niedziela, 3 sierpnia 2014

Przesiadka na większy rower



Na początku lata proponowałam Izabeli, żeby spróbowała jazdy na trochę wiekszym, poważniejszym rowerku, niż jej trójkołówka. Artur dołożył stabilizatory, wyjęłam gotowy rower w szopy i... Izabela wsiadła, bujnęła się raz na bok i tak się przestraszyła, że już nie chciała więcej próbować.
W tym tygodniu zaproponowałam rowerek jeszcze raz. Najpierw dziecko było źle nastawione do sprzętu, ale po zapewnieniu, że będę ją trzymać, dała się namówić. Bała się troszkę tego kołysania na boki, jakim odznaczają się rowerki z dodanymi kółkami; kiedy jednak zauważyła, że nie spada, że rower nie jest w stanie się przewrócić, zaczęła chętniej ćwiczyć. I oto efekty:



Gosia dzielnie pomagała w nauce...



...a chwilę poźniej: we włosach wiatr, a w oczach łzy... Taka prędkość!!!!






Izabela oświadczyła, że swój trójkołowy rowerek odda jakiemuś malutkiemu dziecku, bo ona już jest duża i będzie jeździć tylko na różowym.


Jedno z lepszych ujęć małej skręconej psotnicy:



W moim ogrodzie natomiast, po raz kolejny w tym roku, kwitnie hippeastrum:



Ja tymczasem skończyłam książkę " The distatnt hours" Kate Morton (polski tytuł "Milczący zamek") i mogę powiedzieć, że podobnie, jak poprzednia pozycja - "The forgotten garden"(polski: "Zapomniany ogród"), wciągnęła mnie bez reszty. Podczas lektury, czytelnik porusza się w czasie: przeszłość wciąż i wciąż splata się z teraźniejszością. Trochę to denerwujące na początku, zanim człowiek odnajdzie się w akcji i bohaterach. Tajemnica z przeszłości świetnie wkomponowana w teraźniejszość, jeden wątek plącze się z drugim i kolejnym, aby na końcu nas nieco zaskoczyć ostatecznym rozwiązaniem.
Poza tym na moich półkach zostały odhaczone pozycje Anity Shreve "Historia pewnego lata" - tym razem w wydaniu polskim na moim czytniku i "Where or when" - nie wiem pod jakim polskim tytułem została wydana.

Teraz czeka na mnie "The Secret Keeper" kolejna książka K. Morton.



środa, 30 lipca 2014

Wakacyjne muszle...




...i co można z nich zrobić? Na przykład zawieszkę, która na wietrze wydaje miłe dla ucha dźwięki; bardzo delikatne i dość ciche.



Połączyłam muszle sznureczkiem, umocowałam na długiej wykałaczce i zawisiłam na dworze.

Niektóre muszle miały już zrobione otwory:



Inne dało się zawiesić bez dziurawienia...



...a w jeszcze innych wywierciłam dzirki nożem:



Muszelkowe wspomnienie wakacyjnych wyjazdów wisi koło tarasu i delikatnie dzwoni. Ja natomiast oddaję się przyjemności czytania:


niedziela, 27 lipca 2014

Plaża w Duncannon, Co. Wexford



W tym tygodniu mieliśmy zupełnie inne plany na weekend. Wczoraj wyjechaliśmy rano na spacer w góry, ale po przejechaniu około 20-25km zaczął siąpić deszczyk. Akurat tam miało być słonecznie!, stąd nasza wczesnoranna decyzja. Zatrzymaliśmy się na poboczu i po bardzo krótkiej naradzie, zawróciliśmy do domu. Żeby nie był to tak zupełnie zmarnowany dzień, poszliśmy z dziećmi do centrum rozrywkowego, które mieści się pod dachem.

Dzisiaj za to wybraliśmy się na plażę. W naszym miasteczku i okolicy - bliższej i dalszej - zanosiło się na deszcz, za to w hrabstwie Wexford pogoda dopisała. Tylko na początku było lekko pochmurnie i chłodnawo, co wspomagał dość silny wiatr.



Kiedy przybyliśmy na miejsce, morze cofnęło swoje wody bardzo daleko, odsłąniając około kilometra pięknej plaży.



Miejsca było dość sporo, mimo że zjawiliśmu się po 12; do tego, pełnia szczęścia - można było zaparkować na plaży, co nam, rodzicom, bardzo ułatwia życie. Nie trzeba dźwigać ton potrzebnego ekwipunku przez pół kilometra, z najbliższego parkingu!



Dziewczyny od razu z samochodu wyskoczyły z okrzykiem: pływanie! Silnik jeszcze nie zaczął stygnąć, kiedy ruszyły w kierunku wody:



Chłodny wiatr ostudził trochę nasz zapał do pływania...



