sobota, 4 lipca 2015

Na wylocie




Od tygodnia, robiąc pranie, systematycznie odkładałam ubrania na wyjazd. Jadalnia zawalona była pierdułkami, drobiazgami dla znajomych i dla nas.... Plan był taki, żeby w piątek spakować walizki, ale jakoś nie miałam nastroju na takie działanie i dzień minął.

Dziś miałam pospać dłużej, wszak to sobota, a tu mój małżonek o godzinie 8 otworzył oczy i stwierdził, że wstaje, bo on już jest wypoczęty! Jak już wstał, to krzątając się, robił tyle zamieszania, że w końcu sama wstałam i zeszłam na dół na kawę. I tak się zaczął leniwy poranek we dwoje; dzieciaki w łóżkach... aż czasem nie mogę uwierzyć, że już tak jest, że dziewczyny już takie duże!

Coś obejrzeliśmy, zjedliśmy i nagle do Artura dotarło, że mamy urwane zawiasy w furtce(od 4 tygodni!), więc właśnie dziś je naprawi. Oczywiście najpierw trzeba jechać do miasta po potrzebne materiały... potem okazało się, że nie ma wiertła do metalu(typowe, robota rozbabrana, pół korytarza zawalone) więc wszystko leży i czeka... Nic nie mówię, choć podejrzewałam, że tak właśnie to wszystko będzie wyglądać.
Ja zabrałam się w końcu za pakowanie. Bagaż dla pięciu osób, torby podręczne... gdyby nie to, że pakuję nas od zawsze(systematycznie zwiększała się tylko liczba osób) to chyba z lekka bym spanikowała. Po 2 godzinach wszystko było gotowe, odhaczone i nie zapomniane - taką przynajmniej  mam nadzieję.
Teraz siedzę i się relaksuję. Pozostało ostatnie ogarnięcie domu wieczorem i spanie do 2-ej. Jutro, o 7.30 starujemy z Dublina.

Podejrzewam, że jak co roku, nie będę pisać na blogu przez cały pobyt w PL. Zbyt dużo emocji, ekscytacji i rzeczy do robienia. Relacja po powrocie i myślę, że będzie obfita, wszak już na początku jest wesele mojego brata rodzonego :)

Zatem.... do usłyszenia za 3 tygodnie!!!


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tymczasem w ogrodzie...



...czas też nie stoi.

Mój wiciokrzew pachnie nieziemsko, szczególnie rankami i wieczorami.




Ozdabia go cała masa kwiatów, więc jest też z czego ten zapach się unosić.



Niektóre w pąkach lub częściowo rozwinięte, inne w pełni kwitnienia... Marzy mi się - i może kiedyś zrealizuję to marzenie - hamak gdzieś niedaleko wiciokrzewu. Ależ to byłby odpoczynek!



Zaczyna też powoli kwitnąć powojnik 'Jan Paweł II'



Jego pełnia kwitnienia mnie ominie, bo w tym czasie będziemy w Polsce. Mam nadzieję, że chociaż zdążę na kwiaty 'Polish Spirit'



I na froncie 'Rouge Cardinal', który już dzisiaj pokrywa swoją purpurą prawie całą kratkę:



Patrzeć na jego kwiaty, to sama przyjemność!




A dołem, pod ścianą, kwitną dzwonki:



I tylko groszek pachnący jakoś się na nas obraził i ledwo zaczyna zawiązywać pąki; jego pełnia kwitnienia też przypadnie na moją nieobecność... szkoda. Za to rozrósł się w tym roku strasznie! A to tylko jeden krzaczek:



Mam ochotę na posadzenie kalii w moim ogrodzie. Z przodu domu prezentowałaby się genialnie, ale z kolei z tyłu miałaby zaciszniej.... W naszym klimacie Zentedeschia(kalia, centedeskia) ma się dobrze i rozrasta się w piękne krzaczory, ot, takie jak ten:


Miło by było mieć taką jedną u siebie.

piątek, 26 czerwca 2015

Ostatnia porcja szyciowych prezentów


To już ostatni wpis z tej serii. Wszystkie prezenty rozdane, rok szkolny zakończony, wakacje czas zacząć!

Dla Najlepszej Nauczycielki Pod Słońcem - Sheili Jr - 4 dwustronne podkładki na stół:


Każda z troszkę innym motywem przodu i jednakową drugą stroną:



Wzór kwiatowy, romantyczny, pasujący do kuchni właścicielki podkładek:


Do tego 3 - tak wyszło z ilości materiału, ale też pasuje do ilości osób w jej rodzinie - podkładki pod kubki.



