niedziela, 29 marca 2015

Szycie na szybko




...wpadło mi w grafik zupełnie niespodziewanie. Miałam całkiem inny plan na drugą część tygodnia! Zaczęłam plecenie koszyków dla dziewczyn, kończyłam szycie podkładki-gwiazdy i nagle...

Trzeba przygotować prezent lub dwa. Co wymyśleć? Ponieważ akurat przekładałam szmatki, wpadły mi w  ręce próbki haftowanych płócien zasłonowych. Coś zaświatało w głowie, przgrzebałam szybko resztę pudeł i decyzja zapadła. Będę coś wymyślać z tego, co właśnie wyciągnęłam.
Od pomysłu do szycie droga jednak daleka, bo próbki nie są zdekatyzowane. Wrzuciłam je do pralki na szybkie pranie, potem czekałam kiedy wyschną, żeby ostatecznie walczyć żelazkiem z zagnieceniami. W końcu materiał poszedł pod nóż.
Przyznaję, że pomysł rodził się w trakcie pracy i zmieniał chyba ze trzy razy, żeby ostatecznie przybrać takie kształty:




Ten na górze już zeszyty w całość, a ten poniżej, przygotowany do zszycia.



Docelowo mają być patchworkowymi obrusami na stół/łąwę. Do kompletu - do jednego z nich(prawdopodobnie tego na dole) powstają 4 podładki:


Teraz czeka mnie trudne zadanie: wybranie materiału na spód. Nie wiem czy decydować się na delikatny, pasujący do wierzchu, czy kontrastowy, w mocniejszych kolorach?


Podkładka też posunęła się do przodu, bo jedyne, czego jej brakuje, to lamówka:


Myślę, że zrobię ją w kolorze mocnej czerwieni, żeby ożywić trochę całość. Następną taką gwiazdę będę szyła z jaśniejszch materiałów i, przede wszyzstkim, płótna, a nie śliskiej satyny! Myślę, że to nieco ułatwi pracę i przyspieszy cały proces.

sobota, 28 marca 2015

Co.Clare, cześć druga


Pisząc o naszj ostatniej wycieczce, wspominałam o pikniku i placu zabaw.

Dzieci naprawdę cieszyły się możliwości skorzystania z "siłowni na powietrzu", spędziliśmy sporo czasu wędrując wzdłuż ścieżki i korzystając z poszczególnych sprzętów.


Izabela skutecznie "pomagała" tacie w ćwiczeniach:



...a czasem tylko obserwowała; tu z miną: czy aby na pewno tata gdzieś dopłynie?



Monika wszędzie znajdzie przyjaciół,  nawet bawiąc się z labiryncie. Tutaj oswoiła kota i siedziała z nim przez dłuższy czas, dopóki zwierzę nie znużyło się grą. Na zdjęciu kot jest akurat mało widoczny, bo schował się w dołku, z którego wyskakiwał, kiedy Monika machała gałązką:



Podczas pikniku nad jeziorem, młoda miała bardzo ważne sprawy do obgadania z ojcem. Widać, jak pogrążeni są w swoich sprawach:



Kiedy wracaliśmy, próbowałam robić zdjęcia kwitnącego Kolcolistu zachodniego(Ulex europaeus). Teraz jest jego czas, czas słonecznej żółci...



...i zapachu kokosu w powietrzu. Taki właśnie zapach wydzielają te krzaki, a zbocza autostrad są nimi porośnięte w dużej części:



I na koniec wiatraki... tak kontrowersyjny tamat w Irlandii w ostatnich latach. Bardzo dużo Irlandczyków jest przeciwnych wiatrakom, woli elektrownie, jako lepsze dla środowiska!


środa, 25 marca 2015

WDiC




...z Maknetą.

Moje plany dziergalniczo-szyciowe uległy ostatnio zupełnej zmianie. Przez ostatnie dwa tygodnie nie doszyłam niczego, ponad to, co zrobiłam wcześniej; dziergałam z doskoku, a wszystko, za sprawą budowania biblioteczki w pokoju najstarszej córy i dokręcaniu miliona półek na jej drobiazgi. Teraz jeszcze czeka mnie malowanie!

Wracając jednak do tematu posta:



Książka nowa - co nie znaczy, że przeczytałam "Prezenterki" - H. Mankell "The eye of leopard". Dziś dopiero zaczynam czytać, więc swoich wrażeń jeszcze nie opiszę, ale znając autora, nie powinnam się zawieźć. Nie jest to seria z komisarzem Wallenderm, ale za to jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych, jak reklamują na okładce. 
Młody Szwed wyjeżdża do Afryki z osobistą misją, chowaną w sercu od lat. Krótki wyjazd przeistacza się w coś zupełnie innego. Zostaje na kontynencie, w kraju zupełnie różnym od tego, do którego przywykł od dzieciństwa. Dwie dekady spędzone w Północnej Zambii, w pracy, potem na prowadzeniu własnej farmy, na walce z żywiołami tak różnymi od tych w Skandynawii pokazują, że nie zawsze człowiek jest w stanie zrozumieć postępowanie i zachowania tubylców, nawet jeśli z nimi mieszka, pracuje, żyje między nimi.
Mam nadzieję, że książka będzie dobra.

