piątek, 31 lipca 2015

Podlaskie klimaty - Leśna Podlaska



Po kilkunastu latach odwiedziłam miejscowość, w której uczęszczałam do szkoły średniej. W '98 opuściłam mury Technikum Ogrodniczego  w Leśnej Podlaskiej i chociaż obiecywałam sobie solennie, że będę odwiedzać szkołę, to aż do tego roku tam się nie zjawiłam.

Dzięki mojej przyjaciółce ze studiów mieliśmy do dyspozycji auto w Polsce i zupełnie spontanicznie wybraliśmy się do Leśnej Podlaskiej.


Tak, jak podejrzewałam, prawie wszystko się zmieniło.... ale klimat miasteczka pozostał.

Kiedy wjechałam do Leśnej pierwszy raz, wioząc dokumenty do szkoły średniej, te ceglane, czewone mury mnie oczarowały. I czar ten pozostał na całe pięć lat, a teraz znów dał o sobie znać.




Część budynków podupadła, ale wciąż mają dla mnie wiele uroku; pewnie dlatego, że wiążą się z nimi bardzo miłe wspomnienia.



Budynek szkoły został odnowiony... nie wiem, jak jest w środku, bo było zamknięte. Ogrody, które zakładaliśmy, teraz kipią zielenią i kolorami...




Ogród różany czaruje kolorami, a wiatr przenosi wonie róż, otula nimi i próbuje zatrzymac na dłużej przy sobie:




W tle kościół - obecnie odnawiany - Bazylika Mniejsza. W środku przepiękne freski! Tuż obok kościoła mieści się klasztor Paulinów. Za naszych czasów, zakonnicy bardzo ściśle współpracowali ze szkołą, internatem i młodzieżą. Dzięki nim mieliśmy wiele wyjazdów, atrakcji. Organizowali dyskoteki na terenie klasztoru, w specjalnych salach, założyli koło teatralne (w którym uczestniczyłam aktywnie, muszę się pochwalić), zespół muzyczny, organizowali praktyki zawodowe w swoich ogrodach dla części uczniów, głównie Technikum Ogrodniczego, itd.... Nie wiem, jak jest teraz, ale "parę lat temu" było naprawdę przyjmnie.







Tuż za murami klasztoru, zaraz za fosą, Domek Modrzewiowy. Obecnie niezamieszkany, ale dawniej wynajmowany był dla rodziny pracowników szkolnych.


Ciekawe, czy coś z nim będą robić, czy pozostanie zamknięty...



Piękne detale, z których tylko jeden uchwyciłam:



Brama prowadząca do parku została uzupełniona - dawniej był tam po prostu wjazd. Płot pomalowany... Parku już nie zwiedziliśmy, wydawał się z lekka zaniedbany, zarośnięty. Szkoda, bo było to miejsce spacerów przez okrągły rok. Szkoła, w okresie wiosennym, robiła porządki podczas praktyk zawodowych. Jak to wygląda w chwili obecnej, nie mam pojęcia.



Izabelka skorzystała z wody ze źródełka...



Nie spotkałam się z nikim. Na chwilę dosłownie - 10 minut może, wpadłam do mojej byłej nauczycielki WF-u. Nie dzwoniłam do nikogo, nie pisałam, bo wyjazd był bardzo spontaniczny i decyzja o nim zapadła w ciągu 10 minut. Obiecałam koleżance z klasy(mieszkjącej niedaleko Leśnej Podl), że następnym razem się spotkamy. I naprawdę mam nadzieję, że uda się nam to zorganizować :)


Podczas podróży do i z Leśnej, na niebie pływały przepiękne, białe obłoczki.....




...których tutaj, w Irlandii, za wiele nie mamy.




Część "podlaską" naszego pobytu w Polsce prawie zakończyłam.

wtorek, 28 lipca 2015

Podlaskie klimaty




Podlaskie, chociaż od lat już należymy do Lubelszczyzny, to w głowie wciąż mam zakodowane, że było to województwo bialskopodlaskie. Tak mnie nauczono i tak mi jakoś wciąż się po głowie pałęta. Zatem... podlaskie klimaty na zdjęciach....

Wybraliśmy się z mężem na spacer... tylko we dwoje! aż tak dziwnie było, musze przyznać. Od lat zawsze ktoś nam towarzyszył: dzieci, rodzina, rodzina i dzieci.... a tutaj tylko my. Jak za czasów, kiedy spotykaliśmy się ze soba :) Powędrowaliśmy sobie wśród pól, choć w powietrzu wisiał deszcz... Akurat może mało to widać na poniższym zdjęciu, ale tak było.