Podkładki są również dwustronne:



Dla pozostałych dwóch nauczycielek po komplecie 4 podkładek:




I druga strona, zamszowa:


Kolejny komplet:


Druga strona bieluteńka i zamszowa, więc nie udało mi się jej obfocić na szybko.




Przy pożegnaniu wszyscy się popłakali. Wiedziałam, że tak będzie, więc poczekałam aż pozostali rodzice odbiorą dzieciaki i zostanę sama. Potem Izabela wręczyła każdej z pań torebkę, a ja, choć miałam wszystko, co powiem przygotowane w głowie, nie wydusiłam ani słowa. Sheila seniorka też miała gulę w gardle, bo tylko ściskała mnie, a Rose rozmazywała makijaż, wycierając łzy. Izabelka stała pośród tego, przytulona do Sheili juniorki, nie bardzo wiedząc o co chodzi :) I tak oto zakończyliśmy okres przedszkolny.

A dziś już wszystkie plecaki i torebki śniadaniowe(lunch box) uprane i prawie wysuszone. Książki i zeszyty  spakowane, czekają na wyjście na strych.


środa, 24 czerwca 2015

Dzień sportu



Koniec roku szkolnego to czas zabaw sportowych, konkursów i tym podobnych zajęć. W szkole starszych pociech dni sportu odbyły się w poprzednim tygodniu, natomiast Izabela mogła cieszyć się zabawami na powietrzu w ten wtorek. Generalnie od trzech tygodni dzieciaki spędzają czas w przedszkolu głównie na zewnątrz, bo pogoda dopisuje, a jak u nas już jest pogoda, to należy się nią cieszyć na maksa! Widać to zresztą niejednokrotnie po oparzeniach słonecznych, "zdobiących" głównie tubylców :)

Tego dnia, dzieciaki w przedszkolu miały najpierw krótką pogadankę na temat pomagania innym i brania udziału w akcjach charytatywnych, po czym powędrowały z nauczycielkami(i trójką rodziców... tak, brałam w tym udział) przez miasto, aby zbierać pieniążki do puszki.
Takie akcje sa tutaj popularne i nikt w mieście się nie dziwił. Rodzice wiedzieli o całej akcji wcześniej i w grupkach stali wzdłuż ulicy, robili zdjęcia, wrzucali pieniążki i bili nam brawa. Do tego mieliśmy eskortę policji, która zatrzymywałą ruch na skrzyżowaniach, co pomagało nam płynnie przejchodzić, bez obaw o jakikolwiek wypadek.





Tam daleko na przedzie idę ja, ubrana na czarno. Lepszego zdjęcia z tego dnia nie mam, bo uwierzcie, przeprowadzenie 30-ki dzieci, które są podekscytowane, w dodatku chodzą, każde w innym tempie, jest wyzwaniem. Spacer, chociaż był taki krótki, to wydawał się strasznie długi!



W taki sposób obeszliśmy miasteczko i dotarliśmy do centrum sportowego, które nieodpłatnie udostępniło naszemu przedszkolu miejsce do zabawy. Bardzo ładny gest z ich strony, byłam zaskoczona!

Zaczęły się zabawy, przerywane odpoczynkiem i posiłkami, głównie piciem.

Izabela w wyścigu z jajkiem na łyżce.... Jajko zostało zastąpione ziemniakiem, żeby oszczędzić sobie bałaganu:)



Po picie biegaliśmy dosłownie co chwila, ale nie ma się też co dziwić! Temperatury wysokie, zabawy w pełnym słońcu...


Było też przeciąganie liny i niestety, drużyna Izabeli przegrała, co strasznie ją wściekło. Rzuciła linę na ziemię i uciekła w kąt opłakiwać przegraną. Żeby było śmieszniej(choć trudno to tak określić), przypadkowo, podczas wyścigu, Izabela została dość mocno uderzona pod okiem. Na szczęście dostaliśmy lód i dziś, po siniaku, prawie nie ma śladu.


Na koniec wręczanie medali - jako nagrody za udział w imprezie i pamiątkowych scrapbooków - to już tradycja tego przedszkola. Sheila zbiera prace i zdjęcia dzieci przez cały rok i na koniec składa, skleja to w książki. Wyobrażacie sobie ile to pracy!?



I zdjęcia....


Z najukochańszą panią: Sheila Juniorka, prywatnie moja przyjaciółka, a dla Izy najwspanialsza nauczycielka.



