piątek, 29 kwietnia 2016

Wiosna to czy zima...?


Nie wiadomo, jak to jest. Niby wiosna, ale pogoda zimowa. Grad, grad i grad, temperatury spadaja na potęgę. Moje pelargonie dostały bordowych liści z zimna; żyja oczywiście, tylko troche dziwnie wyglądają. Wszystkie pąki kwiatowe zatrzymane w pół rozkwitnieniu. Zamarły i czekają na rozwój wypadków.

W takim razie nam też nic innego nie pozostaje. I jak to w zimie bywało, zapalam świeczkę i "rozjaśniam" wnętrza mrokiem otulone.



Świeca miała być prezentem, ale została u nas. Przydała się teraz jak najbardziej.




Oprócz zapalonej świecy w pokoju, w kuchni króluje zapach chleba... i w taka pogodę jakoś tak tam pasuje.



...już tylko na zakwasie powstaje i rośnie całkiem neiźle, jak na nasze zimne warunki domowe.



Jak zimno, to miło stopy otulić czymś ciepłym...



Myślałam, że skarpetki będą na zimę, no na jesień, powiedzmy, a dziewczyny zaanektowały je już teraz.

Ta para najmniej udana kolorystycznie, ale wepchnęłam tam wszelkie dziwne włóczki. Służą do spania, więc specjalnie sie kolorami nikt nie przejmuje.



Gosia zabrała te:



A Monika zaklepała szare. Zanim powstał post, skarpetki wykończyłam.


Szarości sa z lekka rozjaśnione niebieskim. Wszystkie użyte włóczki - w obu ostatnich parach - to moher i wełna. Skarpetki sa niesamowicie cieplutkie.


czwartek, 28 kwietnia 2016

Wyjazdowe kwiaty



Rok temu miałam opublikowac ten wpis! Czekał sobie w schowku i czekał. Teraz na niego najwyższa pora, bo niektóre kwiaty już kwitna po raz drugi :)

   Meconopsis cambrica   Mekenops walijski, popularnie nazywany makiem.  






Kolczolist europejski



Cebulica

Alium triquetrum Czosnek trójkątny, pod niektórymi względami przypominający Śniadka zwisłego.



Cerastium arvense - Rogownica polna



Centaurea Nigra - Chaber ciemny






Dziewiećsił bezłodygowy



Jasione montana,  Jasieniec piaskowy, znalazłam dzięki stronie Irish Wildflowers


wtorek, 26 kwietnia 2016

Skalnica i inne atrakcje


W ogrodzie frontowym, ze względu na jego usytuowanie(przewaga słońca i wiatru, sucha gleba) pojawiły sie skalnice. Właśnie zaczynają kwitnąć.


To ich pierwsza wiosna w moim ogrodzie. Za rok, mam nadzieję, będą piękniejsze.



Nie tylko białe kwitną, jest też bordowa, choć tu przypomina raczej różową.


Odmiana pełna żonkili, pięknie, intensywnie pachnąca miała swój szczyt kwitnienia ok połowy kwietnia. Teraz już pozostały pojedyncze kwiaty.





Szachownica w tym roku postanowiła zrezygnować ze wzoru o zakwitła na biało. Jak widać na zdjęcie załapał się też niechciany gość.



Żagwin szaleje! Wchodzi właśnie w pełnię kwitnienia.



Tymczasem funkie nieśmiało budzą się ze snu, a ślimaki tylko na to czekają. Wszystkie potencjalne miejsca, w których pojawią się pędy funkii, obsypałam pokruszonymi skorupkami. To uratowało rośliny, bo 7-10cm młode pąki, po nocy zniknełyby, zjedzone do samego gruntu.



Mięta rozchyla włochate listki.




Niedawno posadzone pelargonie już "rumienią" się pąkami.



Bakopa dopiero urządziła się w donicy i teraz zacznie wzrost. Liczę na jej występ tego lata.


I na koniec kawka na patio! Mąż rozłożył nowo zakupiony stół :) Podobnie jak domowy, rozkłada się od wersji podstawowej na 6 osób, przez 8 do 10 :) Chyba mam jakieś skrzywienie z tymi stołami, ale lubię takie z potencjałem. W tym roku przyda się na pewno, w koncu, jeśli pogoda nam dopisze, przyjęcie częściowo będzie w ogrodzie.


