetarury były i tak na plusie.




W ciągu 5 minut wszystko było pokryte białym puchem: drogi, dachy, stojące i jeżdżące auta...  




O ile moje auto tylko pobielało, to na przebiśniegach już odbiło się to trochę gorzej. Ich kwiaty przygięło, bo spadające gwiazdki śniegu były posklejane w wielkie, 2-3cm płatki.




Nawet sprawdziły się przewidywania co do przelotnych opadów śniegu aż do wtorku. W środę wszystko się zmieniło, zaświeciło słońce i temperatury poszły w górę. I oby tak zostało!

Na zakończenie zimy wydziergałam sobie czapę:




Zdjęcia, jak widać, zrobiłam sobie sama, oczywiście nie robiąc makijażu, ani nijak się nie przygotowując przedtem. Miałam chwilę, chwyciłam aparat i szu! To już chyba taka moja małą tradycja, niestety.




W czapce podoba mi się to wysokie założenie. Specjalnie dziergałam długi komin, żeby potem móc wywinąć tak z 8cm. Do tego dodałam jeden, cieniutki paseczek błękitu, bardzo delikatnego. To chyba już moje schorzenie - bez niebieskiego nic się nie liczy:)



Trudno jest sobie zrobić zdjęcie od góry, w zasadzie jeszcze nie opanowałam tej sztuki, więc nie bardzo mogę pokazać wierzch czapki. Zresztą, nie ma tam szału, ot, zamykanie oczek, żeby ładnie wpasowały się we wzór i tyle. Wydaje mi się, że jest to wzór półpatentowy, choć w necie określano go jako patentowy. Pierwszy raz wypróbowałam go na opasce(jeszcze nie pokazana tutaj, choć miała swój debiut podczas joggingu), a potem powtórzyłam na czapce. Ponieważ włóczki jeszcze trochę mi zostało, zastanawiam się, czy nie zrobić szalika lub komina.... Póki co,  spokojnie moge odłożyć czapę do pudła z zimowymi rzeczami. 

Tymczasem, od środy słońce ogrzewa ziemię i rośliny, i te bujają.



Co prawda irysy cebulowe rozczarowały mnie w tym roku, bo bardzo słabo kwitły, ale krokusy mają się dobrze.




Do tego powoli dochodzą miniaturowe żonkile, na razie klasyczne:



A ponieważ wiosnę czuć w powietrzu, ja poczułam chęć na bieganie od nowa. Przerwa trwała chyba ze dwa lata; teraz moje oba kolana czują się jako tako, więc z opaskami na nie nałożonymi zaczynam przygodę. Na razie były to tylko dwa razy i tylko kilometr, ale nie mogę ich znowu przeciążyć, bo odpadnę na kolejny długi czas. Powiem jedno, już po pierwszym razie poczułam się o niebo lepiej!

środa, 4 marca 2015

WDiC



...z Maknetą.




W tym tygodniu nowa książka i nowa, i stara robótka.



"Prisoner of Tehran"  autorstwa Martiny Nemat, to jej przeżycia z Iranu, dokładnie z Teheranu. Tam dorastała, tam żyła i bawiła się w zupełnie innym świecie islamu niż ten, który dziś znamy. Było tak pięknie do momentu, kiedy sprawy przybrały zupełnie inny obrót, do momentu jej aresztowania jako rebeliantki, tortur i wyroku śmierci, który nagle zamienił się w dożywotnie więzienie za sprawą jednej osoby. Czy to lepsze? Będąc więźniem Evinu(zyskał on przydomek piekła na ziemi) wiele razy pragnęła śmierci. Była świadkiem egzekucji przyjaciół, egzekucji, podczas której sama miała zginąć. Widziała bezmiar okrucieństwa i tortury, które były wynikiem jednego spojrzenia w złą stronę, jednego słowa czy uśmiechu czy nawet kaprysu mężczyzny.
Ostatecznie ocalała, to wiem, choć jestem dopiero w połowie książki. Wiem, bo jej wspomnienia zaczynają się od zdarzeń na wolności.
Wyobrażacie sobie teraz świat muzułmański, gdzie dziewczyny chodziły na plażę, miały stroje kąpielowe, bawiły się z chłopcami? Taki właśnie swiat opisuje autorka. Mało tego, w książce opublikowane są jej zdjęcia z plaży, z miasta. Wszystko to się skończyło w jednym momencie, tuż przed wojną Irak -Iran.
Czytam tę książkę czasem ze ściśniętym gardłem, napiętymi nieświadomie mięśniami, bo tak reaguje mój organizm na opisy. Ja je mam tylko na papierze i w wyobraźni, autorka odczuła to wszystko na własnej skórze, dosłownie. Czytam to, ponieważ książka naświetla sprawy Dalekiego Wschodu o których coś tam tylko wiedziałam, znałam z relacji telewizyjnych.