Z "babcią Sheilą", jak określa ją Iza(określenie wzięło się stąd, że jest to babcia koleżanki mojej starszej córki; tak to do niej przylgnęło i tak już jest). Sheila Seniorka jest właścicielką przedszkola i rodzoną matką Sheili Juniorki. Tak je odróżniamy w przedszkolu, kiedy o którąś pytamy:)



I z kolejną panią - Rose, która jest niesamowitą, pełną ciepła osobą; ma przeogromną cierpliwość i wspaniałe podejście do dzieci.


Jutro zanosimy małe upominki do przedszkola. Po ponad 6 latach współpracy nadszedł czas na pożegnanie z tym miejscem. Pożegnanie definitywne, bo ostatnie moje dziecko zakończyło etap przedszkolaka. Ciesze się ogromnie, że ktoś, kiedyś, wiele lat temu natchnął mnie myślą, żebym wybrała TO przedszkole. Przez te wszystkie lata nigdy nie żałowaliśmy tej decyzji. Każde moje dziecko wyniosło z tego miejsca przepiękne wspomnienia i cenne nauki. Wiem, że nie żadne słowa podziękowania nie oddadzą w pełni tego, co czuję do kobiet tam pracujących; tego nie da się zamknąć w słowa....  Pożegnanie będzie ciężkie i na pewno pełne emocji.


W szkole polskiej już zakończyliśmy ten rok szkolny. Każdego dnia odbyło się małe przyjęcie, wręczenie świadectw i nagród. Był czas na zabawę i rozmowę o wszystkim, nie tylko o nauce. Panie dostały prezenty i wydawały się bardzo zadowolone, kiedy od razu rozpakowały paczuszki.
Dziewczyny zebrały bardzo dobre oceny, co mnie cieszy ogromnie. To, co jednak cieszy mnie najbardzie, to jest wiadomość roku: Gosia sama oznajmiła, że chciałaby pójść do piątej klasy!!!!!! Nigdy, przez te cztery lata, nie powiedziała czegoś takiego. Raczej wściekała się, że znowu będzie jeździć do szkoły polskiej.... Myślę, że po tym widać, jak bardzo już dojrzewa i zaczyna doceniać i znajdować przyjemność w kontaktach z dziećmi ze szkoły polonijnej. Tam może porozmawiać o sprawach, których nie rozumieją jej irlandzkie koleżanki. Cieszę się ogromnie z tego postępu.
Oczywiście Monika gdy tylko usłyszała to, co Gosia oznajmiła, wygłosiła swoje zdanie: a ja nie zamierzam chodzić do piątej klasy! Zobaczymy.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Roślinnie i książkowo


Jakiś czas temu ukończyłam książkę "Upadek gigantów"



Niespełna 900 stron fantastycznej lektury. Zamówiłabym drugi tom - podobnych gabarytów - ale z racji wyjazdu do Polski nie ma to w tej chwili sensu. Książka leżałaby w bibliotece czekając na mnie, po czym zostałaby odesłana z powrotem do miejsca, z którego została ściągnięta.
Pocieszyłam się za to lekturą "Dracula the un-dead" - historią wydaną ze wszystkimi fragmentami, które zostały pominięte we wcześniejszych edycjach. Nie czytałam poprzednich, więc nie mam porównania, natomiast akcja wciągnęła mnie po 2 czy 3 rozdziale i nawet ciężki, starodawny język bardzo mi nie przeszkadzał.



Dziś natomiast zaopatrzyłam się w kolejne książki na najbliższy czas:


Historia Diany w oczach jej osobistego managera?, stewarda? czy dosłownie tłumacząc - lokaja :) Chyba to ostatnie określenie wciąż jest stosowane w pałacu królewskim. Dopiero pierwsze dwie czy trzy strony za mną. Ponieważ nigdy nie czytałam niczego o Dianie, sięgnęłam po tę pozycję z ciekawości.

I kolejna - "Nędznicy", która trafiła mi się akurat z filmową okładką:



Całe wieki obiecywałam sobie, że po nią sięgnę, zatem nadszedł ten czas...



Tymczasem w ogrodzie....


....zaczyna kwitnąć kolejny powojnik, tym razem odmiana wielkokwiatowa. W tej chwili ma już kilka więcej rozwiniętych pąków i czeka na fotę :) Zadowolona jestem, że zakwitł jeszcze przed naszym wyjazdem do PL, przynajmniej nacieszę nim oczy.


