środa, 26 stycznia 2011

Kolejna cisza



Znowu jakoś nie mam czasu na pisanie. Mamy tyle rzeczy na głowie... Podjęliśmy decyzję o zakupie drugiego auta i już je mamy. Artur nie jest najszczęśliwszy z tego powodu, bo tym razem to on jest właścicielem i to on płaci główne ubezpieczenie. Ponieważ nie miał żadnych ulg z Polski, kwota jest pokaźna. Wychodzi na to, że jednak siostrę spróbujemy dopisać do mojego auta ze względu na to, że osiągnęłam maksimum w zniżkach i płacę zaledwie 25% całego ubezpieczenia. Ona już jest przerażona prowadzeniem kombi i wszystkimi manewrami, a najbardziej chyba tym, że auto ma wspomaganie kierownicy i nie bardzo chce się słuchać:)  

Zbliżają się urodziny Gosi, mój brat chce podarować jej rower. My tylko mamy wybrać sobie model. Z kolei w Portarlington jest kurs pływania dla małych dzieci. Zastanawiamy się z Ann czy nie wysłać tam naszych dziewczyn. Przy okazji może dołączyć Monikę? Byłaby bardziej pewna siebie w towarzystwie Gosi. 

Doszedł nam problem ze szkołą Moniki. Prawdopodobnie zostanie na trzeci rok w przedszkolu, bo urodziła się o 17 dni za późno. Do szkoły przyjmą dzieci urodzone do 30 kwietnia; one będą miały już 4 lata. Reszta, jako że nie gotowa jeszcze, zostaje w przedszkolach. I tu się łapie Monika. Okazuje się, że dziecko z 30 kwietnia mające już cztery latka, może podjąć obowiązki szkolne, ale ona, jako trzylatek, już nie. Czy te 17 dni robi taką różnicę w rozwoju? Według mnie nie. Sheila - nauczycielka z przedszkola, powiedziała, że będzie rozmawiać z dyrektorką na ten temat, ponieważ Monika jest absolutnie gotowa i kolejny rok z maluchami będzie dla niej zbyt nudny. 
Moja rozmowa z dyrektorką nie dała nic, poza tym, że wpisała mnie na listę oczekujących. Twierdzi, że jeśli mnie nie stać na kolejny rok płacenia, to mogę w takim razie potrzymać dziecko w domu:) Ja z kolei wiem, że nie mogę, bo z nowym rokiem szkolnym Monika nie znałaby nikogo!
Ja staram się rozumieć punkt widzenia dyrektorki: najpierw musi przyjąć wszystkie dzieci, które się załapały, ale Monika to moja córka i chcę, żeby ominął ją kolejny stres: pójście do szkoły z dziećmi, których nie zna. Nic to. Zobaczymy , jak wyjdzie. Zrobiłam co mogłam, więcej już nie wskóram, chyba, że słowa Sheili jeszcze coś pomogą. 

Dwa dni temu dopadła nas tutejsza choroba wymiotno-biegunkowa(sorry za dosłowność, ale to naprawdę tylko na tym polega). Zaczęło się od Gosi, która dostała tylko strasznych bólów brzucha w nocy. Rano było ok. Tego dnia zaczął się problem z moją siostrą i ją, jako najmniej zaprawioną w boju, powaliło najgorzej. Pierwszy raz przechodziła to u nas. Kiedy następnego dnia wieczorem doszła do siebie, w nocy poległa Iza. Na szczęście skończyło się tylko na jednym solidnym wymiotowaniu. Wczoraj z samego rana padł Artur, a ja późnym popołudniem, kiedy byłamw  Portlaoise. Czym prędzej wsiadłam do samochodu, żeby zdążyć dojechac do domu jeszcze przed "głównym punktem" - w końcu samochód chciałam miec czysty:) Udało się. Po 2-3 godzinach byłam już zdrowa, Artur wracał do formy, ale w nocy nadeszła kolej na Monikę. Opróżniła cały żołądek w łóżku. Teraz już czuje się lepiej. Myślę, że to konic naszych tegorocznych walk z tutejszą "niespodziewanką". Teraz zaczęłam pranie pościeli:))

Wiecie co, najgorsze jest to, że dopada cię nagle. Nie ma jakichś wcześniejszych oznak - przynajmniej w naszej rodzinie. Po prostu czujesz, że coś zaczyna się dziać i w jednej chwili osiągasz punkt kulminacyjny. Choć musze przyznać, że po tych kilku latach pobytu w Irlandii jest już i tak o niebo lepiej. Chyba zyskaliśmy trochę więcej odporności, bo chorowaliśmy naprwdę lekko i krótko. 

     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz