niedziela, 26 października 2014

Spacer we mgle




Takie mgliste poranki towarzyszyły nam we wrześniu i październiku. Jeden raz pokusiłam się o zabranie aparatu i pstryknęłam kilka fotek:










Las wyglądał bajecznie:







Słońce próbowało przebić się przez warstwę mgły, ale jego światło było mocno stłumione:






piątek, 24 października 2014

Przebieranki w szkole



Dziś przyjęcie halloweenowe w szkole starszych dzieci.. Ranek znowu w pośpiechu i zdjęcia takie sobie:


Monika, jak zwykle hasająca, podczas robienia zdjęć.



Gosia próbowala pokazać "ciemną stronę księżniczki":





...moim zdaniem wyglada całkiem mrocznie:), tym bardziej z ta woalką:



I razem, w oczekiwaniu na wyjazd do szkoły. dobrze, ze pogoda piękna; mogły wybrac się bez kurtek:



A za tydzień... prawdziwe halloween i całe to szaleństwo!

Wszystkie sukienki uszyłam od podstaw. Jest wiele niedociągnięć, ale robiłam to w pośpiechu i z tylko z materiałów, które już miałam w domu.


czwartek, 23 października 2014

Pierwsze halloweenowe przyjęcie...




...odbywa się dziś w przedszkolu. Izabela była tak podekscytowana, że wstała wcześniej niż zwykle - co w jej przypadku jest niebywałe!



Zdjęcia w świetle porannym, to znaczy sztucznym:)




Musiał być element "ciemnej strony księżniczki", czyli sieci pajęcze, zarówno na stroju...




...jak i makijażu.


Jeszcze zbliżenie małej ozdoby:





I teraz... zajawki kolejnych strojów, które już się prawie uszyły:





...i jutro pójdą w ruch...




...na szkolne przyjęcie. Zobaczymy jak przejdą testy.

wtorek, 21 października 2014

Przygotowania do halloween i nowy nabytek



Już niedługo coroczne święto strachów. Zagrzebana więc jestem w materiałach i innych akcesoriach. Od początku września obiecywałam sobie, ze zaczne wcześniej, a zaczęłam jak zwykle.

Sukienka dla Izy juz prawie gotowa:




Dla Gosi... w totalnym haosie, ale trochę dlatego, że dwa dni jeżdżę do polskiej szkoły z dziewczynami i wracam dopiero bardzo późnym wieczorem. W ciągu pozostałych 3 dni próbuje ogarnąć wszystko, bo weekendy zostawiam dla nas wszystkich, nie planując wielkich zadań.



W oknie powiesiłam już trochę ozdób: duchy z papieru, pająka z balona i kilka nietoperzy.



Tymczasem, w chwilach wolnych od zajęć szyciowych i tym podobnyxh, zajmuję się termomiksem:




To nasz najnowszy nabytek kuchenny z którego jestem zachwycona. Moja przyjaciółka z PL od dawna mi o nim mówiła(sama użytkuje podobny od 7 lat!) i kiedy w wakacje, będąc u niej, zobaczyłam to cudo w akcji... opowiedziałam mężowi i podjęliśmy decyzję o nabyciu jednego.

Dlaczego tak się zachwycam? Otóż ta jedna maszyna łączy w sobie funkcje wszystkich potrzebnych urządzeń w kuchni(co powoduje, że sprzęt nie zajmuje mi półek). Ponieważ mój mikser już ledwo dychał, blender też działał jako tako, a w planach miałam kupno robota wielofunkcyjnego, padło na termomiks.
Oprócz wszystkiego, co mają te najnowsze roboty, ten ma wbudowana wagę, którą tarujemy po dodaniu każdego składnika, miele mięso, przygotowuje lody, gotuje normalnie, np. zupy i sosy(które sam miesza, co w przypadku beszamelowego jest idealne), jak i na parze(ma do tego jeszcze jedną tackę).  Przygotowuje dania piętrowo, więc np. na dole sos, w koszyku wstawionym do metalowej miski: ryż, kaszę, a na górze warzywa na parze.  Ma niesamowitą moc. Surówkę potnie i wymiesza z przyprawami w ciągu 3-4 sekund.Zupełnie gładki mus owocowo warzywny zajmuje mu 40-60 sekund i jest on naprawdę gładki. Miele cukier na puder, wszelkie orzechy i ziarna na mąkę, tak więc można spokojnie mieć mąkę z kaszy gryczanej czy kukurydzianej.