W tle, od 3 tygodni kwitnący, powojnik górski. Bardzo długo trzyma kwiaty, mimo że rośnie w przeciągu. Akurat tutaj, przed domem, wiatry hulają non-stop! Powojnik zaczyna wypuszczać mnóstwo nowych pędów; nie wiem czy przed wyjazdem jeszcze coś z nimi zrobię, czy dopiero po powrocie, o ile da się przedrzeć wtedy przez busz :) Artur i tak narzeka, że niedługo trzeba będzie mieć maczetę w plecaku, żeby wyciąć sobie drogę do drzwi.



Ostróżki też już rozwijają pąki i mogę sobie patrzeć na nie i podziwiać do woli, w przeciwieństwie do groszku pachnącego, który wyrósł ogromny, ale zakwitnie zapewne wtedy, gdy będziemy poza domem.



Poza tymi domowymi, "oswojonymi" kwiatami, nie możemy też nie docenić migawek z natury:



Zdjęcia z jednego ze spacerów wśród lasów



Tym razem z innej perspektywy.



Nad jeziorem też trochę roślin kwitnie...



...a jeśli nawet nie jest obsypana kwieciem, to stanowi piękne tło, albo wysuwa się nawet na pierwszy plan.




To tyle... zmykam do dalszej pracy....

sobota, 20 czerwca 2015

Już tylko tydzień....





...pozostał do końca roku szkolnego. Aż trudno mi uwierzyć!!! Ten rok przeleciał tak szybko, mimo że momentami było nam ciężko i odliczaliśmy dni.
Powoli kończę rzeczy dla nauczycielek. Nie jest to nic wielkiego, ot, takie drobiazgi.

Saszetki zapachowe są już spakowane:



Torebeczki różnych kształtów: okrągłe, prostokątne i wielokątne....




Mam nadzieję, że jeśli nie zapach, to chociaż sama idea spodoba się obdarowanym. Jeśli nie, to trudno. Ja starałam się wykonać prace starannie i włożyłam w to sporo serca.



Kolejnym małym dodatkiem są pamiątkowe serca:



Wykonane z masy sodowej, z namalowanym bardzo delikatnym wzorem kwiatowym - stanowi tylko tło - i jednym z najważniejszych słów: dziękuję:


Jako dodatkowa ozdoba występuje wytłoczony wzór kwiatowy. To wszystko. Wydaje mi się, że jak na taką małą powierzchnię to wystarczy.

środa, 17 czerwca 2015

Jak w gorączce...




...mijają nam te ostatnie tygodnie.

Dziewczyny już w zasadzie napisały wszystkie testy i w szkole irlandzkiej i w polskiej. Teraz czekamy na wyniki. Część już znam, ale o tym napiszę innym razem.
Tymczasem koniec roku szkolnego to czas przygotowań drobnych upominków dla nauczycieli, a w tym roku nauczycieli będzie 8!!! Dwie panie ze szoły polskiej, dwie z irlandzkiej i cztery nauczycielki w przedszkolu. Dodam jeszcze, że z przedzkolem żegnamy się już ostatecznie. Wszystkie moje córki do niego uczęszczały, wszystkie były szczęśliwe. Znalazły tam piekunki, które tworzyły im rodzinną atmosferę. Chciałabym przygotować dla nich coś drobnego, ale sympatycznego, stąd moje nic-nie-pisanie, bo zajęta jestem.

Ukończyłam już szal na wesele:




Miał być lekki i delikatny i taki jest; chociaż może nie taki znowu lekki, bo to bawełna, a ona swoją wagę ma.



Węzły Salomona sprawują się bardzo dobrze i według mnie nie potrzeba nic innego dodawać.



Szal leży już odłożony do spakowania.

Uszyłam też, tak przy okazji, ochraniacz na deskę, czy jakkolwiek to nazwać. Poprzednie płótno, po niecałych dwóch latach, było już zniszczone od ciągłego prasowania. Wyjęłam tkaninę, której miałam hektary - podobno sama kiedyś wybrałam na jakieś "coś" do uszycia dla mnie. Przeleżało w szafie wiele lat i przywędrowało w końcu do Irlandii, żeby teraz dobrze służyć jako ratunkowy materiał do niemalże wszystkiego. W wydaniu "deska do prasowania" wygląda tak:





Pierwsze moje szyciowe podkładki recyclingowe z jeansu:


Jeszcze w stanie surowym, ale niedługo pokażę w wersji podrasowanej.