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

I urodziny kolejnej córki już za nami...




Było trochę sprężenia, ale generalnie myśle, że impreza udana.



Izabelka zaprosiła kilkoro dzieci ze szkoły i poza domem zrobiliśmy jej przyjęcie. Dzieciaki wyszlały się w tzw. dziecięcym raju, zjadły przekąski i tort. Przyznam, że pierwszy raz ciasto znikneło w jednej chwili!





Na dziecięce przyjęcia robię od lat ten sam tort - MilkyWay ze strony Moje wypieki. Zawsze cieszy sie powodzeniem, ale pierwszy raz po prostu znikał! I nie jest to mały rozmiar - tortownica ma 32 czy 34cm :)

Na kominku pojawiło sie kilka kartek...



...i balonik od firmy :)




Tymczasem w dniu prawdziwych urodzin, to jest cztery dni wcześniej, w domu mieliśmy małą imprezę:



Testowałam wtedy inny tort, limonkowo-śmietanowy.



Dzieciom absolutnie nie przypadł do gustu. Według mnie jest ok ale bez szału; smak interesujący, tyle że nie dla dzieci.



Teraz jeszcze jedne urodziny, ale wcześniej.... komunia. To już za dwa tygodnie!

czwartek, 21 kwietnia 2016

Codzienność...



....niby tak samo, ale zawsze coś innego; jak to moja sąsiadka stwierdziła: nie może być tak, że wszystko toczy się ustalonym rytmem, zawsze musi być jakaś niespodzianka. Najczęściej taka, że rodzice muszą albo kombinować, co by tu z dziećmi zrobić, kiedy są w pracy, albo wyciągać portfel na kolejne opłaty.

W szkole początek i koniec roku - bo już powoli zbliżamy sie do finiszu! - to czas, kiedy są nawiększe wydatki.
Najstarsza zaczęła teraz kurs pływania(opłata) - dumna niesłychanie, bo zalicza wyższy poziom, którego się bała. Ledwo wysłałam pieniądze na basen, to już musiałam szykować kolejne, na kurs karty rowerowej. Nie powiem, fajna rzecz, bo specjalna firma przywozi kaski, rowery , jednym słowem cały potrzebny sprzęt do szkoły i tam uczą dzieciaki przepisów i prawidłowej jazdy na drodze. Oczywiście to kolejna opłata, a jakże.
Ledwie ochłonęłam przez "łikend", a tu znowu najstarsza przychodzi z wiadomością o wycieczce szkolnej w miejsce, gdzie będą taplać się w błocie i my mamy za to zapłacić :) No nic, jakoś to będzie. Tylko to powiedziałam i Małgosia, i Monika, przyniosły notki o opłacie na książki na kolejny rok.... a szykują się jeszcze przecież kolejne wydatki na wycieczki szkolne dwóch pozostałych dziewczyn... nic, tylko trzymaj się za kieszeń.

W międzyczasie Gosię zaopatrzyliśmy w okulary. Narzekała od jakiegoś czasu, że coś nie tak z jej widzeniem. Okazało się, że potrzebuje okularów - nie mocnych, ale takich, żeby poprawić jej odbiór rzeczywistości, zwłaszcza podczas czytania. Wychodzą tu godziny ślęczenia nad książkami, często w ukryciu przed rodzicami.

Nie mogę wyjść z podziwu, jak Gosia w ostatnim półroczu się zmieniła. Widać to w dobrym i tym złym zachowaniu. U optyka to ona podjęła decyzję, które oprawki chce wziąć. Artur - bo to on tam z nią był - dzwonił, żebym przyszła i interweniowała. Przyszłam, ale tylko po to, żeby się z  nim nie kłócić przez telefon. Uważam, że na tym etapie, Gosia niektóre rzeczy powinna wybierać sama. Mało jeszcze marudzi co do ubrań - a ma juz 12 lat - i większośc to ja kupuję, a ona akceptuje. Powoli jednak to się zmienia i pozwalam jej na pewne decyzje - w granicach rozsądku.
Moje najstarsze dziecko jest zachwycone swoimi okularami. Od razu poczuło się ważniejsze, doroślejsze i jakoś tak inaczej się zachowuje.