Teraz robótka. Na powyższym zdjęciu są szydełkowe sześciokąty. Moja koncepcja co do ich przeznaczenia zmieniła się już z 6 razy. Najpierw miał to być koc/narzuta na dziecięce łóżko. Postanowiłam wyrobić wszelkie resztki kolorystyczne. I już nawem mam tego sporo. Gdybym robiła narzutę, łatwiejsze byłoby łączenie, bo w ostatnim okrążeniu dołączałabym kolejny element. Potem miała być poduszka, a w zasadzie kilka, też łączyłabym podobnie. Później miały być obustronne podkładki pod garnek, łapki do kuchni(pomysł upadł, bo nijak nie pasują do mojej kuchni), a na końcu torebka dla dzieci, dokładnie 3 torebki. I chyba przy tej koncepcji zostanę, tyle że muszę już inaczej łączyć elementy i jest to zdecydowanie bardziej pracochłonne i czasochłonne.

A niżej.... takie błyszczące nieszczęście...



Które po rozłożeniu, zamienia się w całkiem już sporą serwetkę:


Na razie tylko jedno okrążenie serc, drugie w połowie, a będzie jeszcze więcej.

sobota, 28 lutego 2015

Miałam wiele planów...




...a życie, tak jak zawsze, zmodyfikowało je nieco i musieliśmy się dostosować do sytuacji. 

Artur właśnie kończy dwa tygodnie urlopu. Niedawno zaczynał swój odpoczynek, a  w poniedziałek już wraca do pracy. 
W trakcie urlopu miał szkolenie, za które płaciła firma, i które było przeznaczone dla pracowników ze szpitali psychiatrycznych, klinik i tego typu miejsc. Ponieważ szkolenie było całkiem kosztowne, firma wybrała tylko tych, którzy absolutnie muszą mieć zaliczony ten kurs i Artur znalazł się między 19 szczęśliwcami :) Trochę się zirytował, że podczas urlopu... a ja trochę się wkurzyłam, że muszę go wozić w tę i z powrotem do Dublina. Pół dnia spędziłam za kółkiem, co zrujnowało mi część planów.

Oczywiście nie uszyłam nic! Kompletnie nic, choć zakładałam, że będę mieć więcej czasu i takie tam przyjemności.

Jedyna pozytywna rzecz: pomalowalismy pokój dzienny. Nic szczególnego, ten sam kolor - magnolia - taki neutralny, kremowy, bym powiedziała, ale oni nazywają to magnolia. Najbardziej popularny kolor w Irlandii; malują nim domy na zewnątrz, w środku... prawie każda firma ma magnolię w ofercie. 
Muszę pochwalić się, że odsunęliśmy nawet regały z książkami, po wcześniejszym ich "rozpakowaniu". Było co robić, naprawdę. A co najpiękniejsze? Artur potem poukładał książki na półkach, jednocześnie segregując je według serii, autorów i wielkości, żeby to wszysto jeszcze weszło, bo wiecie, czasem łatwiej jest wypakować rzeczy, niż je potem wpasować w to samo miejsce. 
Przy okazji, kiedy już książki leżały na podłodze, pomalowałam ścianki wspierające półki. Prawie 4 lata temu sąsiad stolarz uratował regały przed połamaniem, wstawiając wsporniki cięte z płyty. Dzięki temu półki przestały się wyginać podczas dokładania coraz większej ilości tomów.  Te ścianki wspornikowe miałam pomalować zaraz na początku, potem, z miesiąca na miesiąc jakoś tak schodziło, że dobiłam do prawie 4 lat! W końcu wszystko ma jeden kolor. 

Irlandzkie koleje od miesięcy bujały się z wprowadzeniem kart do biletów okresowych. W końcu słowo stało się ciałem. 



Wysłałam zdjęcie Artura i dostał piękną wkładkę, dzięki której bilet miesięczny jest ważny. Bez niej już nie znaczy tyle samo.... kolejny projekt, na który tracą pieniądze podatników. 

Zbliża się wiosna i czas na zmianę obuwia na lżejsze, nabyłam parę par butów, bo trafiła się okazja.

Ponieważ strasznie niszczę buty(z czego jestem znana w rodzinie), musze zadbać o odpowiednią ich ilość na początku sezonu(zazwyczaj po lecie wszystkie są do wyrzucenia, co ma swoje dobre strony - co rok mam inne buty;) ).

 W tym roku wpadły mi w oko takie:



Bardzo mi się spodobały: ten wzór, ta klamra. Pasują idealnie, wygodne niesamowicie, zgrywają się nawet z jeansami.


Klasyczne czarne, bo na pewno mi się przydadzą. Małgosia chce mi je podprowadzić, bo okazuje się, że ma nogę już prawie taką jak ja!



