niedziela, 3 maja 2015

Ogród kwietniowy



Trochę z opóźnieniem, ale piszę o moim ogrodzie w kwietniu. Wysokie temperatury w pierwszej połowie i spora dawka deszczu sprawiły, że wszystko zaczęło momentalnie "kipieć zielenią". Potem przyszły chłody i to spowolniło rozwój pąków. Mimo wszystko, ogród zaczyna pokazywać kolejne kolory:

Powojnik 'Polish Spirit' przycięłam w marcu na 20cm nad ziemią, teraz pędy już przerosły mnie i dążą do szczytu ogrodzenia. Mam nadzieję na powódź fioletowych kwiatów w sierpniu. W tamtym roku kwitł słabiej, ponieważ zawahałam się i zostawiłam półmetrowe pędy.



Natomiast Powojnik górski już rozwija pierwsze pąki. Za chwilę zawiśnie na płocie różową chmurą kwiatów. W pojedynkę nie są aż tak dekoracyjne, ale w setkach... robią wrażenie.



Gdzieś na dole, białozielona odmiana mięty, powoli zaczyna się rozrastać. Traktuję ją jako dekorację bardziej niż zioło, bo nie do końca odpowiada mi jej aromat.



Goździki, które ukorzeniłam w tamtym roku, powoli rozwijają pąki. Potraktowałam je trochę jako wyzwanie i eksperyment. Ukorzenienie nie sprawiło najmniejszych problemów, natomiast zastanawiałam się, czy przetrwają naszą zimę. Przeżyły, bez najmniejszej interwencji z mojej strony. Nie nadają się jednak do dekoracji ogrodu; sa dobre do wazonów i tyle.



Groszek pachnący należało już wziąć w ryzy, bo zaczynał się pokładać na trawniku i oplatać na wszystkim, co znalazło się w zasięgu jego wąsów. . Teraz pnie się w górę, w granicach bambusowego stożka.



Ostróżki przywiązałam do palików akurat na czas. Kilka dni temu wiatry zapewne połamałyby wysokie i kruche pędy. Dzięki mocowaniom ostróżki wciąż prosto rosną. Za jakiś czas będą wymagały ponownego wiązania, gdyż ich półtorametrowe pędy kwiatowe nie utrzymałyby pionu przy tutejszych wiatrach.




Orliki za to są całkowicie bezpieczne. Niektóre dopiero w pąkach...



...inne już kwitną:






Całkiem na dole, pod wciąż zielonymi liśćmi żonkili, rosną sobie aksamitki. W tej chwili mają po jednym pąku, ale za jakiś czas wypełnią przestrzeń po żonkilach:



Tymczasem maj się zaczął i pogoda idzie ku lepszemu. Dla nas będzie to bardzo intensywny czas. W szkole wiele przygotowań do testów końcowych; pierwsze oznaki zbliżającego się końca roku szkolnego.
Gosia i Monika miały już robione zdjęcia w szkole, w ostatnim tygodniu dostałam próbkę z cennikiem. Izabela będzie miała sesję fotograficzną w przedszklu pod koniec maja.
Dla mnie jest to czas, kiedy zaczynam myśleć o drobnych upominkach na koniec roku szkolnego. Szkoła polska, szkoła irlandzka, przedszkole... jest o czym myśleć!

piątek, 1 maja 2015

W końcu wiszą!




Rok temu trafiłam na dwa obrazy olejne, w bardziej niż bardzo, przystępnej cenie. Oczywiście sprawa wyglądała tak, że najpierw przyciągnęły moją uwagę, a potem poszłam się pytać o cenę, po czym za kilka minut, szczęśliwa, pakowałam je do auta. 
W domu musiałam je nieco odkurzyć i... pozostało tylko znaleźć miejsce(już po drodze do domu wiedziałam, gdzie zawisną) i wbić gwoździe w ścianę. Ostatni punkt okazał się najbardziej czasochłonny. Rok minął, no prawie rok, aż podczas ostatniej bytności naszego sąsiada stolarza, w końcu obrazy znalazły się na ścianie. Teraz pozostaje mi tylko zamalować wzór, który jest poniżej obrazu. To nastąpi już wkrótce - taką mam nadzieję, bo małżonek psychicznie jest już nastawiony na odnawianie korytarza. 



W miejscu drugiego obrazu zawisł kolejny olej, który zakupiłam ostatnio. Jego poprzednik powędrował na dół i zawisł tuż przy wejściu. Żeby jednak tak móc się pojawić, zniknąć musiał malunek ogromnego kwiatu. Malowałam go kilka lat temu, a teraz zamalowywałam dwa dni. Najpierw dwie warstwy białej farby, a następnego dnia - dwie warstwy żółtej. Już jest niewidoczny.