Róbótki... Na górnym zdjęciu widać postęp w szyciu, który nastąpił dwa tygodnie temu. Na razie podkładka pozostaje w tej formie. Szycie jednego okrążenia to około 30-40 minut.
Nic też nie wskazuje na to, że się za nią zabiorę, bo mąż podrzucił mi kilka par spodni mudurowych do wykończenia kieszeni, a przy tym jest sporo zabawy.

Na zdjęciu niżej postępy w szydełku - pozostało mi połączenie jednego rzędu sześciokątów i złączenie tego w twór, który ma być torebką. Zobaczymy. Oczywiście dopiero teraz zobaczyłam, jak śmiesznie układają się kolory...


I serweta, w której przybyło kilka okrążeń, aczkolwiek teraz praca nad nimi postępuje coraz wolniej.


niedziela, 22 marca 2015

Ballina/Killaloe, Co. Clare



Zaczęliśmy dziś sezon wycieczkowy. Pojechaliśmy do wschodniej części hrabstwa Clare, na zachodzie Irlandii.

Pogodę mamy piękną już od Św. Patryka, dziś było chyba z 15 stopni, miejscami może trochę więcej. Niebo błękitne, białe obłoczki i umiarkowany wiaterek. Jednym słowem, żal zostać w domu. Szybkie pakowanie, dzieciaki zabezpieczone na drogę w urządzenia "uspokajające":


...zatem ruszamy.

Niedzielny ranek jest raczej spokojny na autostradach i trasę 120km przebyliśmy szybciutko.






Artur wynalazł wczoraj atrakcję dla dzieciaków - labirynt w maluteńkim miasteczku(na stronie irlandzkiej określonym nawet mianem wsi) Mountshannon, położonym nad jednym z największych jezior w Irlandii - Lough Derg. Położone jest na rzece Shannon, ma długość około 39km i szerokość 1-13km.
Zanim tam jednak dotarliśmy, zatrzymaliśmy się w miasteczku Ballina, położonym w hrabstwie Tipperary, nad brzegiem rzeki Shannon. Na drugim jej brzegu leży miasteczko Killaloe i ono już znajduje się w hrabstwie Clare. Oba miasteczka bardzo często opisywane są jako jedna atrakcja turystyczna: Ballina/Killaloe.

Na brzegu rzeki jest mini przystań - jedna z wielu zresztą.


Z parkingu powędrowaliśmy wąskimi uliczkami nad wodę:



...i zeszliśmy na pomost:



Dzieciaki były zachwycone, a Artur zastanawiał się, co zrobimy, jak któreś wpadnie tutaj do wody i się wykąpie? Wszak ubrań na zmianę nie wzięliśmy. Na szczęście nic takiego się nie stało.



Spacerując pomostem mieliśmy okazję podziwiać architekturę na drugim brzegu:


Oba miasta są wizytówką turystyczną Irlandii, wszak w Killaloe urodził się w 941r  Brian Boru - jeden z królów Irlandii i on uczynił je(za czasów swojego panowanie) stolicą Irlandii.


Niebagatelną sprawą jest również usytuowanie lotniska Shannon, niecałe 40km od obu miast. 

Killaloe i Ballina "spięte" są mostem, którym można przejechać na drugi brzeg rzeki. Most ten, jak mówią, nie tylko łączy brzegi i miasta, łączy też dwa hrabstwa: Tipperary i Clare. I to nim właśnie pojechaliśmy w dalszą podróż, po wcześniejszym pikniku i spędzeniu czasu na okolicznym placu zabaw.



Widok z drugiego brzegu Shannon:



Nad brzegiem usytuowane są wspaniałe domy, wielkie, z własnymi, małymi przystaniami:


Lokalne puby też mają dojście do wody i popołudniami zapełniają się tłumami ludzi. Teraz, w końcówce marca, jest jeszcze spokój, ale i tak już można wyczuć początki sezonu:



Przy dzisiejszej pięknej pogodzie na drogach spotykaliśmy samochody ciągnące łodzie, na brzegu gorączkowo kręcili się ludzie, a na jeziorze i rzece ścigały się skutery i motorówki.




Tymczasem my skierowaliśmy się do Mountshannon; po drodze zatrzymaliśmy się tylko na chwilę nad brzegiem jeziora:



Panowałą taka cisza i spokój, że żal było wsiadać do auta... ale przecież gdzieś tam, całkiem niedaleko, na odkrycie czekał labirynt.