Ta nieograniczona przestrzeń, polna falujące łany i lasy...



Las brzozowy, który pamiętam od dzieciństwa: najwcześniej się zielenił na wiosnę i najszybciej złocił jesienią.



Złote zboża i cykanie świerszczy i koników polnych. Swego czasu taki jeden czy dwa świerszcze, zamieszkały na naszym podwórku. Ależ to były koncerty! Granie koników polnych przy tym gasło.



Kiedy wracaliśmy do domu, dziewczyny buszowały(nie w zbożu, nie w jęczmieniu) w malinach. Poszły na spacer z ciocią, ale wypatrzyły nas. I tylko łan dojrzewającego zboża i krzyk cioci: nie wolno! - je zatrzymał, bo w innej sytuacji na pewno by do nas dołączyły.



Piaszczyste drogi, olchy i tylko wierzb, które kiedyś tu rosły, brak.



Za to przywitały nas bociany. Długo, długo stały, pozwoliły się obfocić, po czym, nagle oba zerwały się i odleciały.



Nie poszliśmy na więcej spacerów, bo i pobyt nasz był krótki i obfitował w inne wydarzenia, takie jak ślub brata, odwiedziny mojej szkoły średniej, grile i spotkania z rodziną. Cieszę się jednak ogromnie, że mieliśmy czas dla siebie i tylko dla siebie. To wyjątkowe uczucie :)



Napisano do mnie w komentarzu o akcji pomocy dla chorej Nikoli. Wstawiam link do strony siepomaga  wystarczy kliknąć na nazwę. Akcja trwa do 1 września 2015 roku.


niedziela, 26 lipca 2015

Irlandia przywitała nas deszczem...




...i chłodem, czyli wszystko jest tak, jak być powinno.



Wracając z Polski, z 35 stopni do 15-17, odczuliśmy różnicę od pierwszej chwili. Na szczęście auto czekało na nas w całości, dzieciaki wskoczyły do środka, chwyciły swoje misie(które pilnowały samochodu na parkingu lotniskowym), otuliły się kocem i od razu poszły spać.



Dziś umieszczam pierwszy, bardzo ogólny wpis, po 3 tygodniowej przerwie. Szerzej będzie niedługo; teraz muszę ogarnąć dom i bagaże, wrócić do rzeczywistości, przygotować dzieci do szkoły, itp.

Byliśmy w Wilanowie, niestety, nadchodząca burza nie pozwoliła nam zostać tam długo. Zrobiłam dosłownie kilka zdjęć.



Odwiedziliśmy Centrum Nauki Kopernika, a przy okazji dziewczyny przywitały się z Syreną nad Wisłą:



Wędrowaliśmy po Starówce...



Pojechałam do Leśnej Podlaskiej, gdzie "parę lat temu" uczęszczałam do Technikum Ogrodniczego.


Spędzaliśmy leniwie czas na wsi w Białce....



I oczywiście.... bawiliśmy się przednio na weselu mojego brata:









...ale o wszystkim będzie więcej i szerzej w swoim czasie.





Trzy tygodnie w Polsce upłynęły jak chwila, dosłownie! Czas spędziliśmy wspaniale! Zrobiliśmy więcej, niż zamierzaliśmy, choć oczywiście nie udało się spotkać ze wszystkimi.

Dziękujemy Rodzinie, Przyjaciołom za cudowne przyjęcie! 

sobota, 4 lipca 2015

Na wylocie




Od tygodnia, robiąc pranie, systematycznie odkładałam ubrania na wyjazd. Jadalnia zawalona była pierdułkami, drobiazgami dla znajomych i dla nas.... Plan był taki, żeby w piątek spakować walizki, ale jakoś nie miałam nastroju na takie działanie i dzień minął.

Dziś miałam pospać dłużej, wszak to sobota, a tu mój małżonek o godzinie 8 otworzył oczy i stwierdził, że wstaje, bo on już jest wypoczęty! Jak już wstał, to krzątając się, robił tyle zamieszania, że w końcu sama wstałam i zeszłam na dół na kawę. I tak się zaczął leniwy poranek we dwoje; dzieciaki w łóżkach... aż czasem nie mogę uwierzyć, że już tak jest, że dziewczyny już takie duże!