Ciekawe czy zamalowanie żółtego wzory będzie równie czasochłonne?

Wróćmy jednak do obrazu. Wisi na kompletnie żółciutkiej ścianie.


Tutaj wspomniany wcześniej, trzeci obraz.


Wszystkie trzy obrazy są całkiem pokaźnych rozmiarów. Przyciągają uwagę zaraz po wejściu do domu.

W łazience zawisłaz kolei kolekcja perminów. Te czekały 7 lub 8 lat na oprawienie. Wyszyłam je gdzieś w początkach naszego pobytu w Irlandii, kiedy jeszcze myśleliśmy, że 2-4 lata i wrócimy do Polski. Nie oprawiałam wtedy prac, tylko wkładałam do szuflady. I tak sobie przeleżały.
Ostatnio przypomaniałam sobie o nich, a wszystko za sprawą wspomnianej obecności stolarza, który wymienił mi zwykłe lustro łazienkowe na kryształowe, które co prawda wisiało, ale kompletnie schowane, jako że w pokoju pojawiła się ogromna szafa. Mieć piękne lustro i je chować... bez sensu. Decyzja zapadła i lustro wisi. A obok lustra trzy obrazki:



Na haft czeka jeszcze dwa schematy z kompletu, które dopełniłyby całości.



Był czas, że lubiłam wyszywać perminy, zwłaszcza monochromatyczne. Powstało jeszcze kilka w tematyce chińskiej, w kolorze niebieskim, ale wszystkie powędrowały w świat.




Zdjęcia powychodziły jakoś śmiesznie, ale obrazki już były na ścianie, a ja, jak zawsze, spieszyłam się i już ich nie zdejmowałam.



Pozostaje mi chwycić za igłę i doszyć kolejne dwa, bo nawet ramki mam do kompletu!

środa, 29 kwietnia 2015

WDiC




...z Maknetą.



Ponownie przyłączam się do akcji. Poprzednio jakoś zabrakło mi dni i dwa tygodnie zleciały nie wiedzieć kiedy.

Co u mnie na tapecie?


Tuż po świętach zamówiłam sobie książki w bibliotece, a wczoraj dostałam sms-a, że już są do odebrania:



Za namową innych czytelniczek wybrałam: "Dracula"(chyba ten sam tytuł w PL) B. Stokera i "Fall of giants"(Upadek gigantów) K. Folleta. Gosia zobaczyła tę drugą książkę i aż oczy jej się rozszerzyły. Zapytała: ile to ma stron? - ja jej na to - tylko 900. Takie książki jeszcze ją przerażają, a ja lubię opasłe tomiszcza. Przynajmniej z bohaterami nie rozstaje się człowiek za szybko.

W robótkach dużo pierdułek pozaczynanych, ponieważ taki mam plan: podgonić drobiazgi na drutach i szydełku, przygotować je do dalszej szyciowej obróbki, kiedy będzie padać. Padać ma natomiast do następnego tygodnia; oczywiście nie tak non-stop, ale dużo.



Wzór kwiatuszków(można je dziergać w jednym kolorze) od razu chwycił moje oko. Jeśli interesują Was piękne i prościutkie wzory, to zajrzyjcie na tę stronę. Warto. To tam znalazłam wzór kwiatków.


Jeszcze nie są idealne, ale pracuję nad techniką.

Do tego dwa suwaczki obrobione i przygotowane do dalszego działania:



I tyle z dziergadeł. No może poza drobiazgami. Gdzieś tam cały czas, w tle, można rzec, szydełkuje się serweta w serca. Obrus ze wstawką szydełkową na razie wrzucony do koszyka, bo mnie strasznie zdenerwował!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Projekt szkolny


Nie ma to jak projekty na ostatnią chwilę. Pokaz mody z lat 20, 30, 40, itd. Pani powiedziała: może rodzice mają jakieś ubrania? Może coś się znajdzie w SH? Z taką rewelacją przyszła Gosia do domu. Panna miała w głowie, że uszyję jej suknię z 1900 roku, długą, obfitą, dopasowaną w części górnej, itp. Na to nie miałam czasu, materiałów i pomysłu. Stanęło na najprostszym: power flower.

Projekt na godzinkę, gdyby wyciągnąć maszynę. Nie chciało mi się jednak rozkładać tego wszystkiego i postawiłam na szycie ręczne, tym bardziej, że przy okazji oglądałam program "Dzika Skandynawia" na NG.