I na koniec takie:



Też są bardzo wygodne i też mają całkiem spore klamry. 

Wszystkie pary mają obcasy, które będą sprawdzać się zarówno podczas jazdy(co dla mnie jest istotne, bo sporo czasu spędzam w aucie), jak i ganiania za dziećmi(bo to kolejne zajęcie, któremu poświęcam dużo czasu:) )

środa, 25 lutego 2015

WDiC


...z Maknetą



W tym tygodniu trochę dalej i z książką i z czytaniem.




"Chłopiec z listy Schindlera"... historia widziana oczami dziecka, a  opowiedziana przez dorosłego już mężczyznę. Historia przygnębiająca, ale oszczędzająca nam dokładnych opisów(czego np. nie można powiedzieć o "Dymy nad Birkenau"). Książka na jeden wieczór, jeśli ktoś może czytać takie pozycje jednym ciągiem.

Serwetka robi się przyjemnie, bardzo przyjemnie. Nitka jest fantastyczna, aczkolwiek trzeba się przyzwyczaić do jej śliskości. Za to błyszczy pięknie i to już na początku dodaje uroku pracy.




Najpierw myślałam, że tak, jak poprzednim razem, zrobię sobie tylko część, powiedzmy ze trzy rzędy serc, żeby wyszła serwetka do koszyka na przykład. Teraz myślę, że skoro mam taki zapas tej nici, to chyba pokuszę się o wydzierganie serwety, bo wychodzi piękna.




I w takim przypadku muszę znaleźć inny wzór, bo do koszyka wilekanocnego nie mam chyba ani jednej serwetki:)

niedziela, 22 lutego 2015

Sobotnie Emo



Pogoda była piękna, aczkolwiek chłód doskwierał, szczególnie w Emo, gdzie od jeziora wiało potężnym zimnem. Po pierwszym szoku skóra przyzwyczaiła się do tego i wszyscy: i dzieci, i my, czerpaliśmy radość  z pobytu na zewnątrz; dzieciaki znowu dostały zastrzyk energii po takim dotlenieniu.

Wybraliśmy dłuższą drogę - wkoło jeziora. Tak wczesna wiosna nie jest jeszcze superatrakcyjna, ale i tak słońce dawało czadu i rozświetlało, może nie ponure, ale zimowo ciemne krajobrazy.


Wszystkie ustrojstwa, przygotowane dla dzieciaków, zostały zaliczone wielokrotnie:


Chwila odpoczynku na ławeczce...



...i dalej do zabawy...



A tymczasem w tle szumiały trzciny...



..w niektórych miejscach przeświecało lustro wody...



Tata brał czynny udział w zabawach:





...a ja "chwytałam" momenty...



Monika niezmordowanie pokonująca przeszkody:



Bardzo podoba mi się ten pomysł z wykorzystaniem drzewiastych gigantów i przekształceniem ich w swoistego rodzaju plac zabaw, usytuowany wzdłuż trasy spacerowej.


Dzięki temu dzieciaki nie czują znudzenia spacerowaniem, mogą wyładować swoją energię na ekstra dodatkach.
Jak widać niżej, Gosia nagle obraziła się na cały świat. Na szczęście na chwilę tylko :) Czasem trwa to o wiele, wiele dłużej, a weszłą w taki wiek, kiedy łatwo ją "zranić" i obrazić.


Jeszcze tylko "armata" i ostatnia zabawka zaliczona:



Pozostało bieganie po nieskończonych połaciach trawników, między drzewami....



Ja natomiast, próbowałam skupić się na fotkach, ale z rozgadaną Izabelą było to prawie niemożliwe. Artur kiedyś skomentował, że w momencie, kiedy włączy się jej gadanie, nic nie jest w stanie tego przerwać. Nawet jedzenie! Między nimi trzema, mówi najwięcej, coś jak jej tata. U niego w  pracy ludzie komentują to tak: otwieram drzwi, słyszę w oddali rozmowę i już wiem, że dziś Artur ma dyżur. W poprzednim miejscu  pracy było podobnie, aczkolwiek nieco inaczej:) Ludzie komentowali: wchodzą, czują na korytarzu zapach tostów i kiełbasek i już wiadomo, że Artur i Plunket(jego/nasz przyjaciel i prawie rodzina) są dziś w pracy.


Ostatnie ujęcia takiego trochę smutnego parku, w szacie zimowej zieleni:


Za chwilę będzie już inaczej:




piątek, 20 lutego 2015

Gdzieś mi umknęły




...pierwsze kwiaty w moim ogródku! Pierwsze zaraz po przebiśniegach, czyli w zasadzie drugie:) ale przebiśneigi są tak oczywiste, ciągle przed moimi oczami, widoczne z kuchennego okna, że jakby ich już nie liczę. Natomiast cała reszta, tak po cichutku, powolutku sobie rosła i rozwijała pąki i tu nagle....