Coś obejrzeliśmy, zjedliśmy i nagle do Artura dotarło, że mamy urwane zawiasy w furtce(od 4 tygodni!), więc właśnie dziś je naprawi. Oczywiście najpierw trzeba jechać do miasta po potrzebne materiały... potem okazało się, że nie ma wiertła do metalu(typowe, robota rozbabrana, pół korytarza zawalone) więc wszystko leży i czeka... Nic nie mówię, choć podejrzewałam, że tak właśnie to wszystko będzie wyglądać.
Ja zabrałam się w końcu za pakowanie. Bagaż dla pięciu osób, torby podręczne... gdyby nie to, że pakuję nas od zawsze(systematycznie zwiększała się tylko liczba osób) to chyba z lekka bym spanikowała. Po 2 godzinach wszystko było gotowe, odhaczone i nie zapomniane - taką przynajmniej  mam nadzieję.
Teraz siedzę i się relaksuję. Pozostało ostatnie ogarnięcie domu wieczorem i spanie do 2-ej. Jutro, o 7.30 starujemy z Dublina.

Podejrzewam, że jak co roku, nie będę pisać na blogu przez cały pobyt w PL. Zbyt dużo emocji, ekscytacji i rzeczy do robienia. Relacja po powrocie i myślę, że będzie obfita, wszak już na początku jest wesele mojego brata rodzonego :)

Zatem.... do usłyszenia za 3 tygodnie!!!


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tymczasem w ogrodzie...



...czas też nie stoi.

Mój wiciokrzew pachnie nieziemsko, szczególnie rankami i wieczorami.




Ozdabia go cała masa kwiatów, więc jest też z czego ten zapach się unosić.



Niektóre w pąkach lub częściowo rozwinięte, inne w pełni kwitnienia... Marzy mi się - i może kiedyś zrealizuję to marzenie - hamak gdzieś niedaleko wiciokrzewu. Ależ to byłby odpoczynek!



Zaczyna też powoli kwitnąć powojnik 'Jan Paweł II'



Jego pełnia kwitnienia mnie ominie, bo w tym czasie będziemy w Polsce. Mam nadzieję, że chociaż zdążę na kwiaty 'Polish Spirit'



I na froncie 'Rouge Cardinal', który już dzisiaj pokrywa swoją purpurą prawie całą kratkę:



Patrzeć na jego kwiaty, to sama przyjemność!




A dołem, pod ścianą, kwitną dzwonki:



I tylko groszek pachnący jakoś się na nas obraził i ledwo zaczyna zawiązywać pąki; jego pełnia kwitnienia też przypadnie na moją nieobecność... szkoda. Za to rozrósł się w tym roku strasznie! A to tylko jeden krzaczek:



Mam ochotę na posadzenie kalii w moim ogrodzie. Z przodu domu prezentowałaby się genialnie, ale z kolei z tyłu miałaby zaciszniej.... W naszym klimacie Zentedeschia(kalia, centedeskia) ma się dobrze i rozrasta się w piękne krzaczory, ot, takie jak ten:


Miło by było mieć taką jedną u siebie.

piątek, 26 czerwca 2015

Ostatnia porcja szyciowych prezentów


To już ostatni wpis z tej serii. Wszystkie prezenty rozdane, rok szkolny zakończony, wakacje czas zacząć!

Dla Najlepszej Nauczycielki Pod Słońcem - Sheili Jr - 4 dwustronne podkładki na stół:


Każda z troszkę innym motywem przodu i jednakową drugą stroną:



Wzór kwiatowy, romantyczny, pasujący do kuchni właścicielki podkładek:


Do tego 3 - tak wyszło z ilości materiału, ale też pasuje do ilości osób w jej rodzinie - podkładki pod kubki.



Podkładki są również dwustronne:



Dla pozostałych dwóch nauczycielek po komplecie 4 podkładek:




I druga strona, zamszowa:


Kolejny komplet:


Druga strona bieluteńka i zamszowa, więc nie udało mi się jej obfocić na szybko.




Przy pożegnaniu wszyscy się popłakali. Wiedziałam, że tak będzie, więc poczekałam aż pozostali rodzice odbiorą dzieciaki i zostanę sama. Potem Izabela wręczyła każdej z pań torebkę, a ja, choć miałam wszystko, co powiem przygotowane w głowie, nie wydusiłam ani słowa. Sheila seniorka też miała gulę w gardle, bo tylko ściskała mnie, a Rose rozmazywała makijaż, wycierając łzy. Izabelka stała pośród tego, przytulona do Sheili juniorki, nie bardzo wiedząc o co chodzi :) I tak oto zakończyliśmy okres przedszkolny.

A dziś już wszystkie plecaki i torebki śniadaniowe(lunch box) uprane i prawie wysuszone. Książki i zeszyty  spakowane, czekają na wyjście na strych.