Szycie to prowizorka, ale na jeden pokaz w klasie nie chciało mi się aż tak bardzo starać.
Do wykonania stroju wykorzystałam dwie pary legginsów(czarne i niebieskie) oraz moją sukienkę w kwiatki i bluzeczkę letnią Gosi.



Spodnie dzwony to pół legginsów i dół sukienki zamieniony na nogawki. Góra stroju to legginsy przekształcone w bluzkę z doszytą plisą, którą ostatecznie pocięłam na paseczki; Nogawki legginsów tworzą rękawy, do których doszyłam falbany z pociętego T-shirtu. Dekolt wykończyłam tym, co zostało z mojej sukienki.


Oczywiście nie mogło zabraknąć napisu. Na nieszczęście, PEACE był za długi i musiał wystarczyć LOVE. Artur skrytykował czarny kolor, ale nie mogłam psuć dobrych, jasnych legginsów(Monika i tak zadba o to bardzo szybko), więc stanęło na czarnych.  W sumie chodzi o ideę, a nie dokładne odwzorowanie strojów.



Nogawki miękko układają się w dzwony, ale są dość długie. Mam nadzieję, że Gosia nie wywali się na pokazie. Pozostały jeszcze buty....



sobota, 25 kwietnia 2015

O pięciolatce i o kąpaniu książki




Izabela skończyła 5 lat! Nastąpiło to 20 kwietnia, czyli prawie tydzień temu. Mieliśmy bardzo gorący okres, więc tort niestety, ale musiał wystarczyć lodowy, ze sklepu.

Ponieważ celebrowaliśmy urodzinki wczesnym rankiem, zdjęcia słabe. Do tego Iza pospieszyła się ze zdmuchiwaniem świeczek...




Gosia i Monika postanowiły kupić coś Izie w prezencie. Wybrały pieniądze ze skarbonek i w sklepie wybrały pluszka - delfina; Iza ma fisia na punkcie delfinów. Mogą być wszędzie i w każdym kolorze!



Do tego dostała książkę z zagadkami i zadaniami do zrobienia. Wszystko w tematyce najnowszych Barbie


Radości było ogrom, a ja, przyznaję, byłam dumna z moich starszych, które z własnej woli, bez podsuwania jakichkolwiek pomysłów, zdecydowały, że chcą kupić coś dla swojej najmłodszej siostry.


Izabelka chodzi dumna, że już ma 5 lat! Bardzo chciałaby zacząć szkołę ze starszymi - i od września zacznie - martwi ją tylko to, że będzie musiała wstawać wcześniej. Jako jedyna z całej trójki lubi sobie pospać. Już jako niemowlak wykazywała takie skłonności, kiedy dwie starsze, w czasach pieluszkowych i później, potrafiły zaczynać dzień o 5 rano. I stawało się to rutyną, co dla mnie było straszne! Iza z kolei zawsze preferowała poleżenie, pospanie, poprzytulanie się, trochę dłuższe niż normalnie.



O kąpaniu książki będzie....
Zakupiłam sobie "The cold moon" J. Daever'a (wydanie polskie "Zegarmistrz")



Tak mnie wciągnęło czytanie, że zabrałam książkę do łazienki i... nie, nie czytałam jej w wannie! Kiedy już miałam zacząć, przyszedł Artur i zaczęliśmy rozmawiać, więc książka leżała spokojnie na parapecie. Po kąpieli, zupełnie nie wiem dlaczego, położyłam książkę na krawędzi wanny, rozłożoną w miejscu, w którym skończyłam czytanie.... Oczywiście wpadła do wody, ogłaszając to głuchym plaśnięciem. Błyskawicznie chwyciłam ją i wyciągnęłam, ale większa część kartek już nasiąkła. Ponieważ byłam zdesperowana, czym prędzej pobiegłam na dół, pocięłam gazetę i zaczęłam przekładać strony.
Tak wyglądała książka następnego dnia:



Oczywiście zaraz wieczorem czytałam dalej, przekładając mokre kartki; kolejnego dnia wszystko się sypało, jako że produkt był klejony i nie wytrzymał kąpieli.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Wicklow Gap, Miners Road, Co. Wicklow część 2



Druga część wycieczki w Górach Wicklow. Etap nieco trudniejszy - tak myślałam na początku, mając na uwadze dzieci, szczególnie 5-letnią Izabelkę. Okazało się, że nie straszne im żadne góry, żadne głazy i wąskie ścieżki.

Gosia pozostawała w tyle, razem ze mną, odpoczywając za każdym razem, kiedy ja skupiałam się na zdjęciach.