Póki chmury krążyły po niebie, ja zajęłam się zdjęciami, a dzieciaki, zbieraniem muszli:


W pewnej chwili zrobiło się naprawdę zimno, ale po wejściu do wody, okazało się, że jest ona zaskakująco ciapła! A może to już nasza skóra była tak zdrętwiała z zimna?



Piasek układał ciekawe wzory na całej odsłoniętej powierzchni:



...ukazywał bogactwo dna Morza Celtyckiego:









W pewnej chwili zaczęło się przejaśniać i to zachęciło nas do totalnego zanurzenia.




...a kiedy zrobiło się naprawdę ciepło, przyjemnie było bawić się z falami. Niestety, nie mogłam wejść na głębszą wodę, bo ratownicy cały czas krążyli i zawracali wszystkich ze względu na przypły, który właśnie się zaczął, a także na bardzo silne prądy, których tam nie brak.




Mimo wszystko udało się nam - tylko dziewczynom, popluskać w morzu. Artur, jako jedyny, nie zanurzył się w wodzie. Zamoczył jedynie nogi trochę powyżej kolan.



Przypływ następował dość szybko i zalewał coraz większe powierzchnie...



Kiedy odjeżdżaliśmy, woda prawie osiągnęła swe pierwotne miejsce na plaży.



 Oprócz muszli i kamyków, tym razem przywieźliśmy tonę piasku w samochodzie. Wiatr bezlitośnie podrywał całe chmury drobnego pyłu i ciskał nam w oczy, usta, zacinał po nogach... Zaczęłam się domyślać, jak straszna może być burza piaskowa, skoro tutaj było to naprawdę nieznośne! Piach był w jedzeniu, piciu, na kocach, wciskał się przez najmniejsze szczeliny auta, a kiedy otworzyło się drzwi, wpadał całymi tumanami. Po raz pierwszy mam namiastkę plaży w środku samochodu, który od sufitu do podłogi pokryty jest żółtoszarymi drobinkami!


piątek, 25 lipca 2014

Letni ogród...




...ledwo dyszy, mimo podlewania.


Powojnik kwitnie tylko górą, bo w tym roku za bardzo go pożałowałam i nie przycięłam zbyt mocno.



Za to rozwija coraz więcej i więcej kwiatów, w pięknym, ciemnym kolorze:



Niektóre pędy poszły przez całą szerokość ogrodu i splotły się z wiciokrzewem:



Z przodu domu zażółciło się od nachyłków, które ożywiły ogród:


W rogu są dwa groszki pachnące: jeden wspina się koło słupa elektrycznego, drugi został przeniesiony w sam kąt ogrodu i zapełnia miejsce po przekwitłych ostróżkach:



A przed drzwiami do domu coraz mniej miejsca, które stopniowo jest przejmowane przez lobelie:


Dodam jeszcze, że wieczorami, z obu stron domu zapach rozsiewa maciejka. Pachnie niesamowicie!

W tym roku widziałam po raz pierwszy świetliki! Całe mnóstwo krążyło w okolicy naszego domu. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale to nie na moje możliwości aparatowe, a może umiejętności? Wyszła czerń poprzecinana złotymi smugami. Za to na żywo - spektakl warty ujrzenia!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wakacje mijają nadspodziewanie szybko...




...mimo to, próbuję znaleźć czas na drobne przyjemności, cieszyć się momentami, kiedy cisza zapada wkoło mnie.

Jeździmy, jeździmy i jeszcze raz jeździmy. Po dwa dni z rzędu nie włączam komputera, który ma teraz sporo odpoczynku.

Pogoda jest piękna, gorące dni, przeplatane okazyjnymi deszczami. Plac zabaw jest non-stop w naszym grafiku. Dziewczyny są na tyle duże, że mogę już spokojnie usiąść na ławce i zająć się książką lub dzierganiem, podczas gdy one szaleją na huśtawkach czy w piaskownicy. Starsze dbają o najmłodszą i na ogół dwie godziny upływa w spokoju i harmonii.

Jeździmy też nad pobliskie torfowe jezioro, gdzie dzieciaki korzystają z wody. Jedyny problem jest taki, że jestem jedna na nie trzy, ale i tak zabawa jest przednia! W weekendy zaliczamy kolejne wycieczki, już wszyscy razem. Jest fantastycznie.

Poza wszelkimi rozrywkami, życie dopomina się o zadbanie o zwykłe, przyziemne sprawy. W minionym tygodniu udało mi się wyczyścić i zabezpieczyć drewniany taras.



Warstwa woskowa nie pozwala drewnu nasiąkać wodą. Jedno zadanie z głowy!

