czwartek, 27 sierpnia 2015

Podkładki pod kubki



Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa pod poprzednim postem. Może to złe podejście, ale dobrze jest wiedzieć, że jest się w grupie, a nie samemu :) Małe dzieci, mały kłopot.... a dzieci rosną. Kłopoty też. Na szczęście wszystko zostało zażegnane, tak myślę... taką mam nadzieję.



Teraz już tematycznie.

Z potrzeby chwili powstały podkładki pod kubki. Jeansowe już pokazywałam, z tym że zaraz po zrobieniu, na szybko. Po jakimś czasie stwierdziłam, że czegoś im brakuje...



...dodałam zatem kwiatek i listki. Ozdoba ma to do siebie, że zakrywa również miejsce łączenia i wyrównuje koło.



Po pierwszych poszły następne:



...i jeszcze jedne.



Szycie ręczne było mozolne, bo materiały okazały się niezwykle twarde po skręceniu i wbijanie igły nie było takie proste. Stąd w komlpetach tylko po 3 podkładki.



I na koniec próbna opaska. Uszyłam ją z końcówki bawełnianego materiału, żeby zobaczyć czy zda egzamin. Monika zaprezentowała opaskę na sobie:




...i tylko tyle ją widziałam. Przyjaciółka Moniki zaanektowała ją w następnej chwili i opaska wywędrowała do domu znajomych :)
Plus jest taki, że wiem już jak ją zrobić, i że naprawdę dobrze się trzyma na głowie i.... co najważniejsze: robi się ją w 5 minut.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Miał być nowy post




...ale najstarsza(wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką) dostarczyły nam tyle emocji, tyle wrażeń, że już nie mam siły na nic więcej. Na pewno ten dzień, a w zasadzie wieczór, oboje z mężem zapamiętamy na długo! Młoda jest uziemiona na bardzo długi czas.... jeszcze nawet nie podjęliśmy decyzji na jak długi.

Ech, zaczyna się....

niedziela, 23 sierpnia 2015

Przegląd wycieczek tygodnia




....czyli wizyta naszych przyjaciół w pigułce...

Jak już wypożyczyliśmy auto, to oczywiście Dublin...

 
...gdzie zjedliśmy coś i przeszliśmy się uliczkami miasta. Czas nas gonił, więc tuż przed 22 wyjechaliśmy do nas, na wieś.




Pierwszy dzień to Lullymore, torfowiska i dzień pełen rozrywek dla dzieci.



Potem był zamek Bunratty w hrabstwie Clare:


...zwiedzanie jego wnętrz i wiele innych atrakcji:


...wycieczka była niezwykle udana:



...a potem Klify Moheru:



...niezwykłe, potężne...



Było wybrzeże hrabstwa Clare i jego plaże:


Pogoda nawet prawie nam sprzyjała... mogło być znacznie gorzej...



Następnie Góry Wicklow i Glendalough Gap:



...ogrody Powerscourt, to kolejny przystanek...



I na koniec dużych wycieczek: Rock of Cashel:


Już niedługo więcej zdjęć i rozwinięcie tematu.

niedziela, 16 sierpnia 2015

A w ogrodzie purpura



W tym roku ominęła mnie pełnia kwitnienia groszku pachnącego i purpurowego powojnika, jednego z moich ulubionych. Po powrocie z wakacji już tylko cześć gałęzi była obsypana kwiatami:




Mimoza Meczennica(przepraszam za pomyłkę! nie wiem, o czym myślałam, kiedy pisałam ten post) zaczyna myślec o kwitnieniu, zawiązała mnóstwo pąków, więc zobaczymy, jak to będzie dalej wyglądać:



Jak już wspominałam, groszek prawie przekwitł; co prawda gdzieś tam wciąż wypuszcza nowe pąki, ale jest to na razie jakaś drobnica w porównanniu z tym, co było w pierwszej fazie.




Krokosmia ogrodowa ma coraza więcej czerwieniejących "piórek", które rozwiną się w piękne, ceglastoczerwone kwiaty:



Tymczasem wielkokwiatowy powojnik zdobią pierzaste kulki pozostałe po opadnięciu płatków kwiatowych:



Agapant zaczyna cieszyć oko swym błekitem:



...z dnia na dzień rozwija więcej kwiatów:



...które dodają niebieskiego błysku mojemu kącikowi:



Lwie paszcze są odwiedzane przez trzmiele. Dzięki swemu ciężarowi potrafią zapylić tego typu kwiaty:



....




...płatki odchylają się....


...trzmiel wchodzi do wnętrza...




...zbiera pyłek i już :)



 Przed nami pracowity, wycieczkowy tydzień! Już dziś przylatuje do nas moja przyjaciółka z rodziną i zaczynamy objazd Irlandii. Miejmy nadzieję, że pogoda nam dopisze.

piątek, 14 sierpnia 2015

Warszawa....


Nasz spacer Krakowskim Przedmieściem zakończył się maleńką sesją zdjęciową. Chciałam "przywieźć" trochę stolicy do nas, chciałam, żeby dzieci miały możliwość przeglądania zdjęć i kodowania w głowach pewnych miejsc, które my tak dobrze znamy.





Choć nie wszystkie ujęcia są najszczęśliwsze, to jednak dla nas najważniejsza jest chwila i wspomnienia...