Po drodze mijaliśmy ze dwa maleńkie strumienie; dla dziewczyn, przechodzenie po kamieniach nad wodą, było największą frajdą!



Wysoko, nieco po prawej, widac białe plamki; są to dwa wodospady do których nie dotarliśmy, bo Artur obrał drogę na szczyt. Natomiast po lewej widać granicę koryta rzeki górskiej, kiedy jest ona pełna wody. W tej chwili szumiało jej tylko trochę na kamienistym dnie...



...tam, gdzie spływała z większych głazów, tworzyły się mini wodospady, takie dla wróżek i skrzatów:)



Patrząc wstecz.... jezioro coraz dalej, my coraz wyżej.



Chwila odpoczynku na łyk wody i na zdjęcia. Monika nie leniła się, tylko stukała kamieniem w kamień, aby pozostawić swój ślad:) twierdziła, że jak następnym razem tu będzie, to na pewno znajdzie tę delikatną, białą kreseczkę, którą udało jej się wykuć w granicie. Iza też nie mogła usiedzieć na miejscu, skakała między skałami w poszukiwaniu... no właśnie, czego? Sama nie wiedziała.



Tutaj zdecydowanie lepiej widać koryto rzeki, w tej chwili prawie suche:



I szczyty, do których coraz bliżej... Po tych pionowych skałach wspinała się czwórka ludzi. Z naszej perspektywy wyglądali jak mróweczki i tylko dzięki jaskrawym kurtkom, które mieli, udało się nam ich przypadkowo wypatrzeć.



Iza i Monika na czele wyprawy!


Podczas tej wędrówki na szlaku, spotkaliśmy jeszcze dwójkę dzieciaków z rodzicami. Poza tym wspinali się tylko dorośli. Monika oświadczyła z dumą, że w takim razie one są już w stopniu zaawansowanym w chodzeniu po górach!




Krajobraz na razie smętny, szaro-żółto-bury. Gdybyśmy przyjechali tu w maju, wszystko ożyłoby dzięki dzieleni. Nie wykluczam, że wrócimy w to miejsce, bo bardzo nam się podobało. Poza tym chcielibyśmy dotrzeć do samego końca, czyli wejść na górę, gdzie biegnie trasa, którą jedziemy do doliny.
Artur żałuje, że samochód sam nie może wrócić z parkingu i czekać na nas na górze:) Moglibyśmy wtedy zrobić jeszcze jeden spacer, a tak...



...czekała nas droga powrotna w dół i martwiłam się tylko o to, żeby żadna z nich nie skręciła nogi między skałami.
Zauważcie, jak prawie puste koryto rzeki, które pokazywałam wcześniej, w dole już zapełnia się i wpada do jeziora całkiem sporą szerokością.



Artur był bardzo niezadowolony, że nie doszliśmy na górę. Iza i Monika na pewno dałyby radę, bo dosłownie frunęły po ścieżce. To Małgosia marudziła i w pewnej chwili miałam już dość ciągłego ponaglania, proszenia i zapewniania, że to już niedaleko. Nie wiem dlaczego tak zaczęła kaprysić? Może silny wiatr, który z każdym metrem się wzmagał, tak na nią wpłynął? W każdym razie zdecydowałam, że zawracamy.



Zeszliśmy na dół bez przygód. Ot, ze dwa czy trzy razy najmłodsza się pośliznęła na kamieniu, potem Monika zjechała na siedzeniu, ale obyło się bez obrażeń i płaczu. Dzieci miały solidne adidasy na nogach i tylko cieniutkich wiatrówek nam brakowało, bo wiatr naprawdę przewiewał wszystko.

Urok meandrów rzeki:



A tutaj znak, tuż przed szlakiem górskim, informujący o końcu trasy spacerowej:



I pomyśleć, że taki wysoki Artur, jest taki maleńki na tle gór, bardzo niskich gór:



Energia nie opuszczałą dziewczyn; już nie szły wytyczoną trasą, tylko znajdowały swoją własną, miedzy skałami. Oczywiście pozwalaliśmy im na to na własne ryzyko i niektórzy patrzyli na to krytycznym wzrokiem, ale kiedy dzieci mają się nauczyć, że w górach jest niebezpiecznie?



Mikroskopijna Iza na skałach:


Po szaleństwach postanowiła jednak odpocząć przez minutę i pozowała do zdjęć.



A tu taki napis:




I na koniec to, co zafascynowało dzieci: Moniki cień w okularach. Iza stwierdziła, że Monika ma dziurę w głowie i słońce przez nią świeci:) Nic innego na razie do niej nie trafia, choć dziury nie widzi.