W momencie zaczytania nie zauważyła, że robię jej zdjęcia:


Nawet nie zwróciła uwagi, że pstrykam fotki, kiedy przygotowuje sobie jedzenie! Takie zdjęcia na luzie, z Gosią, to wyjątki.




Monika prosiła się o swoje ujęcie i to koniecznie podczas jedzenia :) Monika jeszcze się nie zmienia. Wciąż jest małym, rozbieganym dzieciakiem, który ma niezwykłe predyspozycje matematyczne i kocha wszelkie łamigłówki matematyczne. Do tego chce być małym dzieckiem, które się przytula.



Tymczasem Izabelcia... odkrywa świat książek. Fascynuje ją możliwość, którą odkryła jakiś czas temu. Literki układają się w słowa, a te w zdania! Widzę w niej przyszłą czytelniczkę.




Wzięła się nawet za polski elementarz i początek idzie jej nieźle. Aż żałuję, że nie zapisałam jej do libratusa!



Właśnie, odnośnie libratusa.... wysłaliśmy dokumenty do naszej stacjonarnej szkoły w Polsce, tam je sprawdzili i dziewczyny dostały już dostęp do swoich kont. Mogą zaczynać przerabiać materiał, który pomoże wdrożyć się zarówno im, jak i mnie, w działanie projektu.

Wracając do Izabelki... Straszna z niej gadułka. Ostatnio poszłam do ogromnego sklepu z ubraniami w celu nabycia kiecki na komunię(to już za dwa tygodnie). Wybrałam 4 modele, poszłam do przymierzalni i tu się zaczęło. Tego dnia byłam z Izą i Gosią, obie weszły ze mna do środka. Iza, na cały głos(a w wielkim, prawie pustym pomieszczeniu głos się niesie, zwłaszcza taki donośny) zaczęła komentować moje działania:
-Nie, ta nie jest ładna. Za krótka, prawda mamo? O tu coś wystaje, a co to, moge pociągnąć? O, za ciasna, potrzebujesz większej, bo guzik nie dostaje. Gosia nie zasunie, nie, nie da rady. Musisz mieć duuuużą sukienkę(budujące, prawda?) Ta jest piękna, ma takie koraliki.... Nie podoba ci się? Dlaczego, ja ja lubię. Koraliki cię drapią? Mnie też czasem coś drapie. Myślę, że powinnas ją wziąć, bo taka piękna. O, żadnej nie chcesz? To wiem, co zrobimy! Pójdziemy i wybierzemy kolejne i znowu będziesz przymierzać!

jednak nie... po tych czterech się poddałam i postanowiłam, że albo pójdę w sterej kiecce - w końcu świat się nie zawali, albo przyjadę sama(może z Gosią) i wtedy będę czegoś szukać.
Na razie jestem na etapie trawienia informacji, że albo ja jestem taka gruba, albo oni zaniżają rozmiarówki. Przychylam się do tej drugiej opcji oczywiście, ale nadszedł czas, żebym przyzwyczaiła się do myśli, że nigdy nie byłam fligranowa i nigdy szczupła nie będę. Jak już pogodze się z tym, będzie mi przyjemniej żyć. :)


A tymczasem w kuchni... chleb żytni na zakwasie:



Wiecie, że ja nawet nie wyobrażałam sobie, że coś może wyrosnąć bez wspomagania choćby drożdży? A jednak... Mój chleb jest dość płaski, bo porcję dzielę na dwa szklane naczynia, aby Artur miał podzielniejsze bochenki do pracy. 

W ogrodzie się dzieje, bo temperatury podskoczyły, spędzam więc tam troszkę czasu, żeby wszystko ogarnać. Nadszedł czas systematycznego koszenia trawników. Moja kosiarka potrzebowała naostrzenia noży - po dwóch czy nawet trzech latach intensywnego koszenia naszego ogródka i sąsiedzkiego. Przyszedł sąsiad, żeby pożyczyć sprzęt, jako ze trawa u niego też rośnie tak samo szybko. Usłyszał, że noże są strasznie stępione(że w zasadzie nie były ostrzone od czasu, kiedy on to zrobił), stwierdził, że popatrzy. Jego "patrzenie" skończyło sie tym, że mam wyczyszczoną, naostrzona i z lekka naprawioną kosiarke. A. zapytał, czy nasz sąsiad nie potrzebuje pożyczyć jeszcze czegoś, co przy okazji by naprawił :), na przykład rowerka Izy. Niestety, ten okazał się za mały.