Krokusy już gotowe do kwitnienia, na razie tylko kilka pąków, ale niedługo będzie ich całą masa:


Są przepiękne z tymi jedwabnie błyszczącymi płatkami:



Te kremowe już nie mają takiego uroku w pąkach, ale za to kiedy się rozwiną... będzie na czym zawiesić oko:



Irysy cebulowe, pierwsze wyszły purpurowe, niebieskie jeszcze sobie drzemią:



Orliki już mają malutkie listki, w których zbierają perły wody, a potem odbijają w nich niebo:



Pierwszy żonkil....


I niezmordowanie kwitnące - od początku stycznia - pierwiosnki:



Przez zimę przetrwał goździk i teraz pąk nieśmiało wychyla płatki. Dodam tylko, że jest to goździk szklarniowy, który kupowany jest do bukietów.



I na koniec nie mogłam się oprzeć wstawieniu tego zdjęcia. Tym razem w pełni rozkwitu, jeszcze piękniejsze niż w pąkach:



Uwielbiam tę porę roku, kiedy zimowa, irlandzka zieleń zastępowana jest powoli wiosenną, kiedy droga, którą jeżdżę kilka razy dziennie, przeistacza się powoli w zielony tunel... Uwielbiam śpiew ptaków, które u nas już od lutego świergolą pełną parą. Przez zamknięte okna słychać ich poranne trele. Ostatnio któraś noc była na tyle ciepła, że od północy spaliśmy przy uchylonym oknie; rozbudził nas wtedy poranny koncert ptactwa wszelkiego.

Dziś rozstaliśmy się też z naszą kanapą, po czym musiałam wyczyścić auto. Dobrze się nawet złożyło, bo dzieciaki zaśmieciły je totalnie. Do tego kanapa wsunięta do bagażnika zostawiła po sobie ślad na pluszowym obiciu i nawet odkurzacz, na pełnej mocy, musiał ciężko pracować, żeby to wszystko wyciągnąć. Teraz mój renault znów jest piękny, przynajmniej w środku. Czekam na jeszcze cieplejsze dni, żeby go w końcu porządnie umyć z zewnątrz i może w końcu wywoskować! Zimą takie czyszczenie nie jest przyjemne, ale teraz...

czwartek, 19 lutego 2015

Próbuję ogarnąć bałagan w domu




....i jakoś funkcjonować.

Bałagan powstał za sprawą nabycia kanapy i fotela.

Nasza stara kanapa ledwo co stoi, od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem jej zmiany. Ostatnio trafiła się niezwykła okazja, ładnie, tanio i z darmowym transportem. Nawet nie zastanawiałam się dwa razy.




Stara kanapa czeka na wywiezienie do centrum recyclingu i póki co zabiera miejsce. Mąż, oczywiście ma urlop, mógłby zapakować niepotrzebny mebel do auta i się go pozbyć, ale dzień po dniu jakoś nie ma czasu, a ja się wściekam - delikatnie rzecz ujmując :)


Nowy nabytek cieszy oczy i nie tylko oczy :) Kanapa jest 4-osobowa, więc nawet Artur spokojnie się na niej wyciągnie. Do tego wygodne zagłówki i kolory - nie takie straszne przy dzieciach. Latem kolorystyka kompletu idealnie zgra się z zasłonami: miodowe z brązowym haftem. Tylko żeby Artur w końcu wywiózł ten stary mebel i dał nam trochę przestrzeni!

Teraz z innej beczki...


Termomiks i jego wkład w krem czekoladowy...



...na bazie awokado.

Ponieważ moje dzieci kochają nutellę - i wszystko inne, co zawiera czekoladę i da się rozsmarować - postanowiłam podsunąć im coś zdrowszego. Gdzieś zobaczyłam przepis na czekoladowe smarowidło z awokado. Nawet miałam go zachomikowanego na moim starym laptopie, ale razem z jego dyskiem przepadło wszystko. Odtworzyłam z pamięci, więc możliwe, że przepis nie jest pełny, aczkolwiek smakuje wyśmienicie.

Lepszego zdjęcia nie mam, bo dzieci zabrały miskę z czekoladą do smarowania naleśników i potem już nie nadawała się do obfotografowania. Co najważneijsze nikt się nie zorientował, z czego jest to zrobiona "nutella", a zawiera:

- jedno dojrzałe awokado,
- 40g kakao(wyszła w smaku, jak gorzka czekolada, więc następnym razem dodam mniej, choć Monice i mnie smakowała)
- 2 łyżki miodu

Wszystko zmiksowane na puszysty krem. Na ściankach miski termomiksu widać troch zieleni, ale tylko w górnych partiach; reszta to gładki, czekoladowy krem.
Kolejnym razem spróbuję z orzechami laskowymi. Powinno wyjść jeszcze lepsze.