W moich robótkach mały zastój, ale coś się dzieje...i to dosłownie.

Jakiś czas temu wydziergałam parę skarpetek z pięknej wełny; cieniowanej, dodam na marginesie. Oto rezultat:




Jedna inna, druga inna! Zabrałam się za dzierganie kolejnej, jako, że doszłam do koloru, którym zaczynałam pierwszą skarpetkę...

Teraz już mam trzy:




...z których mogę złożyć jedną parę:) Dzierga się czwarta, w ciemnych odcieniach.
Dochodzę do wniosku, że praca ze skarpetkami jest jak terapia, szczególnie, kiedy się ma ozdobniejszą włóczkę i przerabia się tylko jeden rodzaj oczek.

poniedziałek, 14 lipca 2014

The Irish National Heritage Park, Co. Wexford



Druga nasza wyprawa do parku historycznego w Wexford. Zasugerowaliśmy się pogodą, bo wszędzie miało być zachmurzenie większe lub mniejsze, ale w Wexford miało być bez deszczu:) I tak też było. Nawet przyświecało nam słoneczko przez większość dnia, co było o tyle ważne, że całokształt tamtejszej atrakcji mieści się na wolnym powietrzu.


Zaproszenie sformułowane w kuszący sposób:


Pozostaw "dzisiaj"(teraźniejszość) za sobą i rozpocznij niezapomnianą podróż przez 9 tysięcy lat historii irlandzkiej. Wejdź do tego nadzwyczajnego miejsca, gdzie irlandzkie dziedzictwo ożywa dzięki widokom i dźwiękom, które kształtowały kraj i pomogły ukształtować świat.



W tym roku zrekonstruowano kolejne chaty.



Mało tego, trafił się nam przewodnik, który zaczynał z grupką 5 osób, a pod koniec prowadził około 15 dorosłych i całe stado dzieci. Facet świetnie opowiadał, tyle, że dzieciaki nie bardzo były zainteresowane słuchaniem, a bardziej "namacalnym" zwiedzaniem, co on w pełni rozumiał, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.



Monika ze swojej perspektywy dziecka skomentowała to tak: biedny pan, gada i gada i nie wie, że nikt go nie słucha. Na szczęście szła troszkę dalej i mam nadzieję, że nie dotarło to do uszu przewodnika.




Chwila odpoczynku w cieniu klasztornego domku:



Wikingowie....



To oni, jako pierwsi przywieźli do Irlandii monety i zaczęli w ten sposób handlować. Do tego czasu tutejsi ludzie wciąż używali bydła jako "monety".

Jedna z mniejszych łodzi, która mieściła około 30 ludzi:



Wszystkie eksponaty wyglądały naprawdę autentycznie, nawet te śledzie w beczce:



To w wiosce wikingów powstawały kolorowe, tkane pasy materii:



...skóry pocięte na buty:



Dzieciom oczywiście podobał się swoisty plac zabaw, bardziej służący do ćwiczeń wszelkiego rodzaju, niż tylko do prostej zabawy. Izabela pokochała chodzenie po wszelkiego rodzaju równoważniach, Monika lubiła podciąganie się na rękach powiązane ze wspinaczką,  a Małgosia szalała na wszystkim.



W pewnej chwili najmłodsza utknęła, bo przestrzeń między słupami była zbyt duża, aby mogła przeskoczyć z jednego na drugi. Objęła więc słup rękoma i stojąc tak, wołała o pomoc!




Nie obyło się bez łucznictwa! Spróbowała cała trójka: dwie najstarsze i Artur. Ja zostałam z Izabelą, która oczywiście też wyrywała się do strzelania, ale bidulka nie naciągnęłaby nawet najmniejszego łuku. Nawet Monika miała mały problem z ustabilizowaniem ręki, bo cięciwa była zbyt mocna. Zdecydowanie jednak lepiej radziła sobie tym razem, niż rok temu. Mnie oczywiście też kusiło, ale zrobiła się i tak długa kolejka za nami... dałam sobie spokój. Może następnym razem?

Artur w akcji:



Monika naciąga...., mierzy.... i tak dzisięć razy:



I Małgosia... jej poszło najlepiej!



Trafiła samą dziesiątkę! Co prawda jeden raz, ale facet pochwalił ją za koncentrację i dobre mierzenie i wypuszczanie strzał.



Po łucznictwie dzieciaki pobawiły się jeszcze na placu zabaw, a potem, spacerkiem, skierowaliśmy się do kawiarni i sklepiku z pamiątkami., gdzie zakupiłam kilka drobiazgów i to:



W trakcie picia herbaty zorientowaliśmy się, że to już prawie 18! Pół dnia przeleciało nam jak chwila.