Znikam :)



niedziela, 17 kwietnia 2016

Slieve Bloom Mountains po raz .... kolejny


Tak koło 13, w niedzielę, wybraliśmy sie w nasze pobliskie góry Slive Bloom. Parking był zapełniony po brzegi, a nawet sie przelewało, można powiedzieć. Nie było jednak tak, żeby gdzieś nie upchać auta.
 Po załadowaniu plecaków, dzieci podjęły decyzję, którą ścieżka idziemy i wybrały trasę "naokoło",  a nie "w dół". To są ich własne określenia tamtejszych szlaków, które znaja już na pamięć.

Najpierw drewniana ścieżką przez tereny podmokłe:


Drzewa jeszcze bezlistne, ale za to rysunek pni i faktura kory zastępuje doznania estetyczne związane z zielenią.



Krótkie przystanki w oczekiwaniu na mnie, bo jak to Iza określiła - mama potrzebuje jeszcze jednego zdjęcia pnia.






Popołudniowe słońce dodawało klimatu i tak klimatycznym miejscom:






Zanim wyszliśmy na tę drogę, Izabelka zaliczyła kąpiel w błocie. No cóż... zdarza się. Zanim dotrzemy do auta, wszystko zdąży wyschnąć i odpadnie :)



Wszędzie pełno było maleńkich strumyczków, spływających z wyższych partii gór.



Zaczęliśmy skręcać i schodzić w dół.




Ten etap jest prosty, bo trzeba tylko uważać na mokre i śliskie deski i takie samo podłoże. Generalnie jednak, nawet jeśli  ktoś zaliczy upadek, to wyląduje w krzewinkach wrzosów, więc jeszcze nie tak najgorzej.



Potem zaczęło sie trudniej, bo ścieżka - już głównie gliniasta i mokra od licznych strumyczków, biegła naokoło zbocza góry. W dole płynęła rzeka, dość wartka po deszczach. 



Na zdjęciu widać po prawej stronie trawiasto-krzewinkowe zbocze góry. Można tędy spokojnie zjechać w dół, aczkolwiek nie polecałabym tego nikomu. Dziewczyny zaznajomione z trasą, wiedziały, że muszą tutaj być ostrożne.




Po jakimś czasie znowu było łatwiej. Teraz otaczały nas liczne brzozy.



I tak dotarliśmy do górnego wodospadu, gdzie zatrzymaliśmy się na picie i lekki posiłek.



I zdjęcie tegoż wodospadu, ale z samej góry.



Troszke niżej wygląda już  lepiej, to znaczy tak, jak wodospad powienien wyglądać:


Potem kolejnych kilka "stopni" w dół i kolejny wodospad.



Trzeci już nie załapał się na zdjęcie, bo jakoś tak szybko doszliśmy do skalnego koryta rzeki. Artur przezornie postanowił się tam nie zatrzymywać, żeby dzieci nie skąpały się, jak to było rok temu. Pozwolił im tylko umyć ręce i to wystarczyło. Monika wylądowała siedzeniem w wodzie - lodowatej wodzie!. Nie popłakała się, ale wyciszyła za to do końca wycieczki. Dobrze, że w aucie mam koc. Rozebrała się i owinęła nim, i tak dojechała do domu. Nauka na następny raz: jedziesz w te góry, bierz ubrania na zmianę dla swoich pociech.



Jedno z drzew po zimowych huraganach. Dziewczyny podziwiały jego wielkość. W zasadzie wielkość górnej partii korzeni(najstarsza ma 1.55cm wzrostu, więc podniesiona ziemia jest calkiem spora).


Ten sam "gigant" - określenie moich pociech - z drugiej strony. Wiele takich leżało, bo też ostatnia zima zafundowała nam chyba z 9 solidnych huraganów.



Zdjęć z wycieczki to nie koniec, będzie następna seria, bardziej przyrodnicza, niż rodzinna.