Sama spędziłam w Warszawie 7 lat i w pewnym momencie stała się "moim miastem", które mnie ciągnęło i czarowało. W Warszawie poznałam mojego męża...



Jako studentka, miałam bilet kwartalny, który pozwalał na nieograniczone podróżowanie wszystkimi środkami transportu. Dzięki temu jeździłam, oglądałam, chłonęłam miasto.




Po ponad 10 latach, kiedy wpadałam do Polski tylko na wakacje, kiedy nie miałam czasu na takie spacery, teraz znowu poczułam tę magię! Chodząc po starych uliczkach, budziły się dawne wspomnienia, tym cenniejsze, że dostałam tylko chwilę i próbowałam ją wykorzystać jak najintensywniej. Nawet upały nie były nam straszne!




Stary Rynek ma swój nieodparty urok, nawet jeśli przepełniony jest turystami od rana do późnej nocy. W nocy wygląda trochę inaczej; niby gwarnie, ale spokojniej. Dzieciaki miały okazję zobaczyć oświetlone kamieniczki nocą, bo wracaliśmy około północy z pokazu "Światła wody" na Podzamczu.


Kiedy było się studentem, przychodziło się tu na jedno, czasem, w porywach szaleństwa(wszak ceny były magiczne!), na dwa piwa; pite były niemalże z namaszczeniem i na pewno z wykorzystaniem czasu :)


Przyjemnie zaskoczyło mnie to, że remontowane kamieniczki, nie są zakrywane wielkimi, krzyczącymi reklamami, a dyskretną, zieloną siatką. To wiele zmienia, bardzo wiele.



Generalnie Warszawa zaskakuje swoim rozwojem, rozbudową... Jazda metrem była kiedyś - i nadal jest - czystą przyjemnością. Oczywiście pomijam to, że ranki i godziny szczytu to już zupełnie inna historia :) Druga nitka metra to już totalna rozpusta, jak dla mnie; kiedyś była tylko jedna, zaczynała się na Kabatach, a kończyła w Centrum, trochę później na Placu Bankowym. Teraz biegnie dużo, dużo dalej.




Pewnie patrzę na wszystko nieobiektywnie. Zapewne teraz, mając dzieci, byłabym wściekła, kiedy miałabym codziennie jeździć, tak, jak jeździłam kiedyś, z jednego końca miasta w drugi.... Będąc wolnym, mając na głowie tylko studia i pracę, patrzyło się na wszystko zupełnie inaczej i takie właśnie wspomnienia mam gdzieś głęboko ukryte...

Zapewne moje wspomnienia z Warszawy mogłabym zamknąć w słowach piosenki Czesława Niemena:

"Mam, tak samo jak Ty,
Miasto moje, a w nim
Najpiękniejszy mój świat,
Najpiękniejsze dni
Zostawiłem tam kolorowe sny.




Kiedyś zatrzymam czas
I na skrzydłach, jak ptak
będę leciał co sił
tam, gdzie moje sny
i warszawskie kolorowe dni.



Gdybyś ujrzeć chciał
nadwiślański świt,
już dziś wyruszaj ze mną tam.
Zobaczysz, jak przywita pięknie nas
warszawski dzień...."


wtorek, 11 sierpnia 2015

Recyclingowe pudełka




...w końcu wyschły i można je zaprezentować.


Spodnie jeansowe pocięte, paski posztukowane, żeby nie było tak idealnie gładko...




Wszystkie kanty oklejone delikatnym płótnem(z poszewki) w kolorze podobnym do głównego materiału.
Haft to po prostu za małe jeansy Izabeli. W końcu się przydały :) Najczęściej zbyt małe ubrania oddaję znajomym lub do SH, ale kiedy już mają plamy, dziury, itp., próbuję zrobić coś z nimi.



Stare, porysowane płyty dziewczyny wykorzstały do zrobienia "suncatcherów" czyli łapaczy słońca,w  wolnym tłumaczeniu :) Użyłyśmy kleju PVA, brokatu i kolorowych szkiełek.

Jedna strona:



...i druga:



A tak się jeden z nich prezentuje w ogrodzie:





Monika swój oddała przyjaciółce, pozostał jeszcze jeden do zawieszenia. Niedługo wszystkie pójda prawdopodobnie do sypialni dzieciaków, żeby zawisnąć w oknie.


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Emo... zapomniane przez jakiś czas





Może potrzebowaliśmy takiego "odsapnięcia" od tego parku? W końcu ile można tam jeździć? Od wiosny nie zajrzałam do niego, dziewczyny nawet nie chciały słyszeć o piknikowaniu w tamtych rejonach, ale wczoraj pojechaliśmy w końcu na spacer do pobliskiego Emo.


Dziewczyny szalały, rozrywała je energia...



Starsze miały dużo radości w noszeniu młodej:






Zdjecie przy drzewie/na drzewie/w drzewie, bez którego park się nie liczy....



Na szczęście pogoda była ładna. Ciepło, choć pochmurnie, z przyjemnością wędrowaliśmy alejkami.



Na łące ze skoszoną trawą - już prawie sianem - kolejne wygłupy:






W końcu jezioro...




...i trochę wyciszenia.






Iza, na zmianę z Moniką, trzymały aparat i strzelały foty, stąd nawet ja się pojawiłam na zdjęciach :)



...w towarzystwie każdej z nich, bo jakże inaczej?



I ostatnie ujęcie trawników, łąk i lekko pochmurnego nieba....