O labiryncie i szaleństwach na placu zabaw, napiszę w kolejnym poście.

środa, 18 marca 2015

Gdzie to ciepło???





...niby zimno, niby wietrznie, w nocy czasem przymrozek zaskoczy, rano szyby w autach skrobiemy, ale kwiaty radzą sobie nieżle.

W tej chwili mój ogród "żonkilami stoi", dokładnie miniaturami, które prezentują się naprawdę świetnie w większych grupach. Mój trawnik jeszcze nie skoszony, więc trawa i chwasty wchodzą trochę w kadr:


Pierwsza grupa, tuż przy ogrodzeniu, na tle czarnego płotu, kwitnie już od tygodnia:



...druga, na tle ściany, w pełni rozkwitu:


Wiciokrzew zaczyna rozwijać pąki liściowe; do jego kwitnienia jeszcze mnóstwo czasu, ale masę zieloną już zaczyna tworzyć:



A tuż pod płotem, przy murze, fiołki...



...na razie małe, nieśmiało rozchylają płatki. Czekam na więcej fioletu i na niezapomniany zapach...



Żagwin już gotowy do kwitnienia. W tamtym roku zakupiłam malutką kępkę - może 5cm średnicy; w tym roku mam już rozrośniętą poduchę!



Szafirki na razie małe, ale w tej chwili ich pąki prezentują się świetnie z małymi, jasnymi plamkami gwiazdeczek:



I hiacynty... niebieskie lubię najbardziej. Ten nie będzie miał "ubitego" kwiatostanu, bo w ubiegłym roku został przesadzony do ziemi po zimowym pędzeniu. Za rok mam nadzieję na większy kwiat.




wtorek, 17 marca 2015

Zielono, patrykowo...




....wesoło.

W ciągu ostatniego tygodnia wszystko kręciło się wkoło parady z okazji dnia Św. Patryka. Izabela koniecznie chciała wziąć udział w marszu, więc ją zapisałam. Oczywiście rodzice szli razem ze swoimi dzieciakami, a ponieważ małżonek pracuje, musiałam zabrać ze sobą też dwie starsze.
Najstarsza zapierała się rękami i nogami, że nie będzie maszerować razem ze mną przez miasto, bo to obciach! Od wczoraj, a w zasadzie od niedzieli, przekonywała Izabelę, żeby ta została i tylko obejrzała paradę jako widz, a nie próbowała brać w niej udział. Iza prawie dała się przekonać, ale dziś poszłyśmy do przedszkola na spotkanie i... jakoś tak wyszło, że zanim Gosia się zorientowała, już szła ulicą :)  Szczęśliwa nie była, ale jakoś to przełknęła.

Tymczasem co ja przygotowałam?
Ze strony Candy skorzystałam ze wzoru na koniczynkę i wyszydełkowałam całą naręcz zieleniny:


To ciemne zielone to łąńcuch /naszyjnik koniczynkowy do omotania na szyję, zarzucenia na płaszcz... niestety, nikt mnie w tym nie uwiecznił.






Jasny łąńcuszek upięłam Izabeli w formie opaski:



I nawet wytrzymał całą imprezę w niezmienionej postaci i na miejscu



Wzór jest na tyle przyjemny i prosty, że zrobiłam to wszystko w trakcie oglądania jakiegoś programu.



Monika i Gosia dostały wydziergane róże i koniczynki na spinkach:


...jako że też musiały być przystrojone na zielono:



I w końcu parada ruszyła...






...a my z przedszkolem czekaliśmy na uboczu...



...żeby w stosownym momencie dołączyć do reszty:



Dzieciaki maszerowały dzielnie, trzymały szyk i w oczach Izabeli, parada była bardzo udana!



Potem zostałyśmy jeszcze chwilę, żeby obejrzeć tych, co maszerowali za nami:



Gosi i Moniki szkołę:



kobziarzy:


i mnóstwo koni:






powozów różnego rodzaju:



Dwa ostatnie konie szły bokiem, z lekka przebierając nogami, jak w tańcu. Uroczo!



Szczerze powiedziawszy zaskoczona jestem pozytywnie, bo szłam do miasta z myślą, że kolejny raz obejrzę taki sam pokaz. Tylko rodzicielski obowiązek mnie do tego nakłonił i samozaparcie Izy.
Po paradzie zabrałam dziewczyny do lokalnej(dziś okropnie zatłoczonej) kafejki, na lody. Teraz siedzę w domu i rozkoszuję się ciepłem, bo choć ranek był niezwykle pogodny i - zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem - ciepły, to potem temperatury spadały i spadały... dobrze, że choć wiatr nie wiał!