Co jeszcze... Ostatniej soboty, mój niegotujący mąż, zrobił ciasto na ptysie:



...po czym dorobił do nich bitą śmietanę:



Wszystko to dlatego, ze termomiks poprowadził go za rączkę podczas wszystkich czynności. Niewiarygodne! Teraz obiecał, że zrobi tort na moje urodziny:) Z czego mój małżonek jest jeszcze zadowolony? Zawsze ścierał suche bułki na tarce, teraz wrzuca je do miski, włącza na 10 sekund i prawie pół kilograma tartej bułki gotowe. Artur jest przeszczęśliwy!

A poniżej moje smoothie, czyli taki mus owocowo-warzywny:


Do tej pory robiłam blenderem i zajmowało mi to sporo więcej czasu, w dodatku nie było nigdy takie idealne. Zawsze coś po gardle "latało". Osobiście nie bardzo mi to przeszkadzało, ale już moje dzieci nie były skłonne wypić niczego takiego. Teraz... inna bajka. Ten zrobiony jest ze szpinaku, jarmużu, mango, jabłka i cytryny, z dodatkim wody gazowanej.

sobota, 18 października 2014

Jesienna wycieczka



Jeden z wrześniowych weekendów, słoneczny, piękny, warty wybrania się na wycieczkę. Na spokojnie, bez pospiechu, wędrowaliśmy jesiennym, złocistozielonym lasem". Ławeeczka w bukowej alei zaprasza do krótkiego odpoczynku.





Zamyślone, moje najmłodsze maleństwo:




...i uśmiechnięte - najstarsze:




Tuż przed końcem szlaku napotkaliśmy łuk:



Wyglądał czarownie w ciepłych promieniach popołudniowego słońca.








...a potem już ostatnia prosta wśród wysokich drzew...






Zaległe zdjęcie dziewczyn z początku września. Uśmiechnięte, w mundurkach, zaczynają nowy rok szkolny.




Izabela szalejąca na nowej zabawce na placu zabaw. Ponieważ dziewczyny kochaja takie "bujawki", bawiły się na tej chuśtawce przez długi czas. Udawały, że płyną wielkim okrętem, statkiem pirackim, przeżywały całe przygody... Tutaj najmłodsza już sama:





I tu już "rozwiany włos" naszej małej:



sobota, 11 października 2014

Rock of Dunamase, Co. Laoise



Dziś wycieczkowo i dziecięco. Wybraliśmy sie do ruin leżących tuż za płotem, że tak można to ująć, bo tylko 11 mil od naszego domu. Jeśli jest w miarę ciepło i dopisuje pogoda, to miejsce za każdym razem oczarowuje. Byłam tam mnóstwo razy, wożąc wszystkich przyjezdnych i pokazujac ruiny jako atrakcję turystyczną, i wciąż chwytaja mnie za serce.






Widoki z samego szczytu są bowiem niesamowite!






Zielone wzgórza porośnięte lasem lub tylko usiane krzaczkami i pojedynczymi drzewami, pasące się krowy i ta zieleń...


Monika, jak zwykle, przykuca i szuka czegoś w trawie:




W oddali wszystko było jakby lekko zamglone:



Pola już skoszone, niektóre zaorane, tym razem urzekały brązami i beżami:







A rodzinka tymczasem pomykała po skałach i szukała... nie mam pojęcia czego:








Fajnie tak posiedzieć sobie w miejscu, które liczy sobie setki lat:




...powspinać się na resztki murów... i to nie byle jakich!






Mój małzonek chyba koniecznie chciał sprawdzić, jak to jest spadać ze stromego zbocza, po skałach..., Monika niewiele lepsza, bo już przesadzała barierkę!




Jeszcze portret we wnęce...





Zauważcie jak ujęłam Monikę "w locie". Choć z nią o to nietrudno, bo non stop skacze i biega!




A tu już w lesie, o którym następnym razem. Jeszcze tylko dwa portrety najmłodszej:





sobota, 4 października 2014

Clara Valey


Pierwsza część naszej wycieczki w Dolinie Clary odbywała się w terenie prawie płaskim(piszę prawie, bo tak zupełnie płasko to tutaj nigdy nie jest), natomiast w połowie drogi ścieżka zaczęła piąć się w górę. 



Początkowo dzieci były nawet zadowolone, krajobraz się zmieniał, co chwilę jakieś malownicze pniaki, głazy, wrzosy na każdym kroku...




Sierpień to jeden z tych miesięcy, kiedy wrzosowiska wyglądaja chyba najpiękniej. Wszelkie odmiany fioletu oblewają wzgórza i wzgórki...




Monika chyba najbardziej ze wszystkich dziewczyn zachwycała się widokami. Po zaliczeniu każdego wzniesienia odwracała się i podziwiała krajobraz.




Za każdym razem ścieżka niewinnie wznosiła się, aby za chwilę znowu piąć się w górę. Oczywiście nie są to jakies wielkie góry, ale dla małych, 4-letnich nóżek Izabeli, pokonanie 12km w takim terenie stanowi niemały wyczyn!




Na szczęście, po wcześniejszym zachmurzeniu nie było nawet śladu; niebo "zakwitło" białymi obłoczkami i w otoczeniu drzew, zieleni i śpiewu ptaków, maszerowało się naprawdę wspaniale:




Izabela  zaczynała co prawda marudzić, że nóżki, że już nie może iśc dalej, ale każdy kwiatek i ciekawszy kamyczek odwracały jej uwagę od zmęczenia:




Przy jagodach dzieci zupełnie zapomniały, że idą i idą, a samochodu wciąż nie ma, mimo, że tata obiecał parę zakrętów temu dotarcie do parkingu!




W pewnej chwili otoczyły nas roje much; nie muszek, które z lekka tną, ale właśnie much. Było to o tyle denerwujące, że brzęczało cały czas coś koło głowy. Iza zabrała ojcu bluzę i zasłaniała nią głowę, Gosia natomiast zarzuciła swój sweterek jak kaptur.




W pewnej chwili stanęliśmy na rozdrożu, bez jakichkolwiek znaków i Artur zaczął się poważnie zastanawiać, w którą strone pójść.





...zdecydował w końcu i ruszyliśmy na poszukiwanie zagubionego parkingu:




Ja jeszcze zachwycałam się widokami, ale dla dzieci najważniejszy był tylko jeden obraz - odpoczynku w aucie i wypicia gorącej herbaty! W pewnym momencie Izabelka zbuntowała się nawet, stanęła i ze łzami w oczach stwierdziła, że nie zrobi już ani jednego kroku! Na szczęście tata wziął ją na ręce i po jakichś 200 metrach znowu szła o własnych siłach.



W końcu dotarliśmy do upragnionego "ostatniego zakrętu" - to określenie przewijało się wielokrotnie podczas tej wyprawy - i dalej już naprawdę widać było parking.




Ja jeszcze pozachwycałam się fioletami, a za chwilę też dołączyłam do naszego rodzinnego pikniku z miętową herbatą w tle.



Mało na moim blogu innych wpisów, zwłaszcza tych związanych z robótkami, ale przyznaję, że w okresie od maja do końca września prawie nic nie zdziałałam na tym polu. Cieszyłam się pogodą, wycieczkami, przeczytałam mnóstwo książek, a wszystkie prace ręczne poszły w odstawkę. Może niedługo zacznę coś robić, ale póki co wciąż wspominam wakacje i nasze wyprawy; przeglądam zdjęcia i cieszę się widokami, któe udało mi sie "schwytać